Rezygnując z walki z hejtem w internecie, rząd idzie na rękę big techom
W opinii na portalu Klubu Jagiellońskiego Michał Szymański ostrzega, że rząd Donalda Tuska pod pozorem walki z dezinformacją chce wprowadzić mechanizmy cenzorskie zwalczające głosy niewygodne dla szeroko pojętej lewicy. Nie można zgodzić się z jego tezami, ponieważ projektowane przepisy nie są próbą zwalczania dezinformacji.
Obecnie propozycje rządu są bardzo ostrożne – dotyczą tylko działań w sieci, które mogą być nielegalne. Nawet jeśli służby, działając na polecenie polityków, próbowałyby naciągnąć przepisy, by uznać nasze działania w internecie za przestępstwo (np. nawoływanie do nienawiści czy propagowanie faszyzmu lub komunizmu), nowelizacja wprowadza kontrolę sądową. Oznacza to, że bez decyzji sądu nikt nie będzie mógł ograniczyć naszej aktywności w sieci.
Problem hejtu
Projekt nowelizacji jest jednak zły z innego powodu. Dzięki unijnym przepisom Polska ma szansę przynajmniej częściowo uporządkować hejt w internecie, który jest realnym problemem. I nie chodzi o zakazanie krytycznych opinii w sieci, do których każdy ma prawo, tak jak krytycznie możemy wyrażać swoje zdanie w rzeczywistości poza internetem.
Realnym problem jest aktywność, która narusza dobra osobiste innych użytkowników sieci. Rząd odpuszcza próbę ograniczenia tego zjawiska.
Hejt w świecie wirtualnym jest wszechobecny. Według raportu „Polscy internauci na temat hejtu 2019-2024” przygotowanego przez prof. Marka Kochana, językoznawcę i medioznawcę z Uniwersytetu SWPS w 2024 r. z hejtem zetknęło się 45% badanych. 37% respondentów przyznało, że zdarzyło się im wyrażać publicznie krytyczne opinie na temat innych osób lub ich poglądów.
Obowiązujące obecnie przepisy dają szansę ochrony naszych praw, jeśli zostały naruszone w sieci. Możemy wytoczyć pozew cywilny, żeby chronić dobra osobiste lub złożyć prywatny akt oskarżenia w przypadku znieważenia. Jednak niewielu z tego realnie korzysta, nawet jeśli ma do tego podstawy, ponieważ proces jest kosztowny i zajmuje mnóstwo czasu, nierzadko kilka lat.
Niewielu jest zdeterminowanych, aby poświęcić swój czas i pieniądze w poszukiwaniu sprawiedliwości. Dlatego większość ofiar internetowej przemocy rezygnuje z tradycyjnego procesu. W tym czasie sprawca hejtu może dalej prowadzić aktywność uprzykrzającą innym życie. Jednocześnie platformy społecznościowe, na których najczęściej dochodzi do naruszeń, umywają ręce od dokładniejszej moderacji treści.
Narastająca mowa nienawiści w sieci unaocznia jeszcze jedną bolączkę – braku skutecznych systemowych rozwiązań, które spowodują, że anonimowy troll, który chce zranić słowem inną osobę, dwa razy zastanowi się nad treścią pisanego komentarza. Pojedyncze procesy o ochronę dóbr osobistych lub zniesławienie nie spełniają swojej prewencyjnej funkcji.
Mała szansa na poniesienie odpowiedzialności nie odstrasza skutecznie innych przed dokonywaniem podobnych czynów. Obecna sytuacja w sieci przypomina Polskę lat. 90, gdy szalała zarówno zorganizowana, jak i drobna przestępczość, ponieważ państwo przestało zapewniać ludziom sprawiedliwość.
Co przyniesie propozycja rządu?
Sposobem na opanowanie wirtualnego Dzikiego Zachodu jest unijny akt o usługach cyfrowych (ang. Digital Services Act, DSA), który od 2022 r. zobowiązuje państwa członkowskie do wdrożenia krajowych procedur, które mają umożliwić szybszą ścieżkę ochrony praw jednostki w sieci.
Niestety propozycja zmian przygotowana przez rząd jest bardzo ograniczona. Będzie dotyczyła tylko takiej aktywności w sieci, która może stanowić przestępstwo ścigane z oskarżenia publicznego, np. podżeganie do nienawiści, groźby karalne, nękanie czy rozpowszechnianie treści pornograficznych.
Obecnie nie istnieje problem przestępstw w internecie dotykających użytkowników, z którymi nie poradziłaby sobie samodzielnie policja i prokuratura. Blokowanie użytkowników, którzy naruszają prawo karne, jest powszechnie akceptowalne. Działania platform społecznościowych, które sprawnie reagują na aktywność stanowiącą przestępstwo, nie wywołują kontrowersji.
Dlatego stworzenie nowej procedury i wyposażenie Prezesa Urzędu Komunikacji Elektronicznej (UKE), Przewodniczącego Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji (KRRiTV) oraz Prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów (OUKIK) w nowe kompetencje będzie miało ograniczone efekty.
Zmiana będzie dotyczyć tylko sytuacji, gdy portale: nie reagują na zgłoszenia ewidentnego przestępstwa w sieci, ignorują żądania ofiary potencjalnego czynu zabronionego, albo niesłusznie ograniczają aktywność użytkownika, oskarżając go o nielegalne działanie.
Obecną propozycję rządu należy traktować ledwie jako uzupełnienie narzędzi z obszaru szeroko pojętego prawa karnego. Poza standardowymi działaniami dochodzeniowymi „w realu” policja i prokuratura będą mogły podjąć dodatkowe działania wobec osoby naruszającej prawo.
Nie ma wątpliwości, że sam mechanizm kontrolujący aktywność użytkownika w sieci powinien istnieć, w szczególności z uwagi na rozproszony charakter powstania treści w internecie – w końcu każdy może publikować cokolwiek bez uprzedniej weryfikacji – oraz bardzo ograniczoną moderację prowadzoną przez platformy internetowe.
Czy obawy o cenzurę są uzasadnione?
Ci, którzy widzą w projektowanej procedurze tylko mechanizm represji, są ślepi na jedno oko. Już dzisiaj organy władzy publicznej mogą nieoficjalną drogą domagać się od platform internetowych blokowania treści lub kont, które nie podobają się politykom.
Osoby poszkodowane takim działaniem nie mają możliwości odwołania się od decyzji dostawców usług cyfrowych ograniczających ich aktywność w sieci. Projektowana procedura może to zmienić, dając blokowanym osobom szansę na ochronę ich praw.
Choć słuszna jest idea uporządkowania aktywności w sieci, uzasadnione są obawy co do sposobu jej realizacji. O ochronę wolności słowa użytkowników nie będzie dbać od razu sąd, a organy, które nie są wolne o polityki, skoro przez polityków wybierane jest ich kierownictwo. I choć nad decyzjami organów nadzór będzie sprawował sąd, to obawy o upolitycznienie decyzji organów są realne.
Ustawodawca, projektując procedurę, która ma zadbać o prawa użytkowników internetu, mógł przekazać nadzór nad internetową aktywnością bezpośrednio sądowi. Zdecydował się jednak zaangażować regulatorów, którzy nie dają pełnej gwarancji niezawisłości. Ustawodawca marnuje szansę na stworzenie dobrego prawa. Tworzony jest system podatny na wpływy polityczne, który w przyszłości trudno będzie naprawić bez jego solidnej przebudowy.
Mimo że regulacja internetu jest konieczna, projekt nowelizacji w kształcie, jaki obecnie jest procedowany w Sejmie, nie zmieni social mediów. A mógłby. I to pomimo obaw co do upolitycznienia decyzji organów.
Pierwotna wersja nowelizacji zakładała stworzenie procedury przed Prezesem UKE, która miałaby za zadanie zwalczać naruszenia dóbr osobistych, takie jak publikacja wizerunku osoby bez zgody, rozpowszechnianie nieprawdziwych informacji na jej temat czy naruszanie jej prywatności.
Z najnowszej wersji nowelizacji, jaka ukazała się pod koniec września, możliwość obrony przed naruszeniem dóbr osobistych została usunięta. Być może z obawy przed histerycznymi zarzutami o cenzurę, a być może z obawy o to, że zbyt dużo spraw zaleje polskich urzędników.
Rząd zbyt łatwo kapituluje w stworzeniu specjalnej procedury, w której uczestniczyłaby tylko ofiara hejtu oraz osoba naruszająca jej dobra osobiste.
To właśnie możliwość przyśpieszonej procedury chroniącej prawa użytkowników byłaby szansą na odmienienie internetu. Większość spraw, które mogłyby trafić m.in. do Prezesa UKE, nie stanowi przestępstw, a jedynie jest wynikiem internetowej agresji, którą policja oraz prokuratura nie chcą się zajmować.
Prezes UKE nie byłby też Ministerstwem Prawdy, które samozwańczo zdecyduje, czy ograniczyć naszą wolność wyrażania opinii w sieci. W zamierzeniu byłby arbitrem pomiędzy trzema podmiotami – osobą, której prawa potencjalnie zostały w internecie naruszone, sprawcą naruszenia a platformą internetową, na której do naruszenia dochodzi.
Przysługa dla big techów
Co istotne, organ nie byłby pierwszą instancją w sprawie. Przepisy unijne, z których prawdopodobnie polski ustawodawca nie skorzysta w pełni, w pierwszej kolejności wymagają, aby platformy internetowe opracowały mechanizmy weryfikacji treści, które zostały zgłoszone jako stanowiące naruszenie.
Zatem największy ciężar w zaprowadzaniu porządku w internecie spadłby na platformy internetowe i to one musiałyby dołożyć starań, aby poprawnie ocenić aktywność użytkowników. To one byłyby pierwszymi, do których przyszedłby użytkownik z żądaniem zapanowania nad hejtem, który w niego uderza. Rzadsze stałoby się też bezpodstawne banowanie użytkowników, jeśli mieliby oni szansę szukać sprawiedliwości przed organem władzy publicznej.
Rezygnacja z ochrony dóbr osobistych za pomocą projektowej procedury jest świetną wiadomością dla big techów, które nie są i nigdy nie były sprzymierzeńcami użytkowników w realizacji przysługującej im wolności słowa.
Znane jest wiele przypadków, w których aktywność użytkowników była w sposób nieuzasadniony ograniczana. Usługi świadczone przez big techy, nawet jeśli są nam potrzebne, bez kontroli działają na naszą niekorzyść.
Z jednej strony blokowani są ci, którzy nie robią w sieci nic złego. Z drugiej strony nie ma wystarczającej reakcji platform internetowych na działania tych, którzy naruszają nasze prawa, np. wyłudzając od nas pieniądze.
Bez procedury, dzięki której moglibyśmy sprawnie chronić nasze prawa w sieci, nie zmusimy big techów do skuteczniejszej moderacji treści i efektywnej ochrony użytkowników przed dotykających ich hejtem.
Zwłaszcza że cały mechanizm mógłby być nadzorowany przez sąd powszechny, do którego możliwe byłoby odwołanie w przypadku niekorzystnej decyzji organu. Zarówno organ, jak i sąd ocenialiby, czy aktywność platformy lub jej brak narusza interes użytkownika.
Ucywilizować social media
Wprowadzenie wyższej instancji nad social mediami mogłoby wymusić lepszą moderację treści. Sama możliwość odwołania się do organu publicznego (sądu lub organu administracji) może skłonić platformy do uwzględniania uzasadnionych żądań użytkowników już na etapie wewnętrznej weryfikacji. Dzięki temu mogłyby rozstrzygać sprawy same, bez udziału organu, bo każda kolejna faza oznacza dla nich wyższe koszty.
Zatem gdy politycy opozycji histerycznie lub cynicznie straszą, że rządzący zamierzają wprowadzić cenzurę, paradoksalnie działają na korzyść big techów, którym nie zależy na sensownej moderacji, która realnie kosztuje. Platformom internetowych zależy na ciągłej uwadze użytkowników i wywołującym nienawiść gniewie, który najlepiej się sprzedaje w sieci i najmocniej angażuje użytkowników, bo dzięki ich obecności big techy zarabiają.
W trosce o społeczeństwo państwo polskie nie powinno być zakładnikiem reakcji polityków, którzy dla politycznych zysków straszą, że rząd próbuje walczyć z wolnością słowa. Ci sami politycy często są siewcami hejtu i korzystają z niewydolnego systemu, w którym realna ochrona dóbr osobistych jest utrudniona.
Można dyskutować, czy organ administracji publicznej powinien być tym, który rozstrzyga w kwestii wolności słowa. Z pewnością właściwszym arbitrem pomiędzy użytkownikiem a social mediami byłby bezpośrednio sąd powszechny.
Jednak nie ma wątpliwości, że z jednej strony należy zapanować nad mową nienawiści sączącą się z internetu bez ograniczeń, z drugiej strony – nad samowolą mediów społecznościowych, które stosują mechanizmy cenzorskie, nad którymi wciąż nie ma realnej kontroli.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.