Szeptuchy. Opowieść o zaczarowanej religijności Podlasia
Często mówi się o substytutach religii, którymi podpierają się ludzie odrzucający oficjalne kościoły. Istnieją jednak osoby praktykujące, równolegle zajmujące się magią ludową i korzystające z pomocy lokalnych uzdrowicieli. W ich przypadku wróżbiarstwo i wiara w archaiczne rytuały nie zastępują modlitwy w kościele, cerkwi czy meczecie. Oba te światy współistnieją ze sobą i wzajemnie się uzupełniają. W Polsce taki fenomen istnieje na Podlasiu. Jego nazwa to szeptuchy.
Esej pochodzi z najnowszego numeru Pressji zatytułowanego „Zaczarowany katolicyzm”. Trwa zbiórka na wydanie teki w wersji papierowej. Jeżeli chcesz ją zdobyć, kliknij tutaj.
Moc, która pochodzi od Boga
Kościół prawosławny potępia działalność szeptuch. Korzystanie z ich porad jest grzechem, jednak najsłynniejsza uzdrowicielka z Orli, Wiera Popławska (zmarła w 2024 r. w wieku 98 lat), do końca życia uczestniczyła we wszystkich nabożeństwach w cerkwi:
Gdy było święto, nawet najmniejsze, to nie było po co do niej jechać, bo ona świętowała. Tak samo, gdy na wsi odbywał się pogrzeb czy wystawienie ciała – ona po prostu szła do cerkwi. Nikt jej stamtąd nie wyganiał. Nie mówił jej, że robi źle.
Moją informatorką jest pani Teresa, 62-letnia mieszkanka powiatu białostockiego. Na Podlasiu mieszka całe życie. Wyznaje prawosławie tak jak jej mama i babcia. Od dziecka ma kontakt z szeptuchami, ale korzysta też z magii ludowej na własną rękę. Zna wiele rytuałów, przed naszym spotkaniem spisała na kartce te, które praktykują jej koleżanki.
Kiedy zapytałam moją rozmówczynię, czy spowiada się z chodzenia do szeptuch, odpowiedziała, że nie uważa, że jest to na tyle duże przewinienie, żeby się z tego spowiadać. Przypuszcza, że moc uzdrowicieli zajmujących się wyłącznie białą magią może pochodzić od Boga.
Babka z Orli imponowała jej nadludzką siłą:
Dzień w dzień to samo. Czy otwarta brama, czy zamknięta, kolejka zawsze tam była. Z dziećmi przyjmowała bez kolejki. Tak samo starszych i kobiety w ciąży. A reszta musiała stać. Często pozostawali na drugi dzień. Gdy się tam zajechało około szóstej rano, to w kolejce stało już kilkadziesiąt osób.
Ile tej siły w niej było! Mówi się, że jeżeli ktoś te rytuały zna, to ciężko mu umrzeć, dopóki nie przekaże wiedzy komuś innemu. Dopiero gdy jakiś następca to przejmie, to ona ma wtedy lżej i może odejść w spokoju.
Zatrzymajmy się na chwilę nad przekonaniem, że moce szeptuchy mogą rzeczywiście pochodzić od Boga. Jak pokazują badania etnografów i antropologów, w wielu miejscach kulty religijne sięgające tradycji przedchrześcijańskich oraz wierzenia ludowe przodków niezgodne z oficjalną doktryną religijną przetrwały tam, gdzie ludzie byli głęboko przekonani, że działają w nich moce dobra, tj. zostały przekazane im przez Boga.
Ciekawym przykładem tego zjawiska podzielił się ze mną białoruski etnograf – Dzmitry Kanaplianikau. W ramach pracy naukowej zajmował się współczesną wiarą w elfy, która zachowała się na terenie Białorusi w basenie rzeki Soż.
Niektórzy mieszkańcy tego regionu wierzą, że w lasach mieszkają postaci, które kiedyś były ludźmi, jednak przed śmiercią nie zostali ochrzczeni, wskutek czego stali się niewidzialni. Elfy stworzył Bóg, dlatego ich kult nie jest niczym złym. Można przynosić im jedzenie do lasu, a one w zamian za to niosą pomoc. Kult elfów nie przetrwał tam, gdzie ludzie pomyśleli, że te istoty pochodzą od Złego.
Wróżenie z Koranu
Kościół prawosławny nie lubi ogłaszać oficjalnych stanowisk ani wydawać dokumentów. Pozostawia swoim wyznawcom o wiele większe pole decyzyjności i dowolnych interpretacji niż katolicyzm. W wielu kwestiach, takich jak np. seksualność, można spotkać się w Kościele prawosławnym z bardziej indywidualnym podejściem oraz większym zaufaniem sumieniu i intuicji wiernych niż w Kościele katolickim. Być może dlatego działalność ludowych uzdrowicieli w cieniu podlaskich cerkwi nie budzi aż tak dużego dysonansu.
Warto jednak zaznaczyć, że magia ludowa na Podlasiu nie jest wyłącznie domeną prawosławnych:
Tu w lesie za górą mieszkała kiedyś babcia Lidzia. Niestety już zmarła. Do niej z dziećmi wszyscy chodzili. Nie było rozróżnienia czy katolicy, czy prawosławni. Tak samo do Orli – przecież tam nawet Jaruzelski był.
Kiedy mieszkaliśmy w Białymstoku, moja sąsiadka Maryla zawsze, gdy widziała drugą sąsiadkę, której źle z oczu patrzyło, krzyczała do niej: „Wypad! Bo ty masz złe oczy”. Wierzyła w to wszystko, a przecież katoliczką była!
To samo bukiety zielne. Oni je święcą 15 sierpnia w kościele, my w cerkwi 28. Można je potem wrzucić do kubeczka, podpalić i dymem trzykrotnie okadzić dziecko. Albo bukszpan z wielkanocnego koszyczka. Nie wyrzuca się święconych rzeczy, to wszystko lepiej spalić. Tu po sąsiedzku mieszka katoliczka, też tak robiła. Oni wszyscy z tego domu do szeptuchy chodzili!
W latach 70. XX w. pochodzący z Podlasia religioznawca, Włodzimierz Pawluczuk, badał fenomen sekty założonej przez niepiśmiennego chłopa – Eliasza Klimowicza ze Starej Grzybowszczyzny. Badacz dotarł do najbardziej gorliwych wyznawców proroka Ilji, w tym do Aleksandra Daniluka.
Ten prosty chłop ze wsi Kamień opowiedział mu swój życiorys, w którym pojawia się ciekawy szczegół. Kiedy w okresie międzywojennym Daniluk zaczął mieć liczne wizje religijne, jego żona wysłała go do uzdrowiciela – Tatara z Kruszynian. W późniejszej powieści Judasz autorstwa Pawluczuka, inspirowanej autentycznymi opowieściami podlaskich chłopów, pojawia się nawet nazwisko tego Tatara: Józef Popławski. Okazuje się, że taki człowiek rzeczywiście żył w Kruszynianach w latach 1908-1994 i pełnił tam posługę… imama.
Trzy lata temu odwiedziłam Kruszyniany, aby porozmawiać z Tatarką, Dżennetą Bogdanowicz. Wspomniała wówczas o pewnym „starszym wujku”, który oprowadzał po meczecie:
W naszej religii zabobony są zakazane, ale zdarzało się wróżenie z Koranu. Ten wujek Popławski zajmował się także leczeniem. W Kruszynianach na naszym mizarze zdarzyła się też taka sytuacja, że na drzewach wokół mieszkało pełno gawronów, zatrzęsienie ich. Bardzo brudziły pomniki. Nie można było ich wygonić, wezwano jakiegoś imama, przeszedł z modlitwą przez cały mizar zgodnie ze wskazówkami zegara. Pomodlił się i ptaki zniknęły. Tak było już w czasach powojennych, mówiono, że to prawda, więc coś w tym jest.
Podlasie jako enklawa
Powyższe przykłady świadczą o tym, że uprawianie magii ludowej na Podlasiu nie jest domeną ludzi konkretnego wyznania. To pewien system mentalny wykraczający poza religię. Ten sposób myślenia nie dyskredytuje żadnego z obecnych na tamtych terenach wyznań, lecz z nimi współistnieje. Jak to możliwe, że tak się dzieje?
Za jeden z powodów uważam to, że te tereny przez długi czas stanowiły swoistą enklawę. A enklawy, tj. miejsca odosobnienia, sprzyjają zarówno zachowywaniu archaicznych tradycji, jak i poddawaniu dowolnym interpretacjom obowiązujących przepisów religijnych.
Przykładem tego mogą być staroobrzędowcy, którzy 300 lat temu wśród bagien i dziewiczych puszczy Podlasia oraz Suwalszczyzny znaleźli bezpieczne schronienie przed represjami. W XVII w. odrzucili oni reformę liturgiczną patriarchy Nikona, wskutek czego sobór moskiewski uznał ich za heretyków. Starowiercy uciekli na zachód i stworzyli tu własne enklawy, które przetrwały do dziś we wsiach, takich jak Wodziłki czy Gabowe Grądy.
Do wielu opisywanych przeze mnie miejsc na Podlasiu trudno dostać się nawet w 2025 r.
Osada w Wierszalinie – była siedziba sekty proroka Ilji – leży w środku lasu kilka kilometrów od granicy polsko-białoruskiej. Prowadzi do niej piaszczysta droga. Dojazd do tego miejsca w lutym br. skończył się dla nas awarią samochodu. Oczywiście nie funkcjonuje tam transport publiczny. Do wioski, gdzie przyjęła nas pani Teresa, również nie prowadziła droga asfaltowa. Trudno nie traktować takiego odludzia jako enklawy.
Ponadto życie w tak pięknych, dzikich okolicznościach przyrody nie pozostaje obojętne na ludzką wyobraźnię. Owocem tej wyobraźni jest chociażby imponująca, położona na bagnach cerkiew w Koterce, gdzie w 1852 r. podczas zbierania szczawiu prostej chłopce Eufrozynie miała objawić się Matka Boska. Innym przykładem jest Krynoczka – święte źródełko na uroczysku nieopodal Hajnówki. Pielgrzymi maczają bawełniane chusteczki w wodzie, przykładają do chorego miejsca, po czym wieszają je na sznurach w środku lasu. Wierzą, że to ich uzdrowi.
Wpływ rosyjskich zabobonów
Prawosławni mieszkańcy Podlasia przez cały okres zaboru rosyjskiego podlegali Świątobliwemu Synodowi Rządzącemu – organowi kierowniczemu wprowadzonemu przez cara Piotra I Wielkiego. W latach 1721-1917 Rosyjski Kościół Prawosławny był całkowicie podporządkowany państwu. W porównaniu z władzami Kościoła katolickiego hierarchowie Kościoła prawosławnego częściej naginali przepisy swojej religii ze względu na upodobania władzy świeckiej.
Stąd wspomniana większa elastyczność i szersze pole interpretacji. A że rosyjscy władcy podobnie jak ich poddani lubowali się w zabobonach, cerkiew musiała przymykać oczy na niektóre kwestie.
Pisał o tym chociażby Antoni Ferdynand Ossendowski w zbiorze felietonów podróżniczych Cień ponurego Wschodu. Autor pokazał gusła, sekty i ruchy religijne, w jakie powszechnie wierzył naród rosyjski u progu rewolucji bolszewickiej. Niewykluczone, że ta wschodnia przesądna mentalność przeniknęła aż na Podlasie. W końcu przez wiele lat tereny te znajdowały się w granicach Imperium Rosyjskiego.
Tutejsi, czyli niczyi
W międzywojniu prawosławni mieszkańcy Podlasia określali się po prostu jako „tutejsi”, choć lepszym określeniem byłoby „niczyi”. W ciągu zaledwie kilku lat przeżyli dekonstrukcję ich dotychczasowego świata – I wojnę światową, bieżeństwo, upadek cara, rewolucję bolszewicką, odzyskanie niepodległości przez nieznaną im Polskę i próby budzenia w nich tożsamości narodowej, której nie rozumieli.
Pewnego dnia Złe nieoczekiwanie wdarło się do podlaskich wiosek, zapukało do chałup i weszło nieproszone, zakłóciło odwieczny porządek. Nie dziwi zatem, że „tutejsi” mieli tak silną potrzebę wspomagania się magią ludową czy zabobonami oraz wierzyli w samozwańczych, cudem ocalonych carów i charyzmatycznego proroka Ilję.
To wszystko stało się dla nich punktem odniesienia, nadzieją na wyjście z chaosu. Obserwując poziom współczesnych apostołów, naprawiaczy świata i wielość absurdalnych teorii spiskowych, na jakie nabierają się we względnie spokojnych czasach również wykształceni ludzie z dużych miast, trudno dziwić się postawie podlaskich chłopów.
Współcześnie wielu prawosławnych mieszkańców Podlasia, którzy posługują się dialektem charakterystycznym dla tych ziem, stanowczo odcina się od Rosji. Deklarują się jako Białorusini, a słowo „kacap” traktują jak największą obelgę. Gdy rozmawiałam o nich ze Zmitrem – wspomnianym białoruskim etnografem z Mińska – powiedział:
Dla białoruskich patriotów, takich jak my, pod względem ideologicznym to nie jest żadna białoruska kultura, tylko kultura rosyjska. Wielu z tych ludzi najpierw pracowało dla rosyjskich imperatorów, potem całe ich rodziny służyły moskiewskim komisarzom komunistycznym.
Kilka wieków wcześniej ich przodkowie osiedli na tych terenach – Podlasiu, Wołyniu i polskiej Lubelszczyźnie. Prawosławie było dla nich systemem rodzinnym. Dość specyficznym, na ogół prorosyjskim. Sporo tych cerkwi zostało zbudowanych z inicjatywy władz carskich. Kultura białoruska nie jest tożsama z kulturą prawosławną.
Jak widać, tożsamość „tutejszych” do dziś budzi spory ideologiczne. Nie da się ich jednoznacznie zaszufladkować. Tworzą swoistą enklawę, co sprzyja większej swobodzie również w interpretacji przepisów religijnych, które – jak wspomniałam – w prawosławiu i tak są bardziej elastyczne niż w katolicyzmie.
Odrębny przypadek „tutejszych” stanowią Tatarzy, którzy osiedli na Podlasiu w XVII w. dzięki przywilejom nadanym przez króla Jana III Sobieskiego. Przez wiele lat nie mieli kontaktu z innymi ośrodkami muzułmańskimi, dlatego przesiąkli lokalnym kolorytem. Ich drewniane meczety są unikalnym przykładem architektury na tle innych krajów islamskich.
Nie jest tajemnicą, że Arabowie traktują Tatarów jak gorszych wyznawców islamu. Mówi o tym chociażby Adam Hraish w pierwszej części swojego filmu na YouTubie pt. ODSZEDŁEM Z ISLAMU, SPOWIEDŹ EX MUZUŁMANINA. Świadczy o tym także smutna historia niedokończonego Domu Kultury Muzułmańskiej przy ul. Pomorskiej w Białymstoku.
Budowa nie została ukończona, bo zabrakło na to pieniędzy. Inwestycję finansowały organizacje pozarządowe z Arabii Saudyjskiej, jednak polscy Tatarzy szybko przekonali się, że za tą hojnością szły wymagania. Ostatecznie nie zgodzili się na radykalizowanie ich dzieci przez arabskich nauczycieli.
Obecnie w Białymstoku funkcjonują dwa oddzielne domy modlitwy: muzułmański przy ul. Hetmańskiej i tatarski przy ul. Piastowskiej. Polscy Tatarzy są dowodem na to, że umma, tj. solidarność wyznawców islamu, tak naprawdę nie istnieje. Kultura tatarska to kolejna enklawa na Podlasiu, bardziej podatna na wpływy innowierców z sąsiedztwa niż współwyznawców z krajów arabskich. A to tłumaczy, dlaczego imam Popławski mimo zakazu zawartego w islamskim nauczaniu wróżył z Koranu.
Świat żywych i umarłych
Na Podlasiu wiedza z zakresu magii ludowej jest przekazywana w domach z pokolenia na pokolenie. Pani Teresa bardzo żałuje, że w jej rodzinie nie przetrwało zbyt wiele rytuałów:
Babcia zmarła, gdy mama miała zaledwie 15 lat. Nie zdążyła jej wszystkiego przekazać.
Na szczęście moja rozmówczyni zapamiętała część praktyk:
Mają ludzie złe oczy. Po tym wzroku tak boli brzuch, że człowieka skręca. Kiedyś mieliśmy taki przypadek. Przyjechały do nas dziewczyny z Bielska Podlaskiego. I jedna z nich, gdy tylko dotarła do naszego domu, od razu padła na ziemię. Tak ją bolał brzuch, nic jej nie pomagało.
I moja mama mówi: ściągaj, dziecko, majtki. Nie żeby ktoś widział, bo przecież miała spódniczkę. Mama wywróciła je na lewą stronę i trzy razy w lewą stronę potarła jej tymi majtkami twarz. Popluła przez lewe ramię trzy razy. W ciągu pół godziny dziewczynę przestał boleć brzuch. Niby takie śmieszne, a działa.
Dalej pani Teresa tłumaczyła mi, że w praktykach magicznych ważne jest, żeby świece gromniczne, z których wytapiamy wosk, były poświęcone. I żeby wszystko robić „na lewą stronę”, tj. na odwrót i „od siebie”. W końcu zależy nam na pozbyciu się zła, a nie przyciągnięciu go.
Czymś uniwersalnym dla wierzeń ludowych jest przekonanie o przenikaniu się świata żywych i umarłych. W kulturze słowiańskiej takim magicznym miejscem, w którym łączenie się obu tych światów jest szczególnie silne, są rozstaje dróg. Nie bez powodu w czasie obchodów dziadów ludzie palili ogniska na skrzyżowaniach. Wierzyli, że w ten sposób pomagają duszom przodków bezpiecznie trafić na ucztę do rodzinnego domu.
Nie zdziwiłam się, gdy w opowieści pani Teresy pojawiły się podobne motywy:
U szeptuchy pierwszy raz byłam w szóstej klasie szkoły podstawowej. Ciągle bolała mnie głowa. Rano nie miałam siły iść do szkoły. Czy to było na tle nerwowym, nie mam pojęcia. Moja mama powiedziała, że trzeba do Orli pojechać, bo to nie ma co. A wtedy w Orli przyjmowała jeszcze mama tej Wiery, Waleczka. Bardzo dobrze, że tam pojechałyśmy, bo odpukać, do dziś ani razu nie zabolała mnie głowa!
Odmówiła przy mnie jakąś modlitwę i wręczyła takie zawiniątko. Zawsze wręcza te zawiniątka – w środku jest chleb albo kasza. Kiedy zbliżamy się do skrzyżowania, trzeba odmówić modlitwę. Każdemu zaleca inną. Potem na rozstaju dróg trzeba przez okno – czy to w samochodzie, czy w autobusie – wyrzucić to zawiniątko.
A jeżeli śni nam się zmarły, a w tym śnie potrzebuje jeść i pić, to znaczy, że potrzebuje modlitwy. Wtedy trzeba iść do cerkwi, zanieść karteczkę. Kiedyś śnił mi się majster mojego męża, chociaż nie miałam z nim żadnego kontaktu! Z żoną mu się nie układało, powiesił się. Śnił mi się przez dłuższy czas. Podawałam te kartki, nie powiem, że nie. A on ciągle przychodził głodny. Nie mógł liczyć na pomoc rodziny, najwidoczniej szukał neutralnej osoby, która pójdzie i poda kartkę. Po pół roku w końcu przestał.
Czarna magia
W maju 2009 r. w miejscowości Nowoberezowo leżącej na trasie między Hajnówką a Bielskiem Podlaskim zginął ksiądz prawosławny. Ktoś na środku jezdni postawił sedes. Kierowca chciał ominąć przeszkodę. Gwałtownie wyhamował, wskutek czego uderzył w drzewo. Ksiądz zmarł w szpitalu. W lokalnych mediach to była wówczas naprawdę głośna sprawa.
W toku śledztwa pojawiły się doniesienia, że sedes w tym miejscu kazała postawić szeptucha trudniąca się rzucaniem uroków. Ktoś życzył księdzu źle i skorzystał z jej usług. Do dziś nie udało się tego potwierdzić.
Pytam panią Teresę, jak to jest z tą czarną magią:
Do rzucania uroków nie trzeba szeptuchy. Ludzie to znają sami, z dziada pradziada. Do szeptuchy można pojechać odczynić urok, jeśli samemu się nie potrafi. Ona może też powiedzieć, kogo się wystrzegać – czy to sąsiadki, czy kogoś z rodziny. Tak doskonale wyczuwa człowieka! Nie mam pojęcia, jak ona to robi. Od razu staje się nerwowa, gdy ktoś kręci, nie mówi prawdy.
Słyszałam, że jeśli życzy się komuś źle, trzeba mu wrzucić malowane jajko do ogrodu, ale nie znam szczegółów. Nigdy tego nie robiłam. Nie róbmy komuś „na wred”, bo karma wraca. To żadna sztuka komuś nawalić, a potem być z tego dumnym.
Nie jest łatwo pozyskać informacje, gdzie na Podlasiu przyjmuje szeptucha zajmująca się robieniem ludziom „na wred”, czy takie kobiety w ogóle istnieją i ile ich jest. Próżno szukać ich adresów w internecie. Być może jest to lokalne tabu? Tak jak wspominałam, przyjmuje się, że szeptuchy to uzdrowicielki obdarzone mocą od Boga, którą wykorzystują, aby pomagać ludziom i odczyniać uroki.
Im dalej na Wschód, tym więcej jest lęku i wiary w zabobony powiązane z czarną magią, o czym pisał Ossendowski. Z otwartym przekazem o szeptuchach uprawiających czarną magię spotkałam się w… salonie kosmetycznym w Warszawie prowadzonym przez Ukrainki. Jedna z nich opowiedziała mi o wsi Stobychwa (ukr. Стобихва) w obwodzie wołyńskim, 240 km na wschód od Lublina. Podobno tę miejscowość zamieszkuje mnóstwo wiedźm. Kierowcy boją się tamtędy przejeżdżać.
Duchowość antykapitalistyczna
Podlascy uzdrowiciele różnią się od innych naprawiaczy świata tym, że traktują swoją posługę wolontaryjnie, nie czynią z niej modelu biznesowego przynoszącego im intratne zyski:
Babka z Orli nigdy nie chciała za to pieniędzy. Jeździliśmy do niej przez wiele lat. Nigdy nie powiedziała „ile”, ale gdy ludzie kładli pieniądze na stole, to brała. Dziesięć, dwadzieścia złotych. To były takie kwoty, żadne kokosy. Nieraz nasyłali na nią skarbówkę. Czego tam nie było! Zdarzało się nawet, że dom jej podpalali.
Podlaskie szeptuchy walczą z kapitalizmem, mimo że to nie one wznoszą takie hasła na sztandary. Natomiast nie jest to jedyna walka, jaką muszą toczyć między sobą a resztą świata. W latach 70. XX w. Włodzimierz Pawluczuk tak pisał o pojedynku przeciwko światu, jaki podjęła Waleczka z Orli – matka zmarłej w zeszłym roku Wiery Popławskiej:
Świat wytoczył przeciwko niej wszystkie swe potęgi: telewizję, prasę, odczyty i referaty różnych stowarzyszeń i organizacji. Aparat wiedzy, aparat nauki, wielkie autorytety, mądre książki, szkoła, kościół – wszystko jest przeciwko Waleczce. […] A co robi Waleczka? Nic. Absolutnie nic. Traktuje świat z dobrodusznym wyrozumieniem i kobiecym uśmiechem.
Z matczyną życzliwością przyjmuje w swej chacie jako pacjentów zwalczających ją działaczy oświatowych, pracowników służby zdrowia, dziennikarzy, milicjantów. Wszystkich. Dziwny to pojedynek: z jednej strony świat z cyklotronami, z drugiej Waleczka z kilkoma formułami starej ludowej magii, których nauczyła się od nieżyjącej już matki. I zwycięża w pojedynku Waleczka.
[…] W przypadku Waleczki widać jak na dłoni bezradność świata wobec zjawisk nieszablonowych, wobec tajemnicy. Bo tak naprawdę to świat nie może przeciwstawić znachorce nic poza szablonową ironią i obelgami. Wystarczy pójść do pacjentów Waleczki, by się przekonać, że pobyt u niej w jakiś sposób im pomaga. Sugestia? Działanie mitu znachorki? Zwykłe prawa przypadku? Czy może jakieś telepatyczne działanie organizmu na organizm? Nikt tego nie sprawdził.
Nikt nie będzie przecież serio prowadził badań nad skutecznością leczenia „babki z Orli”. Gdyby nawet ktoś chciał, nie pozwolą na to obowiązujące przepisy i zwyczaje. Świat musi więc przegrać swój pojedynek z orlańską znachorką i nie ma na to żadnej rady.
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury, uzyskanych z dopłat ustanowionych w grach objętych monopolem państwa, zgodnie z art. 80 ust. 1 ustawy z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych.
Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o zachowanie informacji o finansowaniu artykułu oraz podanie linku do naszej strony.

