Kresocentryzm. Lwowa nie można opowiedzieć bez Ukraińców i Polaków
Przez wieki Lwów był polskim miastem kresowym. Jednak „kresowy” znaczy tutaj dokładnie tyle, co pograniczny. Opowiadając pogranicze z pozycji centrum, zawsze gubimy jego pełny obraz. Od razu zaznaczę, że nie interesuje mnie emocjonalny stosunek czytelnika polskiego do Ukraińców, ani też ukraińskiego do Polaków. Interesuje mnie wyłącznie Lwów, a szerzej – Kresy. W tym artykule zarysuję historię, w której podmiotem jest nie tyle naród, ile ziemia pogranicza. Dlaczego zatem źle rozumiemy pojęcie „Kresy”? I czemu tak bardzo potrzebny jest nam dziś kresocentryzm – prawdziwa opowieść o Kresach, która, nieco przewrotnie, uczyni z pogranicza centrum opowieści?
Pogranicze po nacjonalizmach
Lwów, pozostawiając wszelkie inne epitety, jest przede wszystkim miastem pogranicza. Światem, którego nie sposób opowiedzieć bez Ukraińców, bez Żydów i bez Polaków. Można się, oczywiście, z tym spierać. Można, choć taka niezgoda zdradzi nieznajomość historii miasta, powstałego na ziemiach będących już od średniowiecza przedmiotem sporu.
Oczywiście w XX wieku, w dobie nacjonalizmów, wszelkie „ziemie mieszane” przestały być modne. XIX- i XX-wieczne nacjonalizmy schodziły do czasów minionych przeważnie po to, by uzasadnić swoje plemienne racje, tymczasem pogranicze wciąż było pograniczem.
W samym Lwowie przeważała ludność polska, jednak żyli w nim także Ukraińcy i Żydzi. Na prowincji wprost przeciwnie – przeważała ludność ukraińska, nie brak tam jednak było Polaków, a drobne miasteczka były częstokroć zdominowane przez Żydów.
Lwów jeszcze w międzywojniu był stolicą trzech arcybiskupstw (więcej nie miał nawet Rzym!), w której Polacy mówili śpiewnym bałakiem, wariantem polszczyzny, którego już sama nazwa pochodzi z języka ukraińskiego. Ukraińcy z kolei używali (i używają do dziś) swoich regionalizmów w rodzaju kuliżanka i filiżanka.
W tym świecie trzy środowiska – polskie, ukraińskie i żydowskie – tworzyły osobliwą symbiozę, pełną wszelkich cech ludzkich – od niesnasek i małostkowości po szlachetność i przyjaźń ponad podziałami, co jednak kluczowe – tworzącą jedną, polifoniczną rzeczywistość.
Retoryczna pustka? Nieobeznanym z ową symbiozą przedstawmy ją „po owocach”. Rodziła ona bowiem sytuacje niezwykłe. Weźmy choćby tę, którą opisywał Józef Wittlin w książce Mój Lwów. Podczas polsko-ukraińskich walk o miasto (1918-1919) jego ukraiński kolega z gimnazjum wstrzymał działania wojenne, by Wittlin mógł spokojnie wrócić swoją ulicą do domu:
„Trudno mi jednak przemilczeć, jak to w czasie bratobójczych walk polsko-ukraińskich, które nie tylko samo miasto przecięły na dwie wrogie części, dawny mój kolega gimnazjalny, Zenon Rusin, wonczas ukraiński «chorużyj», zatrzymał działania wojenne pod Ogrodem Jezuickim, abym ja mógł poprzez front dostać się do domu”.
Poeci z ukraińskiej „Młodej Muzy” (ruchu artystycznego ukraińskich modernistów z początku XX wieku), tacy jak Bohdan Łepkyj, przyjaźnili się z poetami polskimi, a malarz Ołeksa Nowakiwśkyj był charakterystycznym bohaterem przypowiastek o legendarnej knajpie „Atlas”. Jeśli zaś sytuacje ze świata żywych nie są dość sugestywnym obrazem, udajmy się na Cmentarz Łyczakowski.
Tuż za kwaterą Orląt znajdziemy pewien szczególny grób. Na grobie – nazwisko matki i syna. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że nazwisko syna, Adama Gofryka, zapisane jest cyrylicą, podczas gdy nazwisko matki, Ludmiły Gofrykowej, odczytujemy w alfabecie łacińskim. Obok tych nazwisk znajdziemy wiele mówiący napis: „Poległ w wojnie bratniej – syn mój jedyny, ostatni”.
Ta prosta, szczera inskrypcja matki na grobie syna daje nam lekcję o Kresach. Rzecz jasna nie była to przestrzeń sielskiego współistnienia. Nie była to też jednak, jak chcieliby narodowcy, arena dyszących wzajemną nienawiścią narodów, do których, niby wybawcy, spłynęły z niebios państwa narodowe.
Była to rzeczywistość łącząca narody tym wszystkim, czym łączą się ludzie – miłością, nienawiścią i zwykłą prozą życia. Ruchy narodowe polski i ukraiński, rzecz wiadoma, rywalizowały ze sobą, zwłaszcza po Wiośnie Ludów.
Istniała także część młodocianych chuliganów z obu stron, która, jak wspomina Petro Franko, obrzucała się kamieniami i biła drutami po łydkach. Frazy w rodzaju „Pamiataj, Lasze, po San nasze” albo „Pan Bóg nie dziecina, nie słucha głupiego Rusina” były jednymi z lżejszych w ich wymianie uprzejmości.
Jednak gdy wchodzimy w te spory zbyt emocjonalnie, to nie uzyskamy holistycznego obrazu Lwowa. Nie mówiąc już o obrazie okolic, różniących się nie tylko od Lwowa, lecz także i między sobą, zależnie od tego, czy w danym miejscu przeważał akurat żywioł polski, żydowski, czy – jak w większości przypadków na wsi – ukraiński.
Z tego wynika, zdawałoby się, prosty rachunek – wizja ziemi, która jest „historyczną własnością” jednego tylko etnosu, z innymi jako podrzędnymi, co najwyżej pełniącymi funkcję lokalnego kolorytu, nie jest aplikowalna do pogranicza.
Owszem, przez wieki Lwów był polskim miastem kresowym. Jednak „kresowy” znaczy tutaj dokładnie tyle, co pograniczny. Opowiadając pogranicze z pozycji centrum, zawsze gubimy jego pełny obraz.
Od razu zaznaczę, że nie interesuje mnie emocjonalny stosunek czytelnika polskiego do Ukraińców, ani też ukraińskiego do Polaków. Interesuje mnie wyłącznie Lwów, a szerzej – Kresy. W tym artykule zarysuję historię, w której podmiotem jest nie tyle naród, ile ziemia pogranicza.
Dlaczego zatem źle rozumiemy pojęcie „Kresy”? I czemu tak bardzo potrzebny jest nam dziś kresocentryzm – prawdziwa opowieść o Kresach, która, nieco przewrotnie, uczyni z pogranicza centrum opowieści?
Kresocentryzm – duch czy polityka?
Kresy, prócz pewnej rzeczywistości, są także całą osobną gałęzią naszej kultury, która swój najsilniejszy wyraz znalazła w literaturze. Wiadomo powszechnie, iż nie sposób wyobrazić sobie polskiej literatury bez Mickiewicza, Słowackiego, Rodziewiczówny czy Orzeszkowej.
O ile jednak bezspornym pozostaje fakt, że określenie to odpowiada na pewne konkretne realia egzystencji ludzi tam mieszkających, o tyle polityczna interpretacja tego terminu, poddana działaniu zmian dziejowych, wprowadza nas w pewien semantyczny zamęt.
Oto z jednej strony mamy mit Kresów jako przestrzeni sielankowej, w której zgodnie współżyli ze sobą przedstawiciele różnych etnosów, z drugiej – symbol nostalgii za polską obecnością na Wschodzie, mylnie utożsamianą wyłącznie ze stanem posiadania.
W następnym akapicie dowiodę, dlaczego druga z tych interpretacji jest nieprawdziwa. Jako przykład powołam się tu na rzeczywistość lwowską, a ściślej – na pewne wydarzenie, które skupia w sobie, jak w soczewce, genius loci rzeczywistości kresowej.
23 października 1905 roku we Lwowie odbyła się wielka demonstracja robotników. Demonstracji tej przewodzili dwaj socjaliści – Polak, Ignacy Daszyński, i Ukrainiec, Mykoła Hankewycz. Ich postulaty spotkały się jednak z dość wymijającą odpowiedzią hrabiego Kazimierza Potockiego, arystokraty „starego typu” i (jak każe zatelegrafować tuż przed śmiercią) wiernego sługi swego cesarza.
Obaj przywódcy protestu działali w poczuciu, że reprezentują klasę robotniczą swojego narodu – Daszyński polską, Hankewycz zaś ukraińską. Wielonarodowa ludność ziemi lwowskiej, wzbudzona przez ruchy masowe, dzieliła się nie według stanu posiadania, jak chciałby tego infantylny mit Kresów jako „polskiego dominium na rubieżach”, a wedle swej tożsamości.
Mogła być to tożsamość narodowa, klasowa bądź jakakolwiek inna, zawsze wszak była to tożsamość polityczna. Polski i ukraiński ruchy narodowe owszem, zwalczały się wzajemnie, taki stan rzeczy był jednak epizodem wiekowego sąsiedztwa tych narodów na jednej ziemi, a i nie każdy przedstawiciel tych narodowości utożsamiał się z nacjonalistami (żeby wspomnieć nagrobek śp. pani Gofrykowej).
Każdy naród jest większy niż nacjonalizm. Naród jest naturalnym żywiołem wspólnoty, nacjonalizm zaś – narosłą wokół niego ideologią. Patrząc bez dogmatu na historię ziemi czerwieńskiej, logicznie nie da się sprowadzić polsko-ukraińskiego sąsiedztwa do konfliktu nacjonalizmów. Samo sąsiedztwo, wbrew przekonaniom wszelkich „narodowych darwinistów”, zawsze jest czymś więcej niż konflikt.
Z tego wyłania się zasadnicza prawda – Kresy to przede wszystkim przestrzeń współistnienia. Nie tyle przestrzeń polityczna, ile historyczna, a także, o czym świadczy kultura i literatura, przestrzeń duchowa. Ta prawda przebija też ze słów Józefa Wittlina, zapisanych w książce „Mój Lwów”:
„Harmonia panowała wśród moich lwowskich kolegów, choć wielu z nich należało do różnych, skłóconych z sobą nacyj i wyznawało odmienne wiary i poglądy. Endecy kochali się z Żydami, socjaliści z konserwatystami, starorusini, moskalofile z ukraińskimi nacjonalistami.
Komunistów w tym czasie jeszcze nie było, lecz gdyby byli, z pewnością kochaliby się nawet z socjałami. (…) Przez dłuższy czas skłonny byłem wszystkie lwowskie bolączki traktować z pobłażaniem, zapominając, że mój Lwów i cały świat jest jedną wielką bolączką”.
Z jednej strony harmonia, z drugiej – „cały świat jest bolączką”. Widać z tego, że walka o dominację nie była jedynym wymiarem tego współżycia. Kresowa różnorodność stworzyła unikalnego ducha.
Polityczna narracja każąca widzieć Kresy jako „polskie dominium” jest ahistoryczna na tej samej zasadzie, na jakiej Lwów bez cerkwi świętego Jura i katedry łacińskiej nie byłby Lwowem. Niezależnie od tego, czy narrację tę powielają usta polskie, czy ukraińskie.
Ktoś mógłby zarzucić, że mówiąc o świecie wspólnym, używam jednak polskiego terminu „Kresy”. Można by zauważyć – i nie bez racji – że Ukraińcy nie mają w swoim języku podobnego terminu dla świata pogranicza. Można także pójść dalej – i tu następuje mijanie się z prawdą – myśląc, że jest to jakiś polski pomysł na wepchnięcie „Rusinów” w swoje wyobrażenia.
Co do terminologii, nikt w tym artykule takich żądań sąsiadom nie stawia. Kresocentryzm jest nazwą skrótową perspektywy pogranicznej. Propozycją, aby usłyszeć ziemię, historycznie leżącą na przecięciu narodów i kultur, jako głos podmiotowy. Sam w sobie afirmuje polifonię i wyklucza jakiekolwiek „narzucanie” pojęć.
Zresztą, gdyby do tego przyszło, można te zawiłości po sąsiedzku wytłumaczyć. Do dziś wielu lwowskich Ukraińców, zwłaszcza w średnim wieku, doskonale włada językiem polskim. Zapytani o przyczynę odpowiedzą: „Przecież jesteśmy ze Lwowa”. Tak oto sami potwierdzają pogranicznego ducha, który do dziś unosi się nad ukraińskim Lwowem, i nie muszą tego przed nikim udowadniać.
Zbrodnia, humanizm i symbol narodowy
Nie da się jednak wszystkich wittlinowskich „bolączek” zbyć passusami o wzajemnej miłości. Zaznaczę, iż nie chciałbym tu fetyszyzować zbiorowych traum, gdyż to nie na nich buduje się silny naród. Przy tym sam fakt ich istnienia każe nam podejść do siebie z najwyższą powagą.
Mroczne wydarzenia 1943 roku do dziś odbijają się echem w stosunkach polsko-ukraińskich. Stały się przy tym elementem opowieści o Kresach, którego nie sposób pominąć lub zbyć prostym twierdzeniem w rodzaju „to już historia, należy patrzeć w przyszłość”.
Nie powinniśmy się łudzić, że flaga czerwono-czarna nagle przestanie budzić zbiorową traumę, jaką dla polskiego społeczeństwa jest Rzeź Wołyńska, z tego tylko powodu, że ta druga „jest już historią”. Rozmaite tłumaczenia o tym, iż dziś jest to symbol walki antyrosyjskiej, że głównym wrogiem ludzi spod tej flagi jest Rosja, nie sprawią, że zniknie odruch, który wynika z konkretnego zranienia.
Jak zatem wygląda to z perspektywy „kresocentrycznej”? Jaka narracja jest logiczną konsekwencją identyfikacji z ziemią historycznie wspólną dla Polaków i Ukraińców?
W obecnej sytuacji, gdy czerwono-czarna flaga wrosła w antyrosyjskie zasieki, nie przesłaniając na szczęście niebiesko-żółtej, hasło może być tylko jedno – humanizm. Stare, zapomniane pojęcie, które należy odkopać, by dotrzeć ze Zbrodnią Wołyńską do tej części społeczeństwa ukraińskiego, która moralnie i intelektualnie jest zdolna je przyjąć.
Niewykluczone, że tym stwierdzeniem wywołam burzę, jednak należy to sobie powiedzieć: Rzeź Wołyńska nie jest problemem polsko-ukraińskim. Jest problemem przede wszystkim ludzkim i jako taki należy go traktować.
Nie jest to problem polsko-ukraiński, gdyż po pierwsze stawianie zarzutów całemu narodowi, większość którego nie posiada żadnych historycznych związków z OUN-UPA, jest absurdalne. Nie jest, ponieważ stawką nie jest dziejowy „rachunek krzywd”, lecz zwykła, ludzka sprawiedliwość.
Czy został wydany rozkaz? Owszem, rozkaz został wydany, a zbrodnia została dokonana. Pisali o tym Rudling, Motyka i Norman Davies, informuje o tym nie tylko polska, lecz i angielska Wikipedia.
Jednak stawiać z tego powodu zarzuty całemu sąsiedniemu narodowi, udawać, że zarówno oni, jak my, to samoświadoma, zorganizowana masa, że żyje wśród nich tylko jedna ideologia i jedno przekonanie, to prosta droga do zwycięstwa naszych wrogów.
Polak zarzuci Ukraińcowi Wołyń, Ukrainiec w odruchu obronnym rzuci choćby zakatowaną Olgę Basarab lub akcję „Wisła”. Nikogo nie będą obchodziły liczby czy proporcje.
Polak wyrzuci „zbiorową winę” Ukraińcowi, Ukrainiec odpowie zbiorczo, że „Polacy też”, a Moskwa cicho pozostanie z tyłu, myśląc, jak by tu jeszcze zaognić ów antagonizm, zalewając internet trollami, wspierając populistów i budząc najniższe instynkty.
Raz jeszcze – nie jest to sprawa „zbiorowej odpowiedzialności”. Jest to sprawa humanizmu. I w duchu humanizmu, idącego pod rękę ze wspólnym interesem, należy o niej mówić Ukraińcom.
Warto jednak pamiętać, że obecna wojna jest wojną o byt. Dla narodu walczącego o życie wszelkie sztandary sprowadzają się do jednego symbolu – symbolu niezależności i przetrwania. Z kolei humanizm, który dopomina się o ofiary sprzed ponad siedemdziesięciu lat, wzruszając ramionami na ofiary dnia dzisiejszego, to żaden humanizm.
To dlatego Polacy z Wołynia, ale także ze Lwowa i okolic, od dnia wybuchu wojny aktywnie pomagają Ukraińcom. Miejsca styku narodów uczą bycia człowiekiem, a jest to nauka tyleż piękna, co groźna.
***
Narody nieustannie się rozwijają i nikt nie może z pewnością powiedzieć, w jaką stronę rozwinie się naród ukraiński czy polski. Jeżeli jednak, bez zbędnej ideologii, zbierzemy się na odwagę mówienia o tym, co rzeczywiście nas łączyło i łączy, jeżeli uznamy fakt, że ziemia lwowska spoiła nas w równym stopniu, co i ziemia przemyska (gdyż cała ziemia czerwieńska jest historycznym pograniczem), wówczas tzw. sporne kwestie historyczne staną się sprawą między sąsiadami.
Polacy we Lwowie są i będą, choćby miała ich pozostać garstka. Podobnie, jak są i będą Ukraińcy w Przemyślu – kolejnym, choć mniejszym ośrodku historycznego pogranicza. Pora zatem, by przywrócić pojęciu Kresów jego istotę. Istotą pogranicza jest zaś współistnienie różnych od siebie nacji.
Od nas zależy, czy – we wszystkich blaskach i cieniach ludzkiego współżycia – będzie to współistnienie skierowane na jedność, czy na dezintegrację. Jeśli zwycięży to drugie – pojęcie Kresów stanie się tylko laurką z dawnych czasów.
Jeśli zaś ma żyć i istnieć w prawdzie o sobie, należy opowiadać o nim jako o pojęciu wspólnym. Taka jest dziś historia Lwowa, Grodna i Wilna. Taka jest historia Przemyśla i Białegostoku. Czy jednak i dziś, podobnie jak przed wiekami, pogranicze zdolne jest wydać z siebie ludzi, którzy opowiedzą je jako całość?
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.

