Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Wenezuela, shutdown, Tom Rose. W co dziś gra Ameryka Trumpa?

Wenezuela, shutdown, Tom Rose. W co dziś gra Ameryka Trumpa? Prezydent Wenezueli Nicolás Maduro; źródło: wikimedia commons

„Nie spodziewałbym się lądowej inwazji na Caracas” – mówi o wojskach przy Wenezueli, ekspert Klubu Jagiellońskiego Stanisław Starnawski, dodając, że działania USA są przede wszystkim grą polityczną wobec elektoratu.

Jak odbierasz doniesienia o gromadzeniu się amerykańskich jednostek wojskowych u wybrzeży Wenezueli? Jest mowa o o dwunastu tysiącach żołnierzy, lotniskowcu i dużych siłach marynarki. Czy to tylko propagandowa burza w szklance wody, czy realne przygotowania do inwazji?

Rzeczywiście pojawia się w komentarzach w przestrzeni publicznej takie prawdziwe twierdzenie, że to jest największe zgromadzenie wojska amerykańskich w tamtym regionie od dekad. Uważam, że nie będziemy widzieć powtórki z Afganistanu, Iraku czy Panamy. Nie spodziewałbym się w najbliższej przyszłości z wykorzystaniem tych sił inwazji lądowej na Caracas.

Dlaczego?

Po pierwsze, nie jest to cel polityczny administracji Trumpa. Wykorzystanie tak ogromnych sił to nie są koszty, które Amerykanie są gotowi w tym momencie ponieść

Po drugie, siły tam zgromadzone, mimo że są znaczące i historycznie niewidziane od dawna w tamtym regionie, to są jednocześnie jeszcze zdecydowanie za małe, żeby umożliwić potencjalną inwazję.

Myślę, że raczej będziemy mówić o kolejnym etapie pewnej eskalacji.

Oficjalnie działania te przedstawiane są jako wojna z „narkoterrorystami”. Czy w tym uzasadnieniu należy się doszukiwać jakiejś dozy prawdy czy też jest to czysto propagandowe wytłumaczenie?

Uważam, że jest to wytłumaczenie, które ma największą szansę na skuteczne opowiedzenie się. Czyli przed kongresem, przed opinią publiczną pokazywać, że są to działania, które nie tylko mają uzasadnienie polityczne, ale są też podejmowane w ramach dostępnych środków prawnych.

Słowem, uznanie tych gangów za organizacje terrorystyczne daje najlepszą szansę na dobrą sprzedaż tej narracji.

Przywołałeś Panamę i historię obalenia tamtejszego rządu w 1989 roku. To kraj, gdzie niejako amerykanie przywrócili demokrację, która mniej czy bardziej się tam trzyma.

Amerykanie, po doświadczeniach Iraku i Afganistanu oraz biorąc pod uwagę mandat, jaki otrzymał prezydent Trump, są bardzo wyczuleni na próby uzasadniania szerokiej inwazji lądowej na Wenezuelę.

Do tego dochodzi kwestia przekierowania ogromnych kosztów, jakie taka interwencja musiałaby pochłonąć — zarówno finansowych, jak i przede wszystkim ludzkich. Utrata życia amerykańskich żołnierzy to coś, na co ta administracja i jej elektorat są z oczywistych powodów szczególnie wrażliwi.

Wydaje mi się, że choć być może byłby to koszt możliwy do poniesienia, to na tym etapie administracja Trumpa z pewnością nie jest na to gotowa.

W kampanii wyborczej obecny prezydent przedstawiał się jako gołąbek pokoju, tymczasem pierwszy rok prezydentury, który jeszcze nie dobiegł końca, przyniósł nam bombardowanie Iranu, wielokrotne zaczepki czy sugestie inwazji Grenlandii czy Kanady. Teraz gromadzenie tak dużych jednostek przy Wenezueli. Jak to jest w ogóle odbierane w w ruchu MAGA?

Na pewno istnieje tu pewne napięcie i ono ujawnia się m.in. wśród kluczowych komentatorów. Tucker Carlson forsuje wizję polityki wyraźnie izolacjonistycznej. Jeśli na potrzeby wewnętrzne administracja zakreśla ramy mówiące, że możliwe są uderzenia z powietrza, ale już nie lądowe, to taka czerwona linia może zostać bardzo łatwo wykorzystana przez przeciwników Ameryki.

Dlatego wydaje mi się, że trzeba tu prowadzić pewną grę: z jednej strony administracja Trumpa wewnętrznie na pewno nie chce przekraczać pewnych granic.

Jak to odbiera elektorat?

Napięcie istnieje, ale nie eskaluje. Administracja przedstawia je raczej jako realizację celów wewnętrznych. Uderzenia w reżim Maduro oraz operacje wymierzone w narkotykowe struktury mają ostatecznie służyć konkretnym interesom politycznym.

Po pierwsze, doprowadzić do ustabilizowania sytuacji w Wenezueli, czyli ograniczyć migrację, a po drugie — mają uderzyć w przestępczość, w gangi, które — jak twierdzi administracja Trumpa — zajmują się przemytem i pełnią rolę hubów dla transportu kokainy do Stanów Zjednoczonych.

Całość przedstawiana jest jako działanie na rzecz zabezpieczenia amerykańskiego interesu narodowego za granicą, a nie walka o pokój i wolność.

Czy działania u wybrzeży Ameryki Południowej postrzegasz raczej jako element długofalowej wizji, realizację doktryny Monroe — próbę zapewnienia sobie spokoju we własnym regionie? Czy może widzisz w tym część globalnej gry w trójkącie z Rosją i Chinami?

Uważam, że to jest element długofalowej polityki, chociaż wydaje mi się, że znowu priorytety są raczej wewnętrzne niż zagraniczne.

Oczywiście ważne jest, że Wenezuela jest w pewnym stopniu sojusznikiem Chin, Rosji czy Kuby. Istotne jest też to, że kraj ten posiada jedne z najbogatszych złóż ropy na świecie. Może to mieć znaczenie geopolityczne, ale dynamika polityki Stanów Zjednoczonych każe odczytywać te interwencje jako sygnał do wewnątrz.

Rozmawiamy tydzień po zakończeniu najdłuższego w historii USA shutdownu rządu federalnego. Zanim zapytam o jego przyczyny, warto wyjaśnić, co w ogóle oznacza termin shutdown

Mówiąc kolokwialnie, w momencie gdy Kongres nie jest w stanie przegłosować ustaw budżetowych i dojść do porozumienia, praca rządu zostaje wstrzymana. To bardzo poważna sprawa — warto zwrócić uwagę, że w Polsce, gdyby ustawy budżetowe nie trafiały do prezydenta, konstytucja przewiduje radykalne rozwiązanie, czyli możliwość skrócenia kadencji parlamentu i jego rozwiązania.

W Stanach Zjednoczonych narzędziem nacisku na polityków jest właśnie shutdown — sytuacja, w której część administracji federalnej przestaje działać. Pracownicy parków narodowych są wysyłani na bezpłatny urlop, a część kluczowych, tzw. essential agentów rządu, wykonuje swoje obowiązki, ale bez wynagrodzenia.

Dotyczy to m.in. kontrolerów lotów, członków wojska czy części służby dyplomatycznej — pracują oni do momentu zakończenia shutdownu, nie otrzymując w tym czasie pensji.

Dlaczego tak się dzieje? Przecież republikanie mają większość w kongresie.

Przy najważniejszych głosowaniach w Senacie obowiązuje zasada nazywana filibuster. Oznacza ona, że kluczowe ustawy muszą być przegłosowane większością 60%, a nie zwykłą większością.

Innymi słowy, sama przewaga republikańska w Senacie nie wystarcza — republikanie muszą zdobyć poparcie przynajmniej kilku demokratów, by uchwalić np. ustawy budżetowe.

W wielu obszarach filibuster pozostał w mocy jako forma ustrojowego zabezpieczenia, gwarantująca, że najważniejsze ustawy, w tym budżetowe, mają poparcie przynajmniej części obu największych partii

W tym przypadku mówimy o rekordowo długim shutdownie. Co było główną kością niezgody w tej sytuacji?

Uważam, że Donald Trump był kością niezgodny. Oczywiście w grę wchodzą też kwestie formalne — budżetowe, wydatkowe, a także sprawy związane z rozszerzeniem opieki zdrowotnej i ubezpieczeń.

To wszystko stanowiło oręż narracyjny, który demokraci wykorzystali w starciu z republikanami. Chcieli pokazać — a wewnętrzna sytuacja zmuszała ich do tego — wyraźny opór wobec administracji Trumpa.

Konkretne rozwiązania dają im w tej przepychance lepsze lub gorsze argumenty, ale zasadniczo chodzi o to, że umiarkowani demokraci są atakowani przez coraz bardziej progresywną frakcję za to, że nie jest czas na kompromisy z republikanami. Muszą więc pokazać swoim wyborcom, że są nie tylko skuteczną, ale też widoczną i zdecydowaną opozycją wobec Donalda Trumpa.

Z jakimi konsekwencjami społecznymo wiąże się shutdown?

Podstawowe funkcje rządowe są zapewnione. Skasowano jednak część lotów wewnętrznych, parki narodowe są pozamykane. Shutdown to jest po prostu bardzo wiele drobnych uciążliwości, które zwykłego Amerykanina po prostu dotykają. Jest spowolnienie dialogu pomiędzy biznesem a administracją, część regulatorów nie działa.

Z badań, które czytałem tuż przed naszą rozmową wynika, że zdecydowana większość Amerykanów, ponad 70% uważa, że w stopniu ogromnym bądź znacznym shutdown źle wpływa na pracę i gospodarkę Stanów Zjednoczonych. Osobiście ten negatywny wpływ widzi już mniej osób, bo około 20-30% Amerykanów, ale to wciąż dużo. Nie da się tego nie zauważyć.

Shutdown zakończył się tydzień temu — czy mógłbyś opowiedzieć, co doprowadziło do jego przerwania? Prezydent Trump konsekwentnie odmawiał negocjacji, a ostatecznie do porozumienia doszło, gdy ośmiu demokratów — można powiedzieć — „ustąpiło”. Czy oznacza to, że demokraci uznali, że koszty wizerunkowe i sondażowe obciążają ich w większości, czy cała sprawa jest bardziej złożona? Kto w tym starciu faktycznie zwyciężył?

Myślę, że nikt tak naprawdę nie zwyciężył. W większości jednak przegrali demokraci, podczas gdy republikanie są postrzegani jako ci, którzy nie ulegli, bo to demokraci ostatecznie zmienili swoje stanowisko.

Z jednej strony, mamy kilku demokratycznych senatorów, którzy doszli do porozumienia z republikanami i zagłosowali za projektem budżetu na 2026 rok. Wynikało to w dużej mierze z ich uwarunkowań wyborczych — to senatorowie z umiarkowanych tzw. Purple States, gdzie czasem wybierany jest senator republikański, a czasem demokratyczny.

Z natury swojego mandatu muszą więc prezentować umiarkowane stanowisko. Przykładem jest John Fetterman z Pensylwanii. Tacy politycy czasami nazywani są DINO („Democrats In Name Only”). Są to osoby starające się znaleźć kompromis pośrodku, które muszą pokazać wyborcom, że są gotowe do ustępstw i współpracy z republikanami.

To jest najbardziej oczywisty wymiar tej sytuacji. Drugi wymiar wiąże się z samą grą polityczną: obie strony zastanawiały się, kto pierwszy ustąpi. Wiele osób w Partii Demokratycznej uznało, że lepiej dać ciche przyzwolenie na działania tych kilku senatorów, aby nie ponosić osobiście odpowiedzialności, a jednocześnie nie przedłużać kryzysu, który działał bardziej na niekorzyść demokratów.

Jedną z konsekwencji shutdownu było to, że pojawienie się nowego ambasadora, Toma Rose’a, w naszym kraju zostało odnotowane jedynie krótkim komunikatem na stronie ambasady amerykańskiej, ponieważ placówka funkcjonowała wówczas w ograniczonym trybie. Czy Rose będzie zachowywał się podobnie jak pani ambasador Mosbacher, czyli wyraźnie sugerował pewne działania, czy raczej jest to osoba o innym usposobieniu?

Na pewno ma inne usposobienie. Tom Rose dał się poznać, patrząc na historię jego wypowiedzi, w tym z przesłuchań przed senacką komisją, jako przyjaciel Polski. Nie jest zawodowym dyplomatą, ale posiada bezpośredni kanał komunikacji z administracją i prezydentem.

Ma więc dużo sympatii do naszego kraju, z drugiej jednak strony jest reprezentantem Stanów Zjednoczonych. Jeśli USA poczują, że ich interes jest zagrożony lub dzieje się coś, co wymaga jakiejś interwencji ambasadora, to Tom Rose będzie działać, bo taka jest jego rola i w takie buty wszedł. W jaki sposób będzie to robił, zobaczymy.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.