Przestańmy wykluczać dzieci i rodziców z przestrzeni publicznej
Coraz częściej w przestrzeni publicznej pojawia się niechęć wobec obecności małych dzieci i ich rodziców. Komentujemy ich zachowania, tworzymy „strefy bez dzieci”, a jednocześnie nie dostrzegamy, że w ten sposób wykluczamy całe grupy społeczne – przede wszystkim młode matki. Tymczasem przestrzeń publiczna powinna być wspólna, dostępna i zaprojektowana z myślą o wszystkich, niezależnie od wieku.
Niechęć do dzieci i rodziców
Media społecznościowe przepełnione są podobnymi monologami. Trudno uznać je za dyskusję, bo komentujący nie chcą wsłuchać się w głos innych, a jedynie wygłaszać z niezachwianą pewnością siebie swoje zdanie. O dziecku, które biegało po kawiarni, płakało w samolocie albo rzucało się w sklepie na ziemię, gdy rodzice odmówili mu zakupu tego, czego chciało.
Każdy z czytelników mógłby zapewne przytoczyć tego rodzaju historię, zwykle wzbogaconą opisem emocji, jakie wywołał w nim maluch swoim nieodpowiedzialnym zachowaniem albo rodzice, którzy nie wychowali go w „odpowiedni” sposób.
„Miejscem małego dziecka jest przedszkole” – taki komentarz znalazł się pod zdjęciem jednej z mam opublikowanym na platformie X. Fotografia pochodziła z konferencji, na którą przyszła wraz z maluchem. Poza krótką informacją o jego obecności nie wiemy jednak, jakie były reakcje innych uczestników: czy im przeszkadzał, czy może wręcz przeciwnie – wywoływał uśmiech na twarzach.
Coraz mniejsza liczba rodzących się dzieci oraz zmiany kulturowe sprawiają, że w przestrzeni publicznej widzimy coraz mniej najmłodszych. Nawet jeśli ma się potomstwo, to rodzicem małego dziecka nie jest się na całe życie. Przy kilkorgu dzieci okres ten trwa co najwyżej kilkanaście, rzadko ponad dwadzieścia lat. Przez pozostałą część życia funkcjonujemy jako osoby bez małych dzieci.
Wrażliwość na zachowania niemowląt czy kilkulatków wykazują zazwyczaj ci, którzy na co dzień się nimi zajmują. Dla ludzi mających z dziećmi sporadyczny kontakt każdy dźwięk wydany przez niemówiące jeszcze dziecko może być odebrany jako płacz. Sama przekonałam się o tym, gdy ktoś komentował, że moje niemowlę „tak cicho płacze”, choć ono jedynie gaworzyło.
Nie zawsze tak było
Również ciągła ruchliwość małych dzieci może być odbierana jako uciążliwa przez osoby przyzwyczajone do ciszy. Richard Sennett w „Upadku człowieka publicznego” przypomina, że nie zawsze przestrzenie, które kojarzymy dziś z ciszą – jak teatr czy sala koncertowa – były takie w przeszłości.
Widzowie na bieżąco komentowali i rozmawiali o tym, co widzą i słyszą, nawet z nieznajomymi. Obecnie cisza dominuje także w debatach, panelach i spotkaniach autorskich, które z założenia powinny sprzyjać dyskusji. Czasem ciche stają się nawet kawiarnie, jeśli służą bardziej jako przestrzenie biurowe niż miejsca spotkań.
Atmosferę podobną do tej z czasów opisanych przez Sennetta można poczuć na wydarzeniach organizowanych dla rodziców z małymi dziećmi. Koncerty w filharmonii czy seanse kinowe otwarte dla rodziców, którzy nie mają z kim zostawić małego dziecka, odbywają się w wielu miastach. Ich popularność pokazuje, że absolutna cisza nie jest warunkiem przeżywania ulubionej muzyki czy filmu.
Jako mama zaczęłam organizować dyskusyjne kluby książki dla innych mam, by mogły porozmawiać o ważnych tematach społecznych. Na nasze spotkania, odbywające się w kawiarni, kobiety przychodzą z kilkumiesięcznymi dziećmi – i ruch ani dźwięki maluchów nie przeszkadzają w długiej, ciekawej rozmowie. Nie przeszkadzają także innym osobom w tym lokalu.
Przestańmy wykluczać
Czy więc rodzice muszą zabierać dzieci na wydarzenia, w których uczestniczą także osoby bez dzieci? Nie każde wydarzenie ma swój przyjazny dzieciom odpowiednik. Wprawdzie wydarzeń muzycznych dla rodzin jest wiele, ale rzadko spotyka się debaty, wykłady czy spotkania skierowane specjalnie do młodych rodziców z dziećmi.
Niechęć do obecności najmłodszych w przestrzeni publicznej oznacza wykluczanie ich rodziców – zwłaszcza matek, które często nie mają innej możliwości niż wyjście z domu z dzieckiem. Nie możemy odmawiać im uczestnictwa w życiu społecznym tylko dlatego, że towarzyszy im niemowlę.
Pierwsze miesiące macierzyństwa kobieta spędza zwykle z dzieckiem, opiekując się nim i karmiąc je. Jeśli w tym czasie chce – choć w minimalnym stopniu – uczestniczyć w życiu społecznym i kulturalnym, musi znaleźć opiekę albo zabrać dziecko ze sobą. O to pierwsze nie zawsze łatwo: godziny pracy ojca, brak bliskiej rodziny czy dostępnych przyjaciół sprawiają, że nawet wyjście do lekarza bywa problemem.
Jak pisze Sonia Kisza na łamach „Zwierciadła”: „Matki przede wszystkim potrzebują przestrzeni, gdzie będą czuły się mile widziane i wspierane. Feminizm jest po nic, jeśli nie umiemy wyciągnąć ręki do kobiet i innych osób, które potrzebują wsparcia”.
Często same wydarzenia organizuje się tak, że udział matek z dziećmi staje się niemożliwy: zbyt późna pora, brak dostosowania do wózków, brak przewijaka. Nie zawsze wynika to ze złej woli – czasem z braku doświadczenia w organizowaniu wydarzeń dostępnych dla wszystkich.
Na jednym ze spotkań, na które przyszłam z kilkumiesięcznym dzieckiem, znany pisarz i organizator wydarzeń kulturalnych opowiadał o tym, że w jego otoczeniu nie ma małych dzieci, a antynatalizm stał się modny. Nic więc dziwnego, że w organizowanych przez niego wydarzeniach brak jest przestrzeni dla rodziców z dziećmi.
Myśląc o małych dzieciach, często generalizujemy: że płaczą, biegają i krzyczą. Tymczasem nie robią tego cały czas. Tak jak dorośli mają różne temperamenty i różnie reagują na otoczenie. To samo dziecko różnie może zachowywać się w innym miejscu czy nawet o innej porze dnia.
Przestrzeń publiczna jest dla wszystkich, również dla dzieci
Anegdotyczne historie o płaczących dzieciach to tylko część rzeczywistości. Rzadko czytamy o maluchach uśmiechających się do pasażerów w autobusie czy klientów w kawiarni. Sama doświadczam takich sytuacji znacznie częściej – choć i to jest tylko dowód anegdotyczny.
Katarzyna Tubylewicz w wydanej niedawno książce „Nie czekam na szklankę wody. O świadomej niedzietności” zwraca uwagę na wojnę kulturową między osobami dzietnymi a bezdzietnymi. Kobiety, które świadomie wybrały macierzyństwo, bywają osądzane przez te, które świadomie pozostają bezdzietne – choć te drugie same nie chcą być oceniane za własny wybór.
Aby wyjaśnić ten konflikt, Tubylewicz odwołuje się m.in. do teorii Henriego Tajfela i Johna Turnera, wedle której identyfikacja z własną grupą wpływa na negatywne postrzeganie grup zewnętrznych. Prowadzi to do myślenia w kategoriach „my kontra oni”, gdzie tym drugim przypisujemy cechy negatywne i postrzegamy jako gorszych od naszej grupy.
Tę skłonność do nieadekwatnej oceny osób, z którymi w danym momencie nie dzielimy życiowego doświadczenia, widać w mediach społecznościowych: rodzice z niemowlęciem w samolocie? „Na pewno płakało całą podróż”. Matka na konferencji z dzieckiem? „Na pewno przeszkadzało”. Rodzina z maluchami w kawiarni? „Na pewno ich krzyki zagłuszały wszystkich”.
Warto przełamać te schematy oraz działanie algorytmów podsuwających nam podobne treści. Kluczem może być wzajemne zrozumienie, powściąganie emocji i niepowielanie stereotypów.
Negatywne ocenianie obecności dzieci w przestrzeni publicznej i domaganie się „stref bez dzieci” oznacza jednocześnie wykluczanie ich matek. Każdy człowiek – także kilkutygodniowe niemowlę – ma prawo korzystać z przestrzeni publicznej.
Nie tylko kawiarnie, pomyślmy o miastach!
Myśląc o obecności dzieci w przestrzeniach publicznych w zasadzie powinniśmy zacząć od tego, jak zaprojektowane są nasze miasta. Większość z nich jest daleka od urbanistyki przyjaznej dzieciom i rodzinom. Ulice podporządkowano ruchowi samochodowemu, osiedlowe uliczki stały się parkingami. Poruszanie się z wózkiem oznacza walkę z barierami architektonicznymi i źle zaparkowanymi autami.
Idąc chodnikiem z dzieckiem, trzeba stale uważać na zbyt szybko jadące pojazdy i nieodpowiedzialne manewry kierowców. W wielu miejscach brakuje ławek, na których matki mogłyby odpocząć lub nakarmić dziecko, oraz toalet przystosowanych do ich potrzeb.
Miejsca zabaw dla dzieci ograniczono do ogrodzonych placów zabaw. Ruch uliczny, hałas i spaliny mają negatywny wpływ na ich rozwój. Tim Gill w książce „Miasto dla dzieci” pisze, że „urbanistyka przyjazna dzieciom to ewoluujący zestaw pomysłów na to, jak kształtować ulice, parki i skwery, aby dzieci mogły być aktywne i widoczne w życiu miejskim”.
UNICEF już w latach 90. uznał obecność dzieci za główny wskaźnik zdrowego miejsca do życia. Mimo rekomendacji ekspertów wciąż zbyt często słyszymy komentarze, że miejscem dzieci jest wyłącznie dom, plac zabaw lub przedszkole.
Zamiast przyjrzeć się projektowaniu przestrzeni publicznych i wydarzeń, wolimy uznać, że „to nie miejsca dla dzieci”. Zmiany, które wymagają korekty naszych przyzwyczajeń – jak np. wyłączenie częściowo z ruchu ulic przy szkołach – często budzą sprzeciw, bo postrzegamy je jako ograniczenie naszej wolności.
Miejsca przyjazne rodzinom z dziećmi to te, które zapewniają łatwy dostęp z wózkiem, toaletę z przewijakiem czy niewielki kącik zabaw. Nie każda przestrzeń może być tak zmieniona, czasem jednak zmiana nie pociąga za sobą dużych nakładów.
Empatia wobec rodziców
A co my możemy zrobić jako społeczeństwo? Przede wszystkim nie wykluczać małych dzieci, przyjmować ich obecność z otwartością i pozwalać im poznawać świat. Okazujmy też empatię rodzicom – bo każdy człowiek zasługuje na miejsce w życiu społecznym. Ceną bywa chwilowy dyskomfort, zyskiem – budowanie szczęśliwszego społeczeństwa.
