Mateusz Morawiecki przypuścił medialną ofensywę. Ale zamiast dziennikarzy, zwalcza go PiS
Pozycja Mateusza Morawieckiego w PiS-ie jeszcze nigdy nie była tak słaba jak dzisiaj. Czy możliwy jest scenariusz, w którym Jarosław Kaczyński przestanie licytować się z Konfederacją i Grzegorzem Braunem na radykalizm i po raz kolejny postawi na umiarkowanie?
W ogniu debat
Mateusz Morawiecki od kilku miesięcy przypuszcza ofensywę medialną. Nie tylko wziął udział w kilku prestiżowych, długich debatach – ze Sławomirem Mentzenem, Katarzyną Pełczyńską-Nałęcz, Adrianem Zandbergiem czy ostatnio Jakubem Dymkiem i Jackiem Bartosiakiem – ale i nie wychodzi z ekranu telewizora czy YouTube’a.
Co więcej, są to rozmowy nie o tym, co przeciwnik polityczny napisał dwie godziny temu na portalu X, a poważne, wielowątkowe i pogłębione wywiady, w których były premier dzieli się swoją wizją rozwoju Polski, przede wszystkim z punktu widzenia gospodarczego.
To o tyle ważne, że jakkolwiek Prawo i Sprawiedliwość już lata temu wymyśliło się jako partia solidarystycznego konserwatyzmu, to w ostatnim czasie dyskusja o gospodarce opiera się zasadniczo na sporze Konfederacji z Razem. Na tym tle Morawiecki wybija się jako ktoś, kto przełamuje tę dychotomię, nie chcąc zapisywać się ani do „komunistów”, ani „darwinistów”.
Przykładowo, ostatnio były szef rządu gościł w podcaście Grzegorza Sroczyńskiego w Gazeta.pl, gdzie przez półtorej godziny dziennikarz odpytywał go m.in. z błędów, jakie popełnił podczas swoich rządów. Solennie tłumaczył się za brak uproszczenia podatków czy „reformę” wymiaru sprawiedliwości.
Trudno z perspektywy zewnętrznego obserwatora rzetelnie ocenić szczerość tego typu ekspiacji, ale nie wyczułem u Morawieckiego fałszywej nuty ani wrażenia odprawiania pustego rytuału.
Udział w konferencjach i debatach to zresztą coś, co z państwowego i – mówiąc górnolotnie – etosowego punktu widzenia należy pochwalić. Od tego się jest poza sterami władzy, żeby wypracowywać rozwiązania, z którymi później pójdzie się do wyborów i – w razie powodzenia – do ministerialnych gabinetów. Podczas sprawowania rządów nie ma czasu na czytanie mądrych książek – ich lekturę trzeba już mięc wówczas za sobą.
Obcy we własnej partii
Tyle tylko, że policy trudno realizować bez politics. W tej z kolei – wyraźnie kontrastując z debatanckim zapałem – Mateuszowi Morawieckiemu idzie średnio.
Wirtualna Polska opisała kilka dni temu, jak tzw. frakcja maślarzy, czyli przede wszystkim Tobiasz Bocheński, Jacek Sasin i Patryk Jaki, wylobbowała u Jarosława Kaczyńskiego, by ten powierzył misję stworzenia programu na wybory w 2027 roku właśnie im, a nie – co wydawałoby się naturalne – byłemu premierowi.
Nie chcę wdawać się w mało interesujące na temat obsady personalnych partyjnych koterii. Bez wątpienia jednak pisowską prawicą targają dwa nurty: radykalny i umiarkowany. Ten pierwszy do niedawna reprezentowany był głównie przez satelicką Suwerenną Polskę, ale po jej wchłonięciu do PiS-u jej duch coraz wyraźniej rozpycha się w partii Kaczyńskiego.
Nie chodzi nawet o stosunek do „reformy” sądownictwa. Za dziedzictwo ugrupowania Ziobry uznaję retoryczny radykalizm, z tym antyunijnym na czele, i ogólną pogardę dla politycznej pragmatyki.
Stronnictwo, które przyjęło tę postawę, nie posiada może w PiS niepodzielnej hegemonii, ale z pewnością ma wpływ dalece większy niż mniejszościowa grupa „modernizatorów”, których czołowym przedstawicielem jest premier Morawiecki – przeciwko któremu ci pierwsi prowadzą kampanię.
Oczywiście zaufanie do Morawieckiego ze strony partyjnego betonu nigdy nie było zbyt duże; to w końcu ciało obce, „bankster”, który był w Radzie Gospodarczej przy poprzednim gabinecie Tuska. Dziś jednak brak zaufania zamienił się w otwarty konflikt, widoczny także w mediach.
Dochodzi nawet do tego, że szefostwo łódzkich struktur partii miało zakusy na zawieszenie w prawach członka ugrupowania Waldemara Budę, byłego ministra rozwoju i technologii, który kojarzony jest z Morawieckim. Preteksty brzmiały skądinąd kuriozalnie, gdyż mówiło się o udziale w Igrzyskach Wolności i nieregulowaniu składek członkowskich.
Jak mówi mój rozmówca z kręgu byłego premiera, nie należy tej sprawy lekceważyć. Buda, choć nie jest pierwszoligowcem w PiS-ie, mimo wszystko był ministrem.
Ku prawej ścianie
Popyt na radykalizm niech udowodni fakt, że Zespół Pracy dla Polski, czyli quasi-thinktankowe ciało w orbicie PiS, którego prace zainicjował i koordynował Morawiecki, zwinęło się w obliczu braku zainteresowania programową krytyką rządu i przedstawianiem własnych rozwiązań.
Oczywiście dryf na prawo jest w pewnym sensie nieuchronny. Donald Tusk doskonale rozumie, że ścigając Zbigniewa Ziobrę – którego Polacy zasadniczo nie cenią – wpycha Kaczyńskiego w niewygodną pozycję obrońcy patologii PiS-owskiej ośmiolatki. Uniemożliwia to jednocześnie pójście do przodu, którego chcieliby umiarkowani politycy prawicy.
Drugim czynnikiem, poważniejszym, jest oczywiście prawicowa konkurencja, wyrosła między innymi dzięki rozhermetyzowaniu rynku medialnego. Niewykluczone, że Konfederacja i Korona Grzegorza Brauna przekreśliły miły Kaczyńskiemu scenariusz, w myśl którego prawa flanka jest w pełni pod jego kontrolą. Dzięki temu to prezes PiS mógł podgrzewać polaryzację wedle własnych potrzeb, w konsekwencji regularnie wygrywając wybory w ostatnich dwóch dekadach.
Dziś to się skończyło, bo niezależnie, jak ostrych słów Kaczyński nie użyje wobec Unii Europejskich, migrantów czy rządu Tuska, to Bosak z Mentzenem i Braunem (ten ostatni przede wszystkim) sięgną po mocniejsze.
Co ciekawe, role się odwróciły – jeszcze do niedawna to liberałowie i lewica byli rozdyskutowani i podzieleni, a prawica jednoczyła się pod PiS-owskim sztandarem. Dziś Tusk zwiera szeregi, a na prawicy są aż trzy ugrupowania przekraczające próg wyborczy.
Czy jednak marginalizowanie frakcji umiarkowanej i licytacja na radykalizm nie uwiarygadnia jedynie tych, którzy hasła antyunijne głoszą już od dawna, w dodatku nie mają na koncie – jak PiS – kompromisów na europejskim forum?
Koalicja Obywatelska już raz przejechała się na udawaniu partii, którą nie jest, co tłumaczył mi na tych łamach Łukasz Pawłowski. Szansą na mówienie głosem prawicy, ale nie radykalnej spod znaku konkurentów, może być właśnie Morawiecki.
Czy w PiS przyjdzie refleksja? Wszystko zależy od Jarosława Kaczyńskiego, który już raz zaufał byłemu szefowi rządu, co szeroko na naszych łamach opisywał po wyborach w 2023 roku Paweł Musiałek. Na razie jednak widzimy, że wiatr wieje Morawieckiemu w twarz, nie w plecy.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.
