Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

„Ministranci” to mniej depresyjny „Kler”. Dlaczego w polskim kinie musi wiać nudą?

przeczytanie zajmie 5 min
„Ministranci” to mniej depresyjny „Kler”. Dlaczego w polskim kinie musi wiać nudą? źródło: zrzut ekranu z https://www.youtube.com/watch?v=GNOXJ05FHh0

„Ministranci” to kolejny po „Klerze” film krytykujący wspólnotę Kościoła za hipokryzję, którą należy zwalczać w imię wolności jednostki. Polscy reżyserzy mogliby w końcu zrozumieć, że lata 90. już się skończyły i problemów polskiego społeczeństwa nie należy szukać za ołtarzem, ale właśnie w rozbuchanym do granic możliwości indywidualizmie.

Dom dobry ministrantów

21 listopada do kin trafił film pt. „Ministranci”. Choć zbiera głównie pozytywne recenzje, a w Gdyni został nagrodzony Złotymi Lwami, wydaje się pozostawać w cieniu głośnej produkcji „Dom dobry” w reżyserii Wojciecha Smarzowskiego.

Oba filmy, choć na pierwszy rzut oka różne od siebie, w gruncie rzeczy są bardzo podobne. Starają się uwypuklić te same patologie społeczne, rzekomo powszechnie obecne w polskim społeczeństwie.

Świat przedstawiony w „Ministrantach” jest niemal żywcem wyjęty z wyobrażeń tzw. wielkomiejskiej, liberalnej elity. Oto mamy zaprezentowane małe miasto gdzieś w Polsce, w którym istnieją bardzo wyraźne podziały klasowe. Żyją w nim więc zarówno dobrze sytuowane rodziny, jak i te biedne, często patologiczne (ten drugi typ wydaje się przeważać).

Każdy jest zajęty swoim życiem, a jedynym budynkiem, łączącym mieszkańców tego miasta, jest miejscowy kościół. Na mszach frekwencja nie zawodzi, a proboszcz parafii nie może narzekać na brak osób chętnych do spowiedzi.

Główni bohaterowie to czterej uczniowie miejscowej szkoły podstawowej, mniej więcej w podobnym wieku (12-13 lat). Łączy ich służba dla parafii jako ministranci. Mimo, że zdarza im się nabroić, to jednak ich zaangażowanie w dbanie o kościół i wiara w Boga wydają się być głębokie, a wartości chrześcijańskie wyjątkowo bliskie. Instytucja Kościoła jest dla nich wielkim autorytetem.

Autorytet bez autorytetów

Ten autorytet Kościoła jest jedynym, na jaki chłopcy początkowo mogą liczyć. Główny bohater Filip (Tobiasz Wajda), najbardziej charyzmatyczny, a także pochodzący z najgorzej sytuowanej rodziny, wychowuje się bez ojca, a jego młoda bezrobotna matka choruje na poważną depresję i alkoholizm, przez co nie zwraca wiele uwagi na syna.

Drugi z ministrantów – Gucci (Bruno Błach-Baar) w kontraście do Filipa pochodzi z zamożnej rodziny, ale zarówno jego ojciec, jak i matka nie okazują mu dużego zainteresowania (ojciec dużo pracuje, a matka wydaje się być o wiele bardziej zaangażowana w szukanie domu za granicą niż wychowanie syna). Autorytetu chłopcy nie znajdują też w szkole, gdzie spotykają się głównie z przymuszaniem do wklepywania na pamięć kolejnych dat na lekcjach historii.

Na tym tle kościół nie ma tak naprawdę żadnej konkurencji. Jest jedynym miejscem, gdzie chłopcy naprawdę czują się potrzebni i ważni dla wspólnoty. Czują, że są częścią czegoś większego.

W tym aspekcie reżyser bardzo wyraźnie rozgranicza instytucję Kościoła od ludzi, którzy mają go reprezentować. Proboszcz parafii, w której służą chłopcy, przez cały film zajmuje się głównie wydawaniem poleceń i nie jest w stanie przekazać żadnej głębszej myśli religijnej. Ministranci sami są niejako zmuszeni do interpretowania kazań i czytania Pisma Świętego.

Jedyną osobą, która im imponuje, jest rekolekcjonista (znany teraz z „Domu dobrego” Tomasz Schuchardt), dający charyzmatyczne, choć bardzo katastroficzne kazania o „ostatnim bastionie chrześcijaństwa” jakim ma być miasto, w którym toczy się akcja filmu.

I jego czar w oczach chłopców pryska jednak bardzo szybko w momencie, gdy podsłuchują jego rozmowę z proboszczem, w której okazuje się, że rekolekcjonista chce przejąć pieniądze parafii zebrane przez ministrantów dla potrzebujących.

Reżyser stosuje więc wyświechtany już manewr unikania otwartej krytyki nauk Kościoła, atakując go jednocześnie jako instytucję. Instytucję, której symbolami są zepsuci i bierni wobec zła księża. Podobny zabieg stosowali już do pewnego stopnia Jan Komasa w „Bożym Ciele” czy Smarzowski w „Klerze”.

Polski Robin Hood

(Dla tych, którzy filmu nie obejrzeli, SPOILER ALERT)

Zszokowani faktem przywłaszczenia pieniędzy parafii przez rekolekcjonistę, chłopcy postanawiają od tej pory sami realizować wartości, jakie promuje Kościół. Decydują się wykraść pieniądze parafii, a następnie rozdać je potrzebującym.

Osoby, którym należy się według nich pomoc, wybierają na podstawie ich spowiedzi w kościele, które nagrywają za pomocą założonego w konfesjonale podsłuchu.

Z czasem okazuje się jednak, że osoby regularnie uczęszczające na mszę świętą i spowiadające się, nie są w istocie wierne wartościom chrześcijańskim. I tak o to matka Filipa wyznaje księdzu, że nienawidzi swojego syna, bo przypomina jej byłego partnera, mężczyzna ciężko chory na raka wykorzystuje otrzymane od chłopców pieniądze do kupna dużej ilości alkoholu, a przemocowy ojciec Dominiki – koleżanki Filipa – wyznaje, że bije swoją córkę i żonę „w dobrej wierze”.

Z czasem tytułowi ministranci decydują się ukarać osoby, które według nich na to zasługują, licząc, że w ten sposób „nawrócą się”.

Wszystko to prowadzi ostatecznie to tragedii, w której Filip zostaje ciężko pobity przez ojca Dominiki. Po wyjściu ze szpitala powraca do kościoła, gdzie proboszcz każe mu odejść, mówiąc, że „nie pasuje tutaj”. Filip oddala się, a później dołączają do niego jego trzej kompani.

Katolicka (polska) wspólnota zepsucia

Wyżej opisana scena kończy film, zostawiając widza z obrazem skrajnie pesymistycznym. Oto bowiem z przedstawionej historii wyłania się obraz wspólnoty skrajnych hipokrytów, którzy w niedzielę chodzą na mszę i się spowiadają, obiecując poprawę, a potem wracają do dalszego popełniania swoich grzechów.

Proboszcz reprezentujący autorytet Kościoła jest wobec tego całkowicie bierny, a rekolekcjonista sam okazuje się być zepsuty. Na tym tle czterej ministranci jako jedyni starają się realizować w praktyce wartości chrześcijańskie, w które wierzą, choć ich postępowanie również może budzić zastrzeżenia.

Koniec końców najbardziej zdeterminowany do działania Filip zostaje niejako wypchnięty poza wspólnotę, która słowami proboszcza mówi mu, że „nie pasuje tutaj”.

Człowiek według zamysłu twórców filmu ma dwie drogi: skrajnego hipokryty, żyjącego w zepsutym, zakłamanym społeczeństwie, oraz ścieżkę „outsidera”, wypchniętego poza społeczny nawias z powodu wierności wartościom, które wspólnota wydaje się oficjalnie wyznawać, podczas gdy w rzeczywistości są one dla niej tylko fasadą, usprawiedliwieniem grzechu.

Poza ministrantami i ewentualnie Dominiką, tak naprawdę nie ma wśród członków wspólnoty postaci pozytywnych. Na pierwszy plan wychodzą tak naprawdę alkoholicy (m.in. matka Filipa), przemocowy ojciec Dominiki, skorumpowany rekolekcjonista oraz bierny i obojętny wobec wszystkiego ksiądz.

I mimo usilnych starań, chłopcom nie udaje się zbawić świata, zamiast tego zostają oni wręcz „wygnani” za swoje postępowanie.

Czas na kulturowe odrodzenie pozytywnego obrazu wspólnoty

Fabuła filmu jest więc w gruncie rzeczy pochwałą indywidualizmu, podkreśleniem moralnej wyższości jednostki nad wspólnotą, w której żyje. Mówi nam, że nawet jeśli zgadzasz się z wartościami, które społeczeństwo oficjalnie wyznaje, to najlepiej zrobisz, jeśli będziesz je realizował sam.

Ostatnio w polskich filmach o tematyce społecznej brakuje dobrych zakończeń i pozytywnych przedstawień społeczeństwa. Można tutaj przywołać prawdziwe klasyki gatunku jak „Dzień świra” Marka Koterskiego, przywoływane wielokrotnie tutaj filmy o tematyce społecznej w reżyserii Wojciecha Smarzowskiego (np. wspomniany „Kler”), znane z ich depresyjnej wizji świata.

Również w licznie nagradzanym „Bożym Ciele” Komasy, w pewnym sensie podobnym tematycznie do „Ministrantów”, zakończenie nie należy do zbyt optymistycznych, a przedstawiona w nim mała wspólnota również skrywa mroczne tajemnice.

Chciałbym doczekać czasu, w którym polscy reżyserzy przyjmą do wiadomości, że nie ma sensu robić kolejnego filmu krytykującego Kościół w imię wolności jednostki. Ile jeszcze historii takich jak „Ministranci” musi pojawić się polskiej kulturze, zanim ktoś z twórców w końcu zauważy, że większość społeczeństwa nie wygląda już jak w latach 90., a jego problemów niekoniecznie należy szukać za ołtarzem, a właśnie w rozbuchanym do granic możliwości indywidualizmie?

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.