W tym szaleństwie jest metoda. Sekretna siła kapitalizmu
W Polsce funkcjonują dwa sposoby postrzegania kapitalizmu. Z jednej strony stoi optyka lewicowa, w której kapitalizm jest przede wszystkim systemem wyzysku i niesprawiedliwości, generującym wzrost kosztem pracowników. Temu postrzeganiu sprzeciwia się narracja prawicowa, widząca w kapitalistach ludzi oszczędnych i pracowitych, skrupulatnie liczących każdą złotówkę, rozsądnie optymalizujących wydatki i ostrożnie zarządzających majątkiem. Obie te wizje nie dostrzegają jednak fundamentalnej cechy, która – paradoksalnie – stanowi o sile kapitalizmu. Jest nią jego skłonność do zbiorowego szaleństwa.
Kapitalizm to więcej niż wolny rynek
W Polsce ostatnich dekad przyjęło się traktować kapitalizm jako przeciwieństwo komunizmu, a co za tym idzie, utożsamiano go z tym, czego w komunizmie brakowało. Kapitalizm był więc kojarzony głównie z istnieniem własności prywatnej i swobodnej wymiany dóbr i to pomimo faktu, że nie są to mechanizmy unikatowe dla tego systemu gospodarczego.
Choć kapitalizm nadał im wartość absolutną, to w mniej rozwiniętych formach istniały już one w starożytności. Kupiec z Kartaginy sprowadzał towary w zależności od popytu w mieście, a właściciel ziemski starał się kupować tańsze produkty do swojego gospodarstwa. Obaj stosowali rynkowe kalkulacje, ale nie byli jeszcze kapitalistami sensu stricto.
Prawdziwy kapitalizm zaczął się w momencie, gdy kapitał przestał być związany z ziemią, surowcem czy konkretnym produktem. Gdy oderwał się od materialnej podstawy i stał się abstrakcyjnym obiektem handlu – „papierkiem” bez własnej wartości, który reprezentował jedynie potencjał danego przedsięwzięcia.
Nieprzypadkowo początków kapitalizmu dopatruje się w zachodzącym we wczesnonowożytnej Europie rozwoju bankowości, weksli i spółek handlowych. Te instytucje i rozwiązania były wstępem do powstania giełd, handlu akcjami i narodzin rynków finansowych – bijącego serca kapitalistycznej gospodarki.
Dopiero kapitał przeniesiony w sferę ulotnych oczekiwań i ponoszący ograniczoną odpowiedzialność za swoje czyny mógł ujawnić swoją prawdziwą naturę. Zaczął rządzić się własnymi zasadami, które nie czyniły gospodarki bardziej racjonalną i zrównoważoną, lecz wprost przeciwnie – bardziej podatną na spekulacje i „szaleńcze” ryzyko. Możliwe stało się kupowanie plotek i sprzedawanie faktów, jak mówi giełdowe porzekadło.
Kapitał materialny miał swoje zalety – jego wartość była stosunkowo stabilna i rzadko spadała do zera, lecz za to rozwijał się on powoli, a czasem wcale. Swobodny przepływ kapitału w czystej, niematerialnej postaci był znacznie szybszy.
Co ważniejsze, niekiedy płynął on w zupełnie nieoczywiste miejsca – takie, w których spodziewano się największej stopy zwrotu, nawet jeśli ryzyko towarzyszące takiej inwestycji było ogromne. Udane przedsięwzięcie pozwalało bowiem na wielokrotnie większe zyski niż w przypadku tradycyjnych form zarobku.
Z biegiem czasu notowania kapitalistycznych spółek przestały odzwierciedlać ich fizyczną wartość, a zaczęły wynikać z umownych oczekiwań rynkowych graczy. Gospodarka w coraz większym stopniu odzwierciedlała więc sposób myślenia społeczeństwa (a przynajmniej tej jego części, która dysponowała kapitałem) i ujawniała zbiorowe emocje – nie zawsze racjonalne, a czasem wręcz obłąkańcze.
Spekulacja – nieodłączny element kapitalizmu
Najlepszym przykładem kapitalistycznego szaleństwa są tzw. bańki spekulacyjne – zjawisko będące nieodłącznym elementem tego systemu. Weźmy choćby bańkę dot-comów z przełomu tysiącleci, kiedy to na fali rosnącej popularności internetu amerykańscy inwestorzy zaczęli masowo pompować pieniądze w spółki tworzące usługi sieciowe.
Morze kapitału wlewało się w przedsięwzięcia oparte często na wątpliwych pomysłach, które w dłuższej perspektywie nie miały szans przynieść zysków. Szaleńczy wyścig trwał kilka lat. Każdy był przekonany, że odpowiednio wysoki poziom inwestycji pozwoli jego firmie pokonać konkurencję.
Od 1995 do 2000 roku trwał nieprzerwany boom, aż bańka pękła. Indeks NASDAQ spadł o prawie 80%, a nawet 500 miliardów dolarów zainwestowanych w firmy zniknęło bez śladu. Tak spektakularna klęska nie była wynikiem niegospodarności jednostek, lecz zaślepienia całego inwestycyjnego ekosystemu – od rzeszy zawodowych inwestorów aż po robotników, którzy w przedsiębiorstwach oferujących usługi sieciowe lokowali oszczędności życia.
Podobne załamania zdarzały się już wcześniej, choć działo się to na dużo mniejszą skalę – w latach 80. doszło do wytworzenia się bańki w branży komputerów osobistych, w latach 20. mieliśmy podobne zjawisko w przypadku rozwoju lotnictwa (tzw. Lindbergh Boom), a XIX wiek był świadkiem Railway Mania na liniach kolejowych. Ba, przykłady baniek można znaleźć też w prehistorii kapitalizmu, o czym świadczy przypadek Kompanii Mórz Południowych z początku XVIII wieku.
W pewnym momencie inwestowane w nią środki całkowicie oderwały się od realnej wartości spółki. Anglicy zamiast rozsądnie lokować kapitał w rolnictwie, rzemiośle czy dobrach materialnych, woleli wpłacać pieniądze ludziom obiecującym niebotyczne zyski mające – dosłownie i w przenośni – przypłynąć z Ameryki Południowej. Na łatwy zysk liczyli nie tylko drobnomieszczanie, lecz także wybitne umysły epoki – na inwestycji w Kompanię stracił majątek między innymi Sir Isaac Newton.
Pomimo iż zjawisko bańki spekulacyjnej jest dobrze znane i opisane, to kapitalizm z niego nie „wyrósł”, a na dowód tego twierdzenia wystarczy spojrzeć na obecną gorączkę wokół sztucznej inteligencji. W zasadzie jest już jasne, że liczba powstających spółek AI i pompowane w nie miliardy dolarów nie mogą przynieść takich zysków, jakich oczekują inwestorzy.
Lecz mimo to nie brakuje chętnych wpłacających swe pieniądze w nadziei, że zdążą się wzbogacić zanim bańka pęknie. I to właśnie jest szaleństwo kapitalizmu: każdy wie, że mechanizm w skali makro musi się załamać, ale jednocześnie każdy wierzy, że jemu akurat uda się uniknąć katastrofy.
Można więc zapytać: jak to możliwe, że system, w którym inwestorzy lokują środki w przedsięwzięcia skazane na porażkę, wygrał z innymi modelami gospodarki? Z pozoru rozsądniejsze wydają się wszak gospodarki centralnie planowane, które inwestują w sposób racjonalny – w infrastrukturę i produkcję dóbr podstawowych, unikając niepotrzebnego ryzyka.
A jednak w tym kapitalistycznym szaleństwie kryje się metoda. Każda z baniek spekulacyjnych miała swoją rolę w rozwoju gospodarki. Ich skutkiem było nie tylko przepalenie miliardów, wysuwające się na medialny pierwszy plan w momencie krachu, lecz także przekierowanie gospodarki na nowe tory.
Bańka dot-comów, mimo że zaprzepaściła majątki setek tysięcy ludzi, sfinansowała rozwój infrastruktury sieciowej: serwerowni, światłowodów, sprzętu, jak również wyszkolenia armii internetowych specjalistów. Na tych gruzach wyrósł potem Facebook, Amazon i cała nowa gospodarka cyfrowa. W Europie Zachodniej – bardziej ostrożnej i mniej skłonnej do ryzyka – uniknięto kryzysu, ale za cenę przegapienia przełomu.
Kto nie ryzykuje, ten nie wygrywa
Podobny mechanizm działał w okresie wielkich odkryć geograficznych. Europejczycy regularnie tracili fortuny na finansowaniu armad, które tonęły i wypraw, które niczego nie odkrywały. A jednak pośród setek nieudanych przedsięwzięć narodziły się te, które otwarły dla Europy Nowy Świat, Daleki Wschód i Afrykę.
W kolejnych wiekach, zdominowanych przez proces kolonizacji globu, państwa Europy wygrały z największą azjatycką potęgą gospodarczą – Chinami, które pomimo dysponowania większym kapitałem jako państwo i społeczeństwo, obchodziły się z nim zachowawczo, przez co przegapiły erę ekspansji terytorialnej.
Z tego samego powodu w czasie zimnej wojny to Zachód zwyciężył ze Wschodem. Sukces ten nie wynikał z faktu, że Amerykanie rozsądniej kalkulowali wydatki, lecz właśnie z tego, że byli dość szaleni, by inwestować miliardy w projekty bez gwarancji sukcesu. Kierując się racjonalnością Związek Radziecki uznał, że cywilne maszyny liczące są zbyt niepewną inwestycją, przegapiając w ten sposób początki rewolucji cyfrowej, która skokowo zwiększyła wydajność zachodniej gospodarki.
Wydaje się, że ten sam błąd popełnia dziś Unia Europejska. Stojące na jej czele elity rozsądnie uznały, że rozwój sztucznej inteligencji powinien przebiegać bezpiecznie i być pod kontrolą. Skutkiem tego podejścia jest obudowywanie nowej technologii regulacjami zanim rozwinie się ona na dobre, z czego znów wynika fakt, że Europa już teraz przegrywa na tym polu w starciu z Amerykanami.
Widać bowiem, że tak jak u schyłku zimnej wojny, tak i teraz, tamtejsze firmy i inwestorzy są wystarczająco „szaleni”, by zainwestować kolejne miliardy w niepewne przedsięwzięcia, zamiast „rozsądnie” przeznaczyć te środki na walkę z ubóstwem czy remonty mostów.
Amerykańska gospodarka prawdopodobnie zadrży pod ciężarem giełdowych krachów wywołanych przez bańkę AI, ale w dłuższej perspektywie daje sobie ona szansę na wejście w nową epokę technologiczną, podczas gdy Europa wciąż będzie zastanawiać się, czy AI jest aby na pewno bezpieczna.
Od pucybuta do quasi-feudała
Kapitał oderwany od materialnej podstawy nie szuka równowagi, lecz przewagi. Płynie tam, gdzie może się w największym stopniu pomnożyć. Niczym woda wypełniająca szczeliny wpływa on w ledwo dostrzegalne nisze rynkowe tworząc masę krytyczną, która rozsadza skamieniałe struktury i rodzi przełomy. Są nimi przedsięwzięcia, produkty i wynalazki, w których rozwój nie zainwestowałby pojedynczy, rozsądny człowiek. Z irracjonalności jednostek rodzi się jednak zbiorowa racjonalność w postaci postępu gospodarczego i technologicznego.
Kapitalizm, oparty na ludzkich emocjach, żądzy zysku i skłonności do ryzyka, jest jak żywioł. Jak ogień – zamknięty w piecu daje ciepło, ale uwolniony spod kontroli pochłania wszystko wokół, nabierając destrukcyjnego charakteru. W jego szaleństwie kryje się energia, która napędza świat i nie pozwala mu się zatrzymać.
Taki chaotyczny, „dziki” kapitalizm jest jednak dość nietrwały, ludzie bowiem odruchowo szukają porządku i stabilizacji. Dotyczy to także samych graczy na kapitalistycznym rynku, którzy pożądają jego dynamizmu oraz braku ograniczeń dopóty, dopóki mają na nim więcej do zyskania niż do stracenia.
W momencie jednak, gdy uda im się już zbić majątek, wielu z nich wolałoby, aby rynek przestał podlegać gwałtownym przemianom, gdyż te mogłyby zagrozić ich uprzywilejowanej pozycji. Tacy spełnieni kapitaliści jako pierwsi będą więc domagać się ochrony patentowej swoich osiągnięć i rządowych regulacji zwiększających bariery wejścia do danej branży.
Te działania nierzadko prowadzą zaś do powstania quasi-feudalnego układu, w którym najpotężniejsi z graczy rozdzielają rynek między siebie, niczym średniowieczni królowie negocjujący podział zdobytych ziem.
Z szalonych ryzykantów-zawadiaków zmieniają się oni w statecznych władców zarządzających swoimi domenami. Zamiast inwestować w nowe projekty wolą spokojnie czerpać rentę z nagromadzonego majątku dbając jedynie o to, aby nikt nie zagroził ich włościom. Z ich perspektywy jest to w gruncie rzeczy zachowanie racjonalne, jednak nie służy ono ogółowi, gdyż niweluje szansy rozwojowe, które są najważniejszą społeczną korzyścią płynącą z systemu kapitalistycznego.
Ze zjawiskiem „feudalizacji” kapitalizmu mamy więc do czynienia najczęściej w przypadku dojrzałych, unormowanych branż, w których nie ma już miejsca dla wielkich przełomów. Na przykład sektor paliw kopalnych jest obecnie podzielony pomiędzy gigantyczne firmy okopane na swoich pozycjach, które zazwyczaj są powiązane z rządowymi instytucjami.
Widok ten w niczym nie przypomina krajobrazu sektora paliwowego z czasów XIX-wiecznej gorączki „czarnego złota”. Historia Johna Rockefellera, który z prostego księgowego stał się naftowym magnatem, nie mogłaby się już dziś na nim powtórzyć. Winne nie są tu przepisy uniemożliwiające koncentrację majątku, lecz fakt, że sam rynek jest już rozparcelowany, a nowe złoża są tak trudno dostępne, że niemożliwe do eksploatacji dla nowego gracza.
Podobnie system relacji w branży spółek internetowych został przez Yanisa Varoufakisa wprost nazwany technofeudalizmem. W swojej niedawnej książce, zrecenzowanej na łamach Klubu Jagiellońskiego przez Kamila Wonsa, grecki ekonomista opisuje jak kilku globalnych magnatów podzieliło między siebie przestrzeń cyfrową, łaskawie udzielając innym dostępu do niej. Różnica względem sytuacji na rynku paliw kopalnych jest taka, że w przypadku cyfrowych magnatów ich hegemonii wyzwanie może rzucić właśnie technologiczna rewolucja związana z AI.
W poszukiwaniu zdrowego kapitalizmu
Ustabilizowany, „racjonalny” kapitalizm, ma tendencję do tego, aby zamiast rozwijać się na zewnątrz, poprzez szukanie nietypowych rozwiązań i nowych pól ekspansji, to rozwijać się do wewnątrz – najczęściej tnąc koszty produkcji i dostarczając coraz gorsze produkty za tę samą cenę. Kapitalizm w takiej formie nie jest już korzystny dla nikogo poza inwestorami czerpiącymi dywidendę z rosnących zysków.
Kapitalizm nie jest dobry sam w sobie, jako że ze swej natury ma potencjał do generowania licznych problemów: od destabilizacji rynku pracy, poprzez tworzenie nierówności, wywoływanie niepokojów społecznych, aż po wzmaganie poczucia niesprawiedliwości. Pomimo tych wad ma on jednak tę istotną zaletę, że w nieoczywisty sposób generuje przeskoki technologiczne, do których nie doszłoby w systemach działających na wskroś racjonalnie.
Wielką rolą sprawnego państwa musi być nieustanne dbanie o zachowanie równowagi między jednostkami i systemem. Z jednej strony oznacza to więc ochronę społeczeństw przed skutkami ubocznymi twórczego inwestycyjnego szaleństwa, z drugiej zaś strony przeciwdziałanie sytuacji, w której kapitalizm traci swoją witalność degenerując się do modelu parafeudalnego.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.

