Sarmatyzm i polityka radykalnej demokracji. Polemika z Janem Śpiewakiem
Rembrandt van Rijn - "Polski Szlachcic" (A Polish Nobleman), National Gallery of Art in Washington, D.C.
Zwrot ludowy zdominował polską kulturę ostatnich lat, często budując swój przekaz na resentymentalnym odrzuceniu dziedzictwa szlacheckiego. W sporze tym coraz częściej pojawia się teza o rzekomej „patologii” sarmatyzmu. Głosi ją dziś z pełnym przekonaniem Jan Śpiewak. Tymczasem obraz szlachty jako źródła wszystkich polskich nieszczęść jest uproszczeniem – i przesłania bogate, demokratyczne tradycje polityczne, które mogą być inspiracją również dzisiaj.
Dobry chłop i szlachecka mafia
Gdyby jednak poszukać jakiegoś wspólnego mianownika łączącego tak różne przedsięwzięcia jak książki naukowe (Fantomowe ciało króla Sowy), spektakle teatralne (W imię Jakuba S. Strzępki i Demirskiego), eseje historyczne (Chamstwo Pobłockiego, Bękarty pańszczyzny Rauszera) czy seriale (1670), byłby nim jego resentymentalny charakter, a więc różnorako artykułowane „nie” skierowane przeciwko kulturze szlacheckiej.
Na ogół pojmuje się ją jako dość jednorodną grupę, co jest „ludowcom” potrzebne do skonstruowania szlachty jako klasy, która jest właścicielem środków produkcji, wyzyskującym podległych czy wręcz zniewolonych pracowników i usprawiedliwiających ów wyzysk hegemonią kulturową oraz polityczną.
Staropolska szlachta to staropolska mafia, która wytwarza świat symboliczny naturalizujący podległość ludu, oraz zawłaszcza i ostatecznie niszczy instytucje państwa po to, by zrealizować swój własny, egoistyczny interes.
Pożyczoną z Fantomowego ciała króla Sowy metaforę mafii można potraktować jako strukturę głęboką lewicowego i liberalnego myślenia o szlachcie. Najnowszą pozycją, która ją uaktywnia (choć nie wprost) jest głośne Patopaństwo. O tym jak elity pustoszą nasz kraj Jana Śpiewaka.
Jedna z głównych tez tej książki została wyrażona następująco: „Na czele polskiego społeczeństwa stoi warstwa o feudalnych korzeniach: inteligencja, której rodowód sięga czasów szlacheckich. Najważniejsze wady tej grupy to: egoizm, kompleks niższości połączony z poczuciem wyższości, kolesiostwo oraz pogarda dla dobra wspólnego i osób słabszych”.
Wczoraj szlachcic, dziś inteligent?
Nie chcę wchodzić w szczegółową polemikę ze Śpiewakiem na temat tego, czy faktycznie polskie elity symboliczne i polityczne swój kulturowy background odziedziczyły po szlachcie.
Tezę o długim trwaniu kultury folwarcznej można jednak łatwo sfalsyfikować poprzez pokazanie przykładów zaczerpniętych z innych krajów – tych, w których zamiast szlachty dominowało mieszczaństwo.
Gdyby jedynie polskie elity odczuwały pogardę wobec ludu, to Benjamin Griveaux, rzecznik rządu Macrona, nie określiłby protestujących z ruchu żółtych kamizelek mianem „ploucs” oznaczającym „wieśniaków”, którzy są „facetami palącymi papierosy i jeżdżących samochodami z silnikiem Diesla”, pomijając przy tym ich główne żądania: wyższe płace i niższe podatki od paliw dla kierowców z prowincji.
Takie przykładów można by mnożyć (zwolennicy Brexitu określani mianem „ignorantami z prowincji”; Hillary Clinton, która połowę zwolenników Trumpa (głównie białych robotników z Rust Belt) umieściła w „koszyku godnych pożałowania” [basket of deplorables] – rasistów, seksistów i ksenofobów, ignorując ich gniew na utratę miejsc pracy po 2008 r.).
Fakt, że w tym samym momencie pojawia się analogiczna dyskursywizacja relacji klasowych oznacza, że tym, co naprawdę tu działa, nie jest żaden „sarmatyzm” (pisałem o tym kiedyś w tekście Kultura folwarczna: długie czy krótkie trwanie?).
Sarmatyzm nigdy nie istniał
Teza Jana Śpiewaka o patologicznej roli staropolskich elit jest jedynie częściowo prawdziwa: odnosi się tylko do pewnego czasu (końca trwania I Rzeczpospolitej) i do pewnych warstw szlachty (magnatów). Ów „neosarmatyzm”, jak to gdzie indziej określa autor, nie musi być synonimem patologii, lecz całkiem sensowną i inspirującą propozycją kultury politycznej – oczywiście tylko w jakiejś swojej części.
Zacznijmy od tego, że sarmatyzm… nigdy nie istniał, albo raczej: został wytworzony po końcu kultury szlacheckiej jako oświeceniowy synonim tego, co w polskości cywilizacyjnie wsteczne (później ów stereotyp zawłaszczył PRL).
Niezależnie od autorów „Monitora” wytwarzali go w tamtym czasie – o czym pisze Larry Wolfe w książce Wynalezienie Europy Wschodniej. Mapa cywilizacji w dobie Oświecenia – autorzy francuscy na czele z Jeanem-Paulem Maratem, Wolterem czy Chevalier de Jaucourt.
W swoich listach, relacjach z podróży i powieściach dziwili się środkowo-europejskiemu, w tym polskiemu zacofaniu. Jednym z fantazmatów nakładanych przez nich na tę część mapy, którą dzięki nim właśnie określamy Europą Wschodnią lub Środkowo-Wschodnią, była wolność pojmowana jako prawo do skrajnie indywidualistycznej swobody kończącej się możliwością zniewolenia innych warstw społecznych.
Wolność republikańska
I choć nie ma wątpliwości, że i tak wolność przez staropolskich szlachciców była traktowana, to jednak rdzeniem światopoglądu sarmackiego była inna wolność – ta, która w sposób ścisły i konieczny łączy się z takimi wartościami jak zgoda (concordia), równość i obywatelskość.
Stanowiły one swoiste bezpieczniki chroniące przed konsekwencjami nadmiernego indywidualizmu. Ich połączenie (powtórzę: ścisłe i konieczne) tworzyło kulturę republikańską, która może być atrakcyjna i dzisiaj dla tych, którym bliskie są ideały radykalnej demokracji uczestniczącej.
W chwili powstania przywilejów szlacheckich – jak pisał Janusz „Jany” Waluszko – „złota wolność nie oznaczała, że szlachcie wszystko wolno, ale że królowi nie wolno wszystkiego, a więc – konfiskować dóbr (od 1422), więzić szlachcica bez wyroku sądowego ani go torturować (1430 – 31), nakładać nowych podatków i zwoływać pospolitego ruszenia bez zgody sejmików ziemskich (1454) a w końcu (1505) stanowić nowych praw bez zgody sejmu”.
Złota wolność swoją najdonioślejszą artykulację znalazła w systemie sejmikowo-sejmowym, który – o czym zbyt łatwo się zapomina – zdegenerował się na bardzo późnym etapie swojego istnienia. Warto pamiętać, że liberum veto zostało po raz pierwszy użyte w 1652 roku, a więc około 150 lat po ukształtowaniu się demokracji szlacheckiej, co stanowi dowód na wysoką kulturę polityczną polskiej szlachty.
Zanim to się stało, system ten zabezpieczał przed alienacją władzy, a więc oddaniem jej w ręce zawodowych polityków, i oddawał ją w ręce „ludu”, który na sejmie realizował również swoje, przegłosowane wcześniej podczas sejmików, interesy.
Odradzający się duch
Czy ów sprzeciw wobec alienacji władzy był motywowany słynną „prywatą”? Tak, oczywiście, jeśli tylko prywatę pojmować jako możliwość szczęśliwego życia, którego jeden z najbardziej znaczących obrazów przedstawił Wacław Potocki w Pieśni VI: Żywocie ziemiańskim spokojnym i szczęśliwym.
Zaprezentowano tu wzór życia, które dopiero wtedy jest szczęśliwe, gdy istnieje możliwość czerpania satysfakcji z owoców własnej pracy w środowisku, które możliwie najmocniej ogranicza przygodność życia. Aby jednak takie życie szczęśliwe było możliwe, należało być także obywatelem, który podczas sejmików i sejmów dba o jego, by tak rzec, „warunki brzegowe”.
Prawdziwie demokratyczny duch – duch „poziomej” współpracy między ludźmi, którzy bronią się przed wytworzeniem alienacji politycznej oraz przed alienacją pracy – odżywał w dziejach polskiej kultury wielokrotnie. Najdonioślejszym momentem było powstanie I Solidarności.
Jak zgodnie pokazują prace autorów pochodzących z zupełnie różnych opcji światopoglądowych, jej ideologicznych korzeni szukać trzeba nie tylko w XIX wieku, jak to z reguły się czyni, ale w czasach przednowoczesnej Polski.
„Solidarność była demokratyczna na wzór robotniczych wieców i szlacheckich sejmików”, powiadał Przemysław Czapliński, a wtórował mu Jacek Kowalski: „Solidarność można bez trudu opisać jako konfederację, czyli szlachecki element ustrojowy, niezwykły na europejskim tle, a wygasły wraz z upadkiem rzeczypospolitej w końcu XVIII wieku”.
Z kolei ciągłość staropolskiego czy raczej „staroszlacheckiego” wyobrażenia o życiu szczęśliwym można pokazać na wszystkich etapach późniejszej kultury, której archetypem jest wiejskość pojęta dokładnie tak jak u Potockiego.
Wybiórcza pamięć lewicy i liberałów
Lewicowo-liberalna strona światopoglądowego sporu nie chce o tym pamiętać, została bowiem uwiedziona przez stereotyp chłopa – niewolnika. Po co zachowywać dobrą pamięć o kulturze szlachty, skoro szczęście ziemiańskie zostało umożliwione przez niewolniczą pracę chłopa polskiego?
Jak pokazują najnowsze prace historyków – powstałe w odpowiedzi na liczne uproszczenia zwrotu ludowego – sprawa wcale nie wyglądała tak prosto. A wręcz: zupełnie inaczej. Skoro, jak piszą w znakomitej książce Cham i pan. A nam, prostym, zewsząd nędza? Andrzej Chwalba i Wojciech Harpula, „Zdecydowana większość herbowych chłopskich poddanych nie miała”, to znaczy, że musi upaść mit szlachcica jako pana niewolników.
A gdy to się stanie, możliwe będzie przywrócenie współczesnym Polakom przynajmniej części sarmackiego dziedzictwa, które nie musi nam się kojarzyć z obżarstwem, opilstwem i mądrościami wąsatego wuja z wesela, lecz z próbą wcielenia w życie zasad demokratycznych.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.