Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Zaczarowany katolicyzm

Zaczarowany katolicyzm Autor ilustracji: Bruno Dziadkiewicz

Francuski myśliciel, Rémi Brague, stwierdził aforystycznie, że odczarowanie świata oznaczało w konsekwencji rozczarowanie światem. Tymczasem otaczająca nas materialna rzeczywistość może być zwierciadłem, zapowiedzią, szkicem, drabiną prowadzącą kolejnymi szczeblami aż do rzeczy wiekuistych. Zaczarowany katolicyzm to opowieść o świecie, w którym dochodzi do zaślubin doczesności i wieczności.

Esej pochodzi z najnowszego numeru Pressji zatytułowanego „Zaczarowany katolicyzm”. Trwa zbiórka na wydanie teki w wersji papierowej. Jeżeli chcesz ją zdobyć, kliknij tutaj.

Zaczarowane pogaństwo

Ależ to musiała być pstrokata ciżba istnień wszelakich! „Zapożyczam dla nich nazwę longaevi od Marcjana Capelli, który wspomina «tańczące korowody długowiecznych, nawiedzających lasy, polanki, gaje, jeziora, źródła i strumyki, a których imiona są: Pany, Fauny, Satyry, Sylwany, Nimfy” – pisał C.S. Lewis w pracy Odrzucony obraz, poświęconej wyobraźni religijnej średniowiecza.

Rozbudowany katalog tych osobliwych bytów pomieszkujących przez długie wieki tuż nad granicami ludzkiej dziedziny należy uzupełnić całym zestawem większych i pomniejszych bóstw oraz półbogów; przychylnych nam duchów-opiekunów ogniska domowego, a także zdradliwych demonów-kusicieli kryjących się w bezsłonecznych gęstwinach starożytnych lasów.

U swego zarania człowieczy świat był szczelnie wypełniony oraz wysycony aż do przesytu stałą obecnością tej rozkrzyczanej pozaludzkiej hałastry. Zaczarowane pogaństwo – tak można by nazwać tamto archaiczne uniwersum, gdzie nasi przodkowie byli tylko jednym ze szczebli w zagmatwanej hierarchii istnień.

Któż w takim razie grał pierwsze metafizyczne skrzypce w tym starodawnym świecie? Wbrew pozorom wcale nie olimpijscy bogowie albo ich równie boscy odpowiednicy w innych kulturach. Francuski historyk, Marcel Gauchet, w imponującej monografii zatytułowanej Odczarowanie świata. Próba politycznej historii religii podkreśla z całą stanowczością:

„Nadprzyrodzone istoty i bogowie zamieszkują świat w pełni gotowy, wewnątrz którego punktowo wywierają swoje mniej lub bardziej istotne wpływy, nad którego biegiem jednak nie mają żadnej władzy, nie sprawują żadnej kontroli – ani w całości, ani nawet w części. […] I to bez względu na swoje ukryte moce sterowania ruchomym cyklem zdarzeń i dni (chorób, śmierci, meteorów)”.

Gdzie więc szukać właściwych suwerenów tego złożonego i rozbudowanego uniwersum zaczarowanego pogaństwa? W pierwszej kolejności i przede wszystkim – w czasie mitycznym, in illo tempore.

To właśnie wówczas – w owym czasie, w miejscu-niemiejscu, poza upływającymi prądami chronosu ludzkiego życia oraz ludzkiej historii – doszło zdaniem Gaucheta do pierwotnego aktu założycielskiego każdej pogańskiej wspólnoty.

Po tym mitycznym czasie ustanowienia „nie wydarzyło się już nic, tak więc w swym nieprzezwyciężalnym oddaleniu i dzięki niemu jest on całkowicie obecny wewnątrz wszechświata stanowiącego aż do najdrobniejszych szczegółów jego wyczerpującą i wierną replikę, jego niekończące się odradzanie”.

Kim w takim wypadku byli ci zakryci pelerynką-niewidką dziejowej tajemnicy Twórcy-Prawodawcy, którzy z wnętrza mitycznej epoki ustanowili raz na zawsze całość społeczno-sakralnego porządku zaczarowanego świata? Marcel Gauchet określa ich niepozornym mianem przodków. W swoim pokrętnym i niedookreślonym bytowaniu wydają się oni przypominać longaevi:

„To, co nadaje sens istnieniu, steruje naszymi dokonaniami czy wspiera obyczaje, nie pochodzi od nas, lecz ma swe źródło w jakimś wcześniej, nie pochodzi też od ludzi takich jak my, lecz od istot o innej naturze, których różnica i zarazem świętość polega na tym, że byli twórcami, później zaś istnieli już tylko naśladowcy”.

Potrzeba nam teraz jeszcze trzeciego niezbędnego elementu, aby domknąć szczelną integralność pogańskiego uniwersum. Tak o związku człowieka i otaczającej go natury pisze autor Odczarowania świata:

„W swej radykalnej postaci religijne wywłaszczenie oznacza włączenie w kosmobiologiczny rytm, cielesną integrację z niebiańskimi cyklami, z wieczną organizacją żywiołów i gatunków – a to oznacza de facto zneutralizowanie potencjalnego antagonizmu zawartego w relacji człowieka wobec przyrody poprzez zastąpienie twórczej pozycji konfrontacji symboliczną pozycją przynależności”.

W ten sposób oglądamy kompletny obraz pierwotnego zaczarowanego pogaństwa z jego paradoksalną podwójną naturą. Z pierwszej strony jego misterna konstrukcja funkcjonuje jako imponująca swą kompletnością struktura sensotwórcza.

Wewnątrz tego zamkniętego uniwersum człowiek żyje w uporządkowanym z góry świecie, z jasno rozpisanymi rolami społecznymi, pełną świadomością celowości własnej egzystencji. Żadna dodatkowa, samodzielna refleksja nie jest tutaj konieczna, gdyż gęsta sieć sakralno-społecznych rytuałów gwarantuje stabilność i zrozumiałość istniejącego świata.

Z drugiej znowuż strony ta szczelna totalność wypracowanej w toku pokoleń formy życia wywoływać może poczucie egzystencjalnej klaustrofobii. Mieszkaniec zaczarowanego pogańskiego świata był bowiem w sposób fundamentalny podwójnie zdeterminowany – zarówno poprzez kulturę, jak i naturę. A i natrętna obecność wielobarwnego tłumu bogów oraz długowiecznych całą sprawę tylko dodatkowo komplikowała.

Od strony społecznej człowiek pogański był „zaprogramowany” przez ponadludzkich przodków, którzy in illo tempore ustanowili raz na zawsze idealny porządek istnienia. Dominujący w sposób absolutny nad całą wspólnotą mityczny prawzór niepodważalny żadnymi dostępnymi w czasie historycznym narzędziami.

Od strony kosmobiologii – poprzez pełne i całkowite wpisanie ludzkiej egzystencji w niezgłębione sekrety pozaludzkiego świata. „Religia w swym stanie pierwotnym i czystym to decyzja o rozpuszczeniu się w niej [przyrodzie – przyp. P.K.]” – pisał Marcel Gauchet.

Czy istniał jakiś sekretny fortel, za pośrednictwem którego możliwe było sprytne wyswobodzenie się z tego perfekcyjnie gładko-szczelnego, wszechobejmującego porządku istnienia?

Autor Odczarowania świata podkreślał, że takich narzędzi ucieczki nie dostarczała nawet praktyka szamanizmu, czyli „sposobu, w jaki w religiach pierwotnych łączą się ze sobą rzeczywistość widzialna i ukryte siły, widzialne zasoby i niewidzialne potęgi”.

Jednakże nawet ci doskonale wyszkoleni „inicjacyjni specjaliści od komunikowania się ze światem duchów” nie byli ostatecznie zdolni zmienić obowiązujących w zaczarowanym pogaństwie kosmicznych reguł gry.

Szamani, owszem, pełnili funkcję „manipulatorów obdarzonym przywilejem przemieszczenia się pomiędzy żywymi i umarłymi, pomiędzy duszami i potęgami magicznymi”, ale nic ponad to.

Porządek ustanowiony przez mitycznych przodków pozostawał niewzruszony. Podobnie jak sekretne mechanizmy kosmobiologicznego determinizmu oraz tajemne moce bogów i innych pozaludzkich stworzeń.

Także i zaświaty nie stanowiły co do zasady i w przeważającej mierze takiego metafizycznego „wyjścia awaryjnego”. Symboliczna pod tym względem była choćby obowiązująca w państwie faraonów Księga Zmarłych. Na jej kartach wśród występków, za które człowiek będzie pośmiertnie karany, znalazł się cokolwiek osobliwy zapis o… zasypywaniu kanałów rzecznych.

Wniosek jest więc jasny i klarowny: porządek polityczno-społeczny ściśle splata się z ładem nadprzyrodzonym, a żywot wieczny to powtórzenie doczesnego losu. Kosmiczne koło ulega pełnemu domknięciu dopiero w zaświatach.

W ten sposób dostrzegamy wyraźnie, że istotą pogańskiego zaczarowania świata nie było wcale rzucanie magicznych zaklęć bądź też inne ezoteryczne praktyki. Ani nawet cała ta fascynująca mnogość pół-, ćwierć- lub nie wiadomo w jakim stopniu boskich bytów z kategorii długowiecznych, które już dawno temu nasza zapobiegliwa nowoczesność relegowała w całości i bez specjalnego żalu do uniwersum mitów i baśni.

„Tak naprawdę bowiem to, co widzialne, i to, co niewidzialne, wspólnie tworzy jeden świat, wewnątrz którego te dwa porządki mieszają się ze sobą” – podkreśla Guachet. Ścisły, nierozerwalny splot sacrum profanum.

Absolutna jedność świata nadprzyrodzonego i przyrodzonego. Doskonale jednolite uniwersum, gdzie świętość, boskość oraz ludzka codzienność płynnie przechodzą jedna w drugą. Tak wygląda właściwa stawka i właściwa istota zaczarowanego pogaństwa.

Odczarowana nowoczesność

Ładunek wybuchowy pod to archaiczne uniwersum podłożyły wielkie religie monoteizmu: najpierw judaizm, a następnie chrześcijaństwo. To właśnie w ich obrębie doszło zdaniem Marcela Gaucheta do tytułowego dla jego książki odczarowania świata.

Zdaniem francuskiego historyka bez Kościoła niemożliwa byłaby nowoczesna sekularyzacja. To chrześcijaństwo okazało się właściwym „wyjściem awaryjnym” z duchowego zaduchu zaczarowanego pogaństwa.

Masywna ofensywa została przeprowadzona na trzech frontach jednocześnie. Pierwszą ofiarą zostały trudne do zliczenia zastępy bogów, bóstw i innych longaevi, które dzielnie stawiały wielowiekowy opór zaciężnym wojskom odczarowanego świata. Tak opisywał tę wojenną kampanię sam Gauchet:

„Nie musimy tu po raz kolejny rozwodzić się nad tym, jak powoli w rzeczywistości dokonywało się oczyszczenie uniwersum natury z tego mrowia tajemnych przyczyn, magicznych sił, znaków i znaczeń ucieleśnionych w rzeczach, które owo uniwersum przenikają, oraz jak równie powoli przenosiła się w obręb pozaświatowego absolutu i rozpuszczała w nim nieskończona, wiecznie mnożąca się moc, od zawsze działająca w świecie, w bezpośredniej bliskości ludzi”.

Jak długo trwała ta zacięta duchowa batalia? W niektórych miejscach, takich jak Beskid Niski, aż do lat 70. XX w. albo i dłużej. W trakcie wigilijnej kolacji, kiedy w całej wsi wysiadł na jakiś czas prąd, a ciemności pokoju rozświetlił łagodny blask świec, traktorzysta Janek, jeden z bohaterów filmu Wino truskawkowe, streścił poetycko odczarowanie wiejskiego świata:

„Trzydzieści lat temu w Żłobiskach to w ogóle nie było światła i ludzie więcej widzieli. Moja babka na przykład codziennie coś widziała. Są rzeczy niepojęte i muszą takie widocznie być. Bo jakby było inaczej, to by ich w ogóle nie było. Moja babka to się na tym znała. W biały dzień widziała, czego inni ciemną nocą. A potem założyli elektryczność i przestała widzieć”.

Drugie uderzenie zostało wyprowadzone w kosmobiologiczny determinizm, rozpruwając nietykalny dotychczas splot relacji człowieka z naturą. W efekcie doszło do ostatecznego „odłączenia tego, co przyrodzone, od sfery nadprzyrodzonej i zniszczenia ich pradawnego związku w obrębie kosmobiologicznej totalności” – jak Gauchet opisywał ten brzemienny w metafizyczne znaczenie proces.

Ostatnia bitwa mogła więc zostać wydana mitycznemu związaniu świata przez pradawnych przodków. Dla gwałtownego podważenia ich nienaruszalnej dotychczas pozycji kluczowe i niezbędne było pojawienie się monoteistycznego oraz transcendentnego ze swej natury Jedynego Boga. Jego wejście na historyczną scenę pozwoliło zainicjować fundamentalny dla odczarowania świata proces.

„Bogowie się oddalają, a świat doczesny odcina się od zaświatów, które go określają i kształtują, zarazem jednak to, co w niekwestionowany sposób ustanowione, zaczyna być coraz mocniej kwestionowane w miarę rozszerzania się ludzkiej władzy nad własnym losem” – tak francuski historyk opisywał pierwszy z wymiarów tegoż postępującego zjawiska.

W kroku drugim porządek istnienia ustanowiony in illo tempore zostaje zastąpiony koncepcją stworzenia świata przez nowego monoteistycznego Boga. To pociąga za sobą – zdaniem Gaucheta – wielką metafizyczną transformację. Ludzka historia zostaje wyswobodzona z mitycznej, kompulsywno-klaustrofobicznej potrzeby powtórzenia, wiecznego powrotu tego samego sposobu życia.

Człowiek zdolny jest wreszcie zaczerpnąć haust świeżego powietrza i popatrzeć na otaczający go świat oraz własne życie jako przestrzeń, którą może zapełnić indywidualną myślą i osobistym działaniem. Idea stworzenia „dopełnia zerwanie z epoką mityczno-magiczną”.

Jednocześnie ta nowa ludzka wolność nie oznacza od razu pełnej swobody dziejotwórczego wysiłku. Transcendentny Bóg umykając z zaczarowanego dotychczas uniwersum w niezgłębione połacie zaświatów, w tym samym czasie ukrywa się w zakamarkach ludzkiego serca.

Tak wygląda paradoksalny awers i rewers jednego i tego samego procesu. Bóg chrześcijaństwa to Absolut, który opuszcza górskie pieczary i leśne jeziora zaczarowanego pogaństwa, aby zamieszkać jednocześnie w pozaziemskich niebiosach i na dnie człowieczej duszy.

„To poprzez ustanowienie boskiej nieskończoności ludzcy aktorzy zyskali panowanie nad swym zbiorowym losem. Panowanie, które – uściślijmy to od razu – bynajmniej nie pozbawia ich troski o Boga w ich codziennym społecznym działaniu.

Po prostu odtąd każdy z nich indywidualnie i z wnętrza swej ustanawiającej wolności ma dawać świadectwo wierności Jego prawu, zamiast, jak niegdyś, manifestować ją wspólnie poprzez poddaństwo wobec zewnętrznych wyższych sił, co do których zakładano, że stanowią konkretny wyraz Jego obecności. […] Punkt oddziaływania tego, co religijne, znajduje się odtąd we wnętrzu człowieka” – podsumowuje całość tej dogłębnej metafizycznej przemiany Marcel Gauchet.

Widzimy teraz z pełną klarownością, że istotą odczarowania świata była kompletna rekonfiguracja metafizycznych „ustawień fabrycznych” ludzkiego uniwersum. Przodkowie-światodawcy zostali wygnani ze swoich pradawnych siedzib w mitycznym (bez)czasie.

Pogańska gęstwa bogów oraz długowiecznych poszła w tułaczkę, opuszczając ze smutkiem odczarowany świat natury. Rozbita została absolutna jedność sacrum profanum, a rozłączeniu uległo to, co doczesne, od tego, co nadprzyrodzone.

Aż do współczesnego etapu odczarowanej nowoczesności, która postanowiła z głośnym hukiem zatrzasnąć wrota do zaświatów, a klucz wyrzucić na środku oceanu. Od teraz w człowieczym świecie nie ma już dłużej miejsca dla transcendentnego Boga.

Skoro spełnił On bowiem swoje wielkie emancypacyjne zadanie, to może w spokoju swego wiecznego ducha udać się na zasłużoną metafizyczną emeryturę. W zamian perspektywa ludzkiego porządku istnienia została zawężona li tylko do klaustrofobicznego horyzontu doczesności.

Odczarowana nowoczesność ma bowiem swój własny metafizyczny zaduch i własne deterministyczno-osaczające uniwersum. Zamiast sensotwórczej logiki mitycznych przodków – kapitalizm, który człowiecze pragnienie spełnienia i nieskończoności alchemicznie przeistacza w nieznające spoczynku przepływy pieniądza.

W miejsce zaczarowanej natury nadchodzi równie zaczarowana algorytmiczna ciemność nowych technologii, z której w przyszłości być może wyłonią się nowi długowieczni: cybercentuary, techno-elfy, cyfrowe nimfy.

Ciemności zalegają także duszę oraz paraliżują wolę działania człowieka-światotwórcy, który po wyzwoleniu z okowów zaczarowanego pogaństwa miał objąć w swoje królewskie posiadanie Ziemię i jej historię. Współcześnie ten duchowy monarcha został podstępnie osaczony. Psychoanaliza i odkrycie nowego lądu nieświadomości osłabiają jego siły i podmiotowość, a rozwijające się neuronauki zaczynają coraz mocniej kwestionować ludzką wolność.

„Narcystyczny homo psychologicus jest uwięziony w sobie, w labiryncie swojego wnętrza. Niedobór świata wprawia go w błędny ruch wokół własnej osi” – pesymistycznie diagnozuje aktualną sytuację kulturową Byung Chul Han w książce Duch nadziei i inne eseje. Odczarowana nowoczesność dociera do granic swojej duchowej domeny, tak jak w przeszłości stało się to udziałem zaczarowanego pogaństwa.

Odczarowane chrześcijaństwo

Kościół nigdy nie funkcjonował w dziejowej próżni. A wartkie prądy historii – także te zanieczyszczone i trujące – dostawały się nie raz, nie dwa do chrześcijańskich systemów melioracyjnych. Zamiast nawozić duchową glebę, stopniowo przemieniały żyzne ziemie w metafizyczny ugór i sakralne nieużytki.

Podobnie stało się w przypadku jednego z dzieci chrześcijaństwa, czyli odczarowania świata, które po wejściu w nowoczesną dorosłość uderzyło rykoszetem we własnego rodziciela. W ten sposób na arenie dziejów zjawiło się odczarowane chrześcijaństwo, którego narodziny opisuje pokrótce na kartach książki Bóg umarł. Dlaczego odchodzimy od religii Michał Jędrzejek.

Proces tegoż specyficznego wewnątrzreligijnego odczarowania można określić mianem „zasady Północy”, co swego czasu uczynił Georg Wilhelm Friedrich Hegel. „Wiara, ukierunkowana na transcendentną nieskończoność Boga, łączy się w protestantyzmie z ograniczeniem kultu” – czytamy u Jędrzejka.

Redaktor miesięcznika „Znak” rekapituluje poglądy Hegla i wskazuje, że protestantyzm w imię walki z rzekomo fałszywymi przejawami boskości w świecie niejako mimowolnie doprowadził do stworzenia „przepaści między tym, co skończone, i tym, co nieskończone”.

Tak powstała „poezja protestanckiego smutku”, jak pisał o niej Hegel. Filozof podkreślał „rozdźwięk między jednostką, odczuwającą tęsknotę za wiecznością, a wiecznością samą”. W ten sposób rozpoczął się proces stopniowego symbolicznego „zamykania niebios” i „wygnania zaświatów” poza rozum i wyobraźnię człowieka.

Transcendentny Bóg znikający w czeluściach zaświatów siłą rzeczy stawał się Bogiem coraz mocniej nieobecnym również w innych miejscach odczarowanego i coraz silniej „udocześnionego” uniwersum.

Za kronikarza tych duchowych przemian może nam posłużyć ks. Miłosz Hołda jako autor pracy Źródło i noc poświęconej idei Deus absconditus, Boga po trzykroć ukrytego.

W pierwszej kolejności skrytego wśród ciemności otchłannego kosmosu. Hołda kreśli przed nami konflikt pomiędzy nauką a teologią, którego stawką jest „zlokalizowanie” Boga pośród praw astrofizyki.

Dalej tropimy niewyraźną i kwestionowaną Bożą obecność w ziemskiej historii. Autor rekapituluje nam w tym celu spory o rozumienie Bożej Opatrzności na kanwie Holocaustu i tajemnicy istnienia zła w ludzkim świecie. Wreszcie przychodzi nam śledzić konflikt o Boże objawienie w relacjach pomiędzy Nim a konkretnym, pojedynczym człowiekiem.

Deus absconditus to Bóg wycofany i milczący. Bóg, który dobrowolnie (?) skrył się pośród gęstych, mlecznych mgieł. Od teraz Bóg peryferyjny, Bóg poboczności, Bóg zapomnianych ruin i gasnących w ciemnościach nocy wrzosowisk. Bóg-wagabunda, łazik, obieżyświat, który niczym Włóczykij w świecie Muminków zwija swój namiot, aby zniknąć nam niepostrzeżenie z oczu, zlać się z zielonością górskich dolin.

Im mniej zaświatów, tym więcej doczesności – duchowa arytmetyka jest pod tym względem nieubłagana. A utrzymanie odpowiedniej eschatologicznej koncentracji to zadanie z gatunku tych najtrudniejszych. Dlatego łatwo się zapomnieć i cele szczątkowe wziąć za cel ostateczny. Z tego powodu odczarowany chrześcijanin przyjmuje wiele odmiennych postaci.

Może pomylić Kościół z Organizacją Narodów Zjednoczonych, a za jego dziejową misję obrać naprawianie zepsutego świata, gdzie Chrystus staje się nikim więcej niż politycznym reformatorem. Może też wszystkie siły rzucić w dzieła miłosierdzia, zamieniając chrześcijaństwo w jeden wielki Duchowy Dom Pomocy Społecznej.

Może także wszystkie dostępne mu środki zainwestować w moralność, transformując Kościół w szkołę dobrych etycznych manier, gdzie chodzi już tylko o to, aby stać się kulturalnym człowiekiem z religijną klasą.

Takim, który każdemu na klatce pierwszy powie „dzień dobry”, nigdy nie krzyknie „k*rwa jego mać!”, nawracanie uważa za brak dobrego smaku, a na zbawienie będzie patrzył jak na konieczność spłaty kredytu hipotecznego w terminie.

Może wreszcie tak mocno pogłębić swoją indywidualną i osobistą relację z Bogiem, że nie zauważy, kiedy jego modlitwy stały się już niczym więcej niż paraterapeutyczną rozmową z samym sobą, a nie oddawaniem należnej czci Stwórcy.

Duchowy dobrostan psychiczny człowieka zamiast mglistych powidoków wieczności – tak może wyglądać dojrzała postać odczarowanego chrześcijaństwa, które już do cna się „zdocześniło”.

Odczarowanego chrześcijaństwa, które coraz częściej niebo, czyściec i piekło umieszcza w tych samych książkach, w których zdążyły się już zadomowić wygnane ze świata zaczarowanej natury elfy, smoki i olbrzymy.

Zaczarowane pogaństwo oddaje cześć Dzieciątku Jezus

Gilbert Chesterton nie miał złudzeń. Bogowie mitologii nie mogli przynieść mieszkańcom zaczarowanego pogaństwa wyzwolenia z kosmobiologicznego determinizmu.

Ozyrys, Demeter, Adonis – podobnie jak bóstwa w jednostronnej relacji do mitycznych przodków w monografii Marcela Gaucheta – byli ostatecznie bezsilni wobec „ciężaru niezmienności świata”. „Żadne z nich nie dokonało przewrotu we wszechświecie, co najwyżej strzegło obrotu planet” – podkreślał Chesterton na kartach Wiekuistego człowieka.

Jednocześnie mityczne opowieści przesycone były melancholijnym pięknem i szczypiącą tęsknotą za inną rzeczywistością. Zdaniem popularnego pisarza „mitologia jest poszukiwaniem; jest czymś, co łączy w sobie powracające pragnienie z powracającą wątpliwością”.

Tak jakby nasi przodkowie zdawali sobie świetnie sprawę z tego, iż coś im ciągle umyka. Że z głębin cyklicznego świata przyrody, spoza rozkrzyczanego tłumu mitologicznych bohaterów mogło wychylić się coś więcej. Albo raczej – ktoś więcej.

„Znamy znaczenie wszystkich mitów. Znamy ostatni sekret wyjawiany najbardziej wtajemniczonym. I nie jest to głos kapłana albo proroka mówiący: «Te rzeczy istnieją». Jest to głos marzyciela i idealisty wołający: «Ah, czemu takie rzeczy nie mogłyby istnieć?»” – podkreślał Chesterton.

„Przywódcy po obu stronach byli monoteistami i zakładali istnienie nieskończonej niemal liczby istot nadprzyrodzonych między Bogiem i człowiekiem” – pisał na kartach Odrzuconego obrazu C.S. Lewis.

Był bowiem taki moment, kiedy rosnące w cywilizacyjną siłę chrześcijaństwo oraz schodzące z dziejowej sceny pogaństwo minęły się na tej historycznej drodze, mierząc się wzrokiem, a nawet lekko zderzając barkami.

To był czas, w którym świat mitów wpadł w religijną orbitę swojego duchowego rywala na tyle mocno, że siła chrześcijańskiego przyciągania sprawiła, iż pogaństwo zaczęło istotnie się do Kościoła upodabniać. Jednocześnie wchodziło z nim w coś na kształt mimetycznej rywalizacji.

„Na najwyższym poziomie pogański opór można utożsamić ze szkołą neoplatoników. […] Cała ta szkoła, będąc po części spontanicznym rozwinięciem greckiego geniuszu, wydaje mi się także rozmyślną odpowiedzią na wyzwanie chrześcijaństwa i pod tym względem zadłużoną wobec niego” – zwracał uwagę autor Opowieści z Narni.

Za moment uzupełnia jeszcze i podsumowuje niejako cały ten obraz pogańsko-chrześcijańskiego uścisku w religijnej walce: „Ostatni poganie starannie odżegnują się w niej od popularnego politeizmu i jakby mówią: «My także mamy wytłumaczenie wszechświata. My także mamy systematyczną teologię. My, nie mniej niż wy, mamy regułę życia – mamy świętych, cuda, nabożeństwa i nadzieję zjednoczenia z Najwyższym»”.

Dlatego Lewis nie miał żadnych wątpliwości, iż człowiekowi nowoczesnemu „któremu nie podobają się ojcowie Kościoła, równie nie podobaliby się pogańscy filozofowie, i to z podobnych przyczyn: „Nowoczesnemu oku (i nosowi) Julian Apostata o długich paznokciach i gęsto zamieszkanej brodzie mógłby się wydawać bardzo podobny do nieumytego mnicha egipskiego”.

Co więc począć z tym kłopotliwym religijnym fantem? Autor Opowieści z Narnii kreśli dwie kierunkowe odpowiedzi. Jest podejrzliwa i krytyczna chrześcijańska lewica – „skwapliwa w wykrywaniu i gorliwa w skazywaniu na wygnanie każdego elementu pogańskiego”.

Jest też jednak chrześcijańska prawica. Ta, która na wzór św. Augustyna (zdolnego odkryć zapowiedź dogmatu o Trójcy Świętej u platoników) nie potępia zaczarowanego pogaństwa w czambuł.

Idzie raczej za pewnymi własnej mocy słowami św. Justyna Męczennika: „Cokolwiek zostało dobrze powiedziane przez wszystkich ludzi, należy do nas chrześcijan”. Tą drugą ścieżką podążył Gilbert Chesterton.

Kim byli ci, których Bóg doprowadził do betlejemskiej groty? Kogo reprezentowali i co symbolizowali? Autor Wiekuistego człowieka nie ma wątpliwości, że pasterze i magowie personifikują dwa oblicza pogaństwa oraz dwa obowiązujące do dziś sposoby poznawania prawdy o człowieku, świecie i boskości.

„Przedstawiciele ludu tacy jak owi pasterze, ludzie zachowujący ludowe tradycje, wszędzie na świecie byli twórcami mitologii. […] Dostrzegali obrazy będące przygodą wyobraźni, mitologie będące swego rodzaju poszukiwaniem, kuszące i przytłaczające przebłyski czegoś na wpół ludzkiego w naturze, nieme znaczenie pór roku i wyjątkowych miejsc. Rozumieli lepiej od innych, że duszą krajobrazu jest opowieść, a duszą opowieści – osobowość”.

Zdaniem Chestertona pasterze-mitotwórcy mieli jedną zasadniczą przewagę nad intelektualistami dociekającymi prawdy poprzez teoretyczne spekulacje samego tylko rozumu:

„Barbarzyńca, który tworzył najfantastyczniejsze historie o skradzionym i schowanym do pudełka słońcu albo najdziksze mity o ucieczce boga, którego wroga zmylił podłożony kamień, był bliższy rozwiązania zagadki jaskini i wiedział więcej na temat światowego kryzysu niż wszyscy ci, którzy mieszkając w kręgu śródziemnomorskich miast, zadowalali się zimnymi abstrakcjami albo kosmopolitycznymi uogólnieniami; ci, którzy wysnuwali coraz to cieńsze i cieńsze nici z transcendentalizmu Platona albo orientalizmu Pitagorasa”.

Autor Wiekuistego człowieka bynajmniej nie deprecjonował metody filozoficznej jako takiej. Podkreślał wyraźnie, że „równie zagadkowe co melodyjne imiona” trzech magoi mogłyby brzmieć równie dobrze „Konfucjusz, Pitagoras, Platon”.

Według Chestertona wraz z Melchiorem, Kacprem i Baltazarem „przybył do Betlejem cały świat wiedzy, obserwujący gwiazdy w Chaldei i słońce w Persji. […] Ci ludzie nie szukali opowieści, ale prawdy o świecie. A skoro ich pragnienie prawdy było samo w sobie pragnieniem Boga, oni także otrzymali swoją nagrodę”.

Ostatecznie bowiem chodzi o uzyskanie pełni. Integralne połączenie mitu i filozofii, wyobraźni i rozumu, praktyki przygody i teoretycznych dociekań, opowieści i traktatu. Pasterze i magowie muszą się zjednoczyć, aby człowiek był zdolny zobaczyć kompletny obraz.

Stało się to możliwe dopiero na progu betlejemskiej groty. To bezbronne Dzieciątko Jezus umożliwiło spotkanie tych, których ścieżki przez wieki zaczarowanego uniwersum nigdy tak naprawdę i na poważnie się nie przecięły.

„To nowe zjawisko zaspokoiło mitologiczne pragnienie przygody, przez to, że było opowieścią, i zaspokoiło filozoficzne pragnienie prawdy przez to, że było opowieścią prawdziwą. Oto dlaczego idealny bohater tej opowieści musiał być postacią historyczną, za jaką nikt nie brał Adonisa albo Pana.

W przeciwnym razie dwa bieguny ludzkiego umysłu nie mogłyby się nigdy spotkać i mózg człowieka pozostałby na zawsze parzysty i rozdzielony – jedna półkula śniłaby niemożliwe sny, a druga powtarzała niezmienne kalkulacje” – tłumaczył Chesterton.

Drogi pasterzy i magów rozeszły się ponownie w odczarowanej nowoczesności. Coraz rzadsze są ich spotkania także w Kościele katolickim. Odczarowane chrześcijaństwo to zatrata tamtej jednoczącej relacji zadzierzgniętej przed obliczem Dzieciątka. To fundamentalne zaburzenie harmonii między dwoma integralnymi częściami ludzkiej duszy.

Zaczarowany katolicyzm oznacza próbę przywrócenia utraconego balansu. Za mało symbolicznych pasterzy, za dużo symbolicznych magoi – to nasz wielki problem i wielkie wyzwanie. Narodziny Chrystusa nie oznaczały bowiem przekreślenia całości dziedzictwa mitologicznego świata i wyrzucenia go ostentacyjnie do dziejowego śmietnika.

Jezus nie przyszedł znieść zaczarowanego pogaństwa, ale je wypełnić. Zachować to, co stanowiło w nim okruchy, zapowiedź i przygotowanie właściwej Prawdy, która nadeszła w metafizycznym skandalu Wcielenia. W ten sposób pisał o tym autor Wiekuistego człowieka:

„Pospólstwo myliło się co do wielu rzeczy, nie myliło się jednak w przekonaniu, że to, co święte, może mieć mieszkanie i nie musi pogardzać ograniczeniami czasu i przestrzeni. […] Mitologia miała wiele grzechów, nie zbłądziła jednak w tym, że była równie cielesna co samo Wcielenie”.

Transcendentny Bóg skryty w półmroku jaskini zamieszkiwanej niegdyś przez longaevi. Jego spokojnego snu strzegą bydlęta, ale także fauny i centaury. A czarowne nimfy śpiewają mu archaiczne kołysanki opowiadające melancholijnie o zmierzchającym świecie, który za sprawą Jego przybycia z niebios ulegnie już niedługo radykalnej przemianie.

Jezus narodził się bowiem z Dziewicy także po to, aby usunąć te elementy pogańskiego uniwersum, które więziły człowieka w mitycznym powtórzeniu i kosmobiologicznym determinizmie.

Chrystusowe odczarowanie świata było dziełem niezbędnym, ale nie w postaci, jaką przybrało ono finalnie w ramach naszej zaburzonej nowoczesności, której Kościół katolicki jest integralną częścią na dobre i na złe.

Zaczarowany katolicyzm: Trony, Panowania, Zwierzchności, Władze

Co więc czynić, aby na powrót zaczarować tę naszą katolicką wiarę? Po pierwsze, zapewnić towarzystwo człowiekowi, który w dzisiejszym „przedocześnionym” świecie coraz częściej dusi się własną, jedyną mu metafizycznie dostępną człowiekowatością. Tymczasem zaczarowany katolicyzm to katolicyzm posthumanistyczny, mający w zanadrzu niebiańskich długowiecznych, który mogą tej samotności zaradzić.

Ich opis przeczytamy w starożytnym dziele pt. O hierarchii niebieskiej, napisanym przez Pseudo-Dionizego Areopagitę – teologa, którego namysł znalazł później uznanie choćby u św. Tomasza z Akwinu i którego koncepcje zostały wykorzystane przez Dantego w jego monumentalnej Boskiej komedii. A tymi posthumanistycznymi istotami są oczywiście anioły, które Areopagita uporządkował w trzech hierarchiach.

„Pierwsza hierarchia mieści trzy gatunki – Serafiny, Cherubiny i Trony. Są to stworzenia najbliższe Boga. Zwrócone obliczem ku Niemu amesōs, nullius interiectu, bezpośrednio, okrążają Go w nieustannym tańcu. […] Druga hierarchia mieści kyriotētes, czyli Panowania (Potestas, Potentates, czyli Moce), i exousiai, czyli Cnoty. […]

Działanie obu tych hierarchii skierowane jest ku Bogu; stoją one, żeby tak rzecz, twarzą ku Niemu, a plecami do nas. Stworzenia, które zajmują się Człowiekiem, znajdujemy dopiero w trzeciej, najniższej hierarchii. Mieści ona Księstwa (lub Książęta), Archaniołów i Aniołów” – opisuje ten złożony układ niebiańskich bytów C.S. Lewis w Odrzuconym obrazie.

Katechizm Kościoła Katolickiego (KKK) przedstawia anioły jako istoty duchowe i niecielesne, dysponujące rozumem i wolą, jako stworzenia osobowe i nieśmiertelne, które „przewyższają doskonałością wszystkie stworzenia widzialne”.

Do ich zadań należy oddawanie należnej czci i chwały Boskiemu Majestatowi. Służą także Chrystusowi, który stanowi centrum świata anielskiego. „Życie Słowa Wcielonego, od Wcielenia do Wniebowstąpienia, jest otoczone adoracją i służbą aniołów” – czytamy w 332. paragrafie KKK.

Anioły są również integralną częścią dziejów człowieka i świata: „Aniołowie są obecni od chwili stworzenia i w ciągu całej historii zbawienia, zwiastując z daleka i z bliska zbawienie oraz służąc wypełnieniu zamysłu Bożego”.

Symbolem najpełniej oddającym ich pośredniczącą naturę jest scena Zwiastowania. Tak o tej służebnej roli anielskich istot czytamy w Odrzuconym obrazie:

„Jego [Pseudo-Dionizego Areopagity – przyp. P.K.] Bóg nie czyni bezpośrednio niczego, co można uczynić przez pośrednika; przekazywanie albo delegowanie, subtelne stopniowane zstępowanie mocy i dobroci jest powszechną zasadą. Boża wspaniałość (illustratio) dochodzi do nas jakby przefiltrowana przez hierarchie.

Wyjaśnia to, dlaczego nawet posłanie o tak kosmicznej wadze jak Zwiastowanie, nawet do tak wysoko wyniesionej osoby jak Maria, zostało zaniesione przez istotę anielską, i to zaledwie archanioła, członka przedostatniego, najniższego porządku”.

Ostateczne konsekwencje wypełnienia zaczarowanego katolicyzmu mrowiem anielskich istot są piękne i zarazem klarowne w swym przesłaniu – niebiańscy długowieczni mają kierować wzrok naszej duszy ku rzeczom wiecznym.

„Serafiny wołają tam [Izajasza, 6,3 – przyp. P.K.] jeden do drugiego «Święty, Święty, Święty». Dlaczego jeden do drugiego raczej, a nie do Pana? Widocznie dlatego, że każdy anioł przekazuje swoją wiedzę o Bogu aniołom następującej po nim niższej rangi. Jest to naturalnie wiedza przekształcająca, a nie tylko spekulatywna.

Każdy z nich nieustannie czyni swoich kolegów (collegas) «obrazami Boga, jasnymi zwierciadłami». U Pseudo-Dionizego cały wszechświat staje się fugą, której triada: działający-środek-podległy oddziaływaniu, jest tematem. Całe stworzenie anielskie jest środkiem pośredniczenia między Bogiem a człowiekiem” – podsumowuje autor Opowieści z Narnii. 

Zaczarowany katolicyzm: doczesność spleciona z wiecznością

Anielskie hierarchie mogą nam służyć jako niebiańscy okuliści. Przywracają naszym duszom pełnię spojrzenia, a rzeczom doczesnym właściwe proporcje. Aniołowie mogą pozwolić nam w biały dzień widzieć rzeczy niepojęte – całkiem jak babcia Janka z Wina truskawkowego.

Zaczarowany katolicyzm ma nas wprowadzić w istnienie rozmyte. Kieruje ludzki wzrok ku anielskim bytom, ale także duszom czyścowym wyglądającym naszych wstawienniczych modlitw i ku przebóstwionej wizji obcowania świętych. Ma za zadanie rozrzedzać gęste opary doczesności, a w zamian „zaświatawiać” nasze ziemskie życie. Zaczarowany katolicyzm to uniwersum jednocześnie posthumanistyczne i postdoczesne.

Jestem w Mielcu. Znajome bloki i podwórka, wielokrotnie przechodzone ścieżki, oswojony już zupełnie krajobraz. W końcu trafiłem do mojego rodzinnego miasta, gdzie przeżyłem całe dzieciństwo. I nagle, jak za dotknięciem magicznej różdżki, zaczynają się dziać rzeczy niezwykłe.

Na końcu ogródków działkowych wyrasta znikąd baśniowy las, spacerowe rewiry otwierają przede mną nowe drogi i nieznane mi wcześniej cudowne miejsca, a na migoczącym, rozmazanym horyzoncie zaczynają majaczyć zupełnie fantastyczne kształty zamkowych murów i wieżyczek oraz zarysy całych miast osiadłych na szczytach wyniosłych górskich szczytów.

Ten sen towarzyszy mi od najmłodszych lat, wracając nieregularnie, ale konsekwentnie, niczym jakaś zagadkowa przypominajka. Za każdym razem próbuję bezskutecznie dotrzeć do tych tajemniczych miejsc.

I za każdym razem po przebudzeniu to niepowodzenie wywołuje u mnie tak samo intensywne poczucie tęsknego pragnienia. Niczym wewnętrzny głos tamtego pogańskiego marzyciela z książki Chestertona, który woła z nadzieją: „Ach, czemu takie rzeczy nie mogłyby istnieć?»”.

Zaczarowany katolicyzm oznacza podwójność istnienia. Zanurzenie się w doczesnym świecie, który ukradkiem przelewa się sekretnymi korytami w niepojętą wieczność. Zaczarowany katolicyzm to głęboka wiara w rzeczy widzialne i niewidzialne oraz ich tajemne współistnienie już tutaj na Ziemi.

Wiarę w codzienną, oswojoną rzeczywistość, która ostatecznie stanowi tylko szkic albo mglistą ledwie zapowiedź rzeczy wiecznych. Na marginesach znużonej doczesnością materii, na rozmazanych kresach dalekiego horyzontu migoczą baśniowe z ducha zamki i miasta. Czy potrafimy je jeszcze dostrzec oczyma duszy, oczyma serca i oczyma wyobraźni?

Niecodzienną patronką tak pojmowanej podwójności istnienia i tak rozumianego stałego egzystencjalnego wychylenia ku rzeczom wiecznym może okazać się… Nienna, jedna z Valarów, bogini smutku, miłosierdzia i nadziei opisana przez J.R.R. Tolkiena na kartach Sillmarillionu.

„Okna jej domu zwrócone są ku temu, co leży poza murami Świata” – ten lapidarny opis brzmi jak gotowy program zaczarowanego katolicyzmu. Jedną nogą stać twardo w doczesności, drugą wystawiać już nieśmiało, lecz bez zbędnego wahania w stronę wieczności.

Zaczarowany katolicyzm: szlachetna sztuka eschatomancji

Zaczarowany katolik to eschatomanta, istota zaświatowa. A sama eschatomancja, od której bierze on swoje osobliwe miano, to szlachetna sztuka wywoływania powidoków, puszczania „zajączków” rzeczy wiecznych pośród trzeźwej codzienności i poprzez pracę religijnej wyobraźni.

Eschatomanta sprzeciwia się jednoznacznie i z pełną stanowczością klaustrofobicznej materialnej immanencji. Mamy żyć w doczesno-wieczności i wieczno-doczesności – na styku i w złączeniu z zaczarowanymi zaświatami wypełnionymi śpiewem anielskich chórów.

Niczym bohaterka eschatomantycznego utworu pt. Mleczna droga autorstwa Sanah, która leżąc na kuchennej podłodze, sięgała jednocześnie swoją wyobraźnią i pożądaniem serca krańców zaczarowanego kosmosu:

Mój statek spotkał brzeg
Krawędzie świata witają mnie
Tych tysiące gwiazd to dla mnie za mało
Nadniebny kończę rejs
Planety nucą pożegnalną pieśń
Mogą komety spaść, wciąż będzie za mało

Przeciwieństwem tak rozumianej eschatomancji jest sztuka nekromantyczna. Jej stawką nie jest wywoływanie rzeczy wiecznych z przyszłości pozostającej w rękach Boga. Nekromanta pragnie samodzielnie zapanować nad przeszłością – przywołać ją i przywrócić w nienaruszonej postaci.

Zamiast zmartwychwstania ciał do nieodgadnionych tajemnic życia wiecznego – bluźnierczy rytuał wskrzeszenia i wieczny powrót tego samego istnienia. Wzorem eschatomanty nie jest czarownik-nekromanta, lecz mnich-anachoreta.

W ten sposób doszliśmy płynnie do istoty zaczarowanego katolicyzmu. Związania na nowo i na nowych zasadach sfery sacrum i sfery profanum, rzeczy widzialnych i niewidzialnych, tego, co doczesne z czasem wiekuistym.

Doskonałym symbolem tego złączenia może być krzyż Chrystusa. Swoją podstawą głęboko osadzony w doczesności, sięgający „korzeniami” aż ku betlejemskiej grocie, gdzie wszystko się zaczęło. A swoim szczytem przebijający kolejne sfery niebieskie, aby pochwycić ostatecznie eon wieczności.

Krzyż Zbawiciela jest jak drabina, po której eschatomanta może się z mozołem wspinać ku Nowemu Jeruzalem. Albo jak baśniowa łodyga magicznej fasoli, po której mały Jaś dociera aż do zamku olbrzyma.

Równie wyraziście to integralne połączenie widzialnego i niewidzialnego realizuje się w sakramencie Eucharystii. Tajemnica przeistoczenia oznacza przecież przemianę ziemskiej materii w Ciało i Krew Chrystusa. W konsekwencji katolicyzm staje się religią napędzaną podwójną eucharystyczną dynamiką, Bogo-człowieczym sprzężeniem zwrotnym.

Religią, w której dochodzi do jednoczesnego uduchowienia materii oraz materializacji ducha, jak pisał o tym aforystycznie John Senior w pracy Upadek i odbudowa kultury chrześcijańskiej.

Bóg działa niczym profesor McGonagall, ucząc ludzi trudnej sztuki metafizycznej transmutacji – przeistaczania materialnego świata, w którym przyszło nam żyć, w duchową krętą ścieżkę prowadzącą nas ku wieczności. Tutaj w doczesności eschatomanta jest nikim więcej niż koczownikiem, piechurem, pielgrzymem.

Zaczarowany katolicyzm to wreszcie ponowne zaślubiny nieba z ziemią, gdyż ta doczesno-wieczna relacja napędzana jest wzajemną miłością. Rekonstruując średniowieczną wyobraźnię religijnej w jej kosmologicznym wymiarze – pełnym dostojnej muzyki sfer i zaczarowanych planet – C.S. Lewis zwracał uwagę, że cały ówczesny „kosmiczny taniec” był napędzany miłością stworzenia do swojego Stwórcy.

„W jaki sposób porusza On rzeczy? Arystoteles odpowiada: kinei hos eromenom – «On porusza jak ukochany». Porusza inne rzeczy tak, jak przedmiot pragnień porusza tych, którzy go pragną.

Sfera Primum Mobile wzrusza się dzięki swojej miłości do Boga, a wzruszywszy się, udziela ruchu reszcie wszechświata. […] Należy zaznaczyć, że kiedy Dante kończy Komedię «miłością, co porusza i gwiazdy, i Słońce», mówi o miłości w sensie Arystotelesowskim”.

***

Ostatecznie zaczarowany katolicyzm to pragnienie, aby „TE rzeczy istniały”. Jak w jednym z opowiadań ze zbioru Już pora. Miesiące i godziny Jana Maciejewskiego:

„Nad pustkowiem wstaje właśnie słońce, a oni docierają wreszcie na szczyt. Zmęczeni nieprzespaną nocą i przebytą drogą, z trudem łapią oddech. Mrużą oczy. W tym miejscu nie ma jak się ukryć przed blaskiem słońca. Odwracają się plecami, przed nimi jest morze i koniec świata.

Latarnik zaczyna mówić. Pierwszy raz od piętnastu lat i ostatni w życiu. Opowiada o smokach i olbrzymach. Ogniu wybuchającym spod ziemi i głazach spadających z nieba. O skarbach ukrytych we włosach księżniczek i śnieżnobiałych, latających spodkach. Z każdym słowem przypomina sobie kolejne. Żebrak kiwa głową, opowieść wpada do morza. Tam, gdzie kończy się świat”.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury, uzyskanych z dopłat ustanowionych w grach objętych monopolem państwa, zgodnie z art. 80 ust. 1 ustawy z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych.

Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o zachowanie informacji o finansowaniu artykułu oraz podanie linku do naszej strony.