Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

„Dom dobry” to „pedagogika wstydu” dla polskich mężczyzn? Nic z tych rzeczy

„Dom dobry” to „pedagogika wstydu” dla polskich mężczyzn? Nic z tych rzeczy fot. materiały prasowe

W filmie Dom dobry Wojciech Smarzowski nie krytykuje w „ideologiczny” sposób polskich mężczyzn. Znakomicie pokazuje mechanizm przemocy domowej wobec kobiety, narodziny choroby psychicznej u ofiary i wmawianie jej przez sprawcę urojeń. Portretuje też zanik więzi rodzinnych i społecznych wśród Polaków, dla których liczy się już tylko konsumpcja.

Od miłości z internetu do gaslightingu

Czy Dom dobry to film „ideologiczny”? Taka opinia Miłosza Tamulewicza – lidera Konfederacji na Dolnym Śląsku – odbiła się szerokim echem na X-ie, a na recenzje filmowe pisane przez polityków należy patrzeć uważnie. Podejrzewam, że to Tamulewicz oglądał Dom dobry przez ideologiczne okulary.

Film Wojciecha Smarzowskiego pokazuje głównie Polskę małomiasteczkową – „zagrały” w nim Warszawa i okoliczne miejscowości, ale większość akcji mogłaby się wydarzyć gdziekolwiek na prowincji.

Mniej więcej trzydziestoletnia studentka Gosia (Agata Turkot), nie kwapiąca się ze zdobyciem magisterium i utrzymująca się z konwersacji po angielsku, poznaje przez internet dużo starszego od siebie Grzegorza (Tomasz Schuchardt), który oczarowuje ją znajomością książek (czy raczej – sprawnością w korzystaniu z Google’a, by odgadywać źródła cytatów o miłości), na czacie daje nieustanny kontakt emocjonalny, wreszcie zaprasza do siebie na Sylwestra.

Gdy Gosia pojawia się na imprezie, odkrywa, że Grzegorz jest lokalnym politykiem, człowiekiem zamożnym i ustosunkowanym. Mężczyzna korzysta z okazji, by natychmiast wyznać Gosi zakochanie, a ona – by przeprowadzić się do jego obszernego mieszkania ze skromnego pokoiku z meblościanką, którego użycza jej zgorzkniała, niezrównoważona, kojarząca się ze smutnym dzieciństwem matka.

Po krótkiej idylli Grzegorz zaczyna oszukiwać Gosię, upokarzać ją przed znajomymi, odbierać środki do życia, zamykać w mieszkaniu. Pod wpływem stresu, traumy, nie mając oparcia we własnej rodzinie, poddawana coraz brutalniejszej przemocy i manipulacji, Gosia powoli traci zdrowie psychiczne.

Smarzowski znakomicie pokazuje ten podwójny proces – popadanie w chorobę psychiczną przez ofiarę i wmawianie jej przez sprawcę, że ma urojenia (tzw. gaslighting) – to właśnie jest w tym filmie najcenniejsze. A dzięki nielinearnemu sposobowi opowiadania ta bardzo prosta historia pozwala nam zajrzeć do psychiki dręczonej kobiety i nie pozwala odsunąć się od niej emocjonalnie.

Choć nie potrafię się wczuć w sytuację kobiety poddanej przemocy, całkowicie zdominowanej fizycznie i psychicznie przez partnera, mającego nad nią również ogromną przewagę pod względem majątkowym – teraz wydaje mi się, że choć odrobinę mogę sobie to wyobrazić.

Zamiast nowości – nowy punkt odniesienia

Smarzowski nie wynalazł niczego nowego ani w technice filmowej (zresztą zastosowanej w tym filmie doskonale), ani w stawianej przez siebie diagnozie. Ot, znakomite ćwiczenie warsztatowe z filmowego realizmu, które w warszawskim kinie, przy prawie pełnej sali, oglądałem w ciszy. Smarzowski wie, jak emocjonalnie „złowić” widza.

Dla osób, które doświadczyły przemocy domowej i mają odwagę o tym mówić, ten film zapewne stanie się punktem odniesienia – pomoże złamać tabu wokół przemocy, zwrócić uwagę na wybielanie sprawców, na krzywdę, jaką otoczenie zadaje ofiarom. To druga ważna zaleta filmu Smarzowskiego.

Czy jednak jest to – cytuję Tamulewicza – film „tendencyjny”, „pedagogika wstydu” i „ideologiczny obrazek”, który ma zasiać w głowach widzów wizję, jakoby „relacje są niebezpieczne, mężczyzna to potencjalny oprawca, rodzina jest pułapką, a męska obecność to powód do przeprosin”? Nic z tych rzeczy – i aż zdumiewa, że polityk, który powinien szukać szerszej diagnozy społecznej, zupełnie pomija istotne tkanki filmu.

Dom Dobry nie jest czarno-biały. Bohaterka otrzymuje pierwszą pomoc w domu samotnej matki prowadzonym przez Caritas, ale spotkawszy tam kobiety z silnie patologicznych środowisk, nie chce w nim pozostać. Bezpieczniejsze środowisko, wsparcie psychologiczne i prawne otrzymuje w państwowym domu opieki społecznej. Jednak nawet tam pomoc jest tylko namiastką tego, co powinna otrzymać ze strony bliskich – rodziny czy przyjaciół.

Podobnie jak w Wołyniu, Smarzowski stara się „nikogo nie obrazić”. Podczas scen w ośrodku opieki społecznej pokazuje wiele różnych ofiar przemocy. Sprawcami przemocy domowej są w końcu nie tylko mężczyźni (choć w 2024 r. to oni byli sprawcami aż 88% przypadków przemocy zgłoszonych na Niebieską Linię). A ofiarami są nie tylko atrakcyjne młode kobiety, jak bohaterka Domu dobrego.

Polska, czyli pustynia relacji

Domu dobrym nie wszyscy mężczyźni są przedstawieni negatywnie i nie wszystkie kobiety uosabiają wsparcie i solidarność. Smarzowski pokazuje, że to przede wszystkim mężczyźni są odpowiedzialni za przemoc, jej tuszowanie oraz pomaganie sprawcom. Jednak kobieta będąca ofiarą przemocy również w towarzystwie innych kobiet często jest zdana tylko na siebie.

W polskiej rzeczywistości, jak widzi ją Smarzowski, liczy się przede wszystkim to, kto ma więcej siły, pieniędzy, wpływów. Częściej dominują pod tym względem mężczyźni, choćby dlatego, że tak jak filmowy Grzegorz, to oni częściej sprawują władzę.

Spójrzmy jednak na szerszy obraz. Dom dobry pokazuje rozpad więzi rodzinnych i społecznych. Trudno zresztą mówić o rozpadzie: resztki życia rodzinnego i społecznego wyglądają jak parodia jakiegoś ideału, którego nikt nigdy nie doświadczył. Zamiast rodziny istnieje kadłubek rodziny, która spotyka się właściwie tylko podczas świąt, głównie po to, żeby się pokłócić albo dokonać jakiejś transakcji.

Spotkania współpracowników i znajomych przypominają licytacje na to, kto osiągnął większy sukces materialny – na jednym z takich spotkań triumfuje Grzegorz, który właśnie zdobył „trofeum” w postaci atrakcyjnej Gosi. Z kolei siostra Gosi utrzymuje z nią kontakt głównie po to, żeby w potrzebie poprosić ją o pieniądze.

Człowiek u Smarzowskiego to zwulgaryzowany homo oeconomicus – ktoś, kto stara się przetrwać i w miarę możliwości poprawić swój byt materialny. Nie ma tu jednak głębszych uczuć, więzi intelektualnej czy duchowej. Relacje istnieją na najbardziej podstawowym poziomie – jako coś w rodzaju wymiany towarów.

Otwierająca film zabawa Gosi i Grzegorza w odgadywanie cytatów o miłości z dzieł literackich nie znajduje kontynuacji. Kultura jest tylko żetonem w grze społecznej, narzędziem flirtu albo środkiem podkreślania statusu.

Nie lepiej z religią. Kościół u Smarzowskiego nie odgrywa żadnej pozytywnej roli, jedynie konserwuje relacje społeczne, utrzymując status quo niezależnie od tego, czy wierni zamieszkują „dom dobry”, czy „dom zły”.

Ksiądz (Arkadiusz Jakubik) staje się poplecznikiem przemocowego męża. Inny ksiądz, widziany przez mgnienie w domu Caritasu, nie ma skrzywdzonym kobietom do powiedzenia nic poza kazaniem złożonym ze „stałych fragmentów” – domyślamy się, że nigdy nie spróbuje nawiązać rzeczywistego kontaktu z tymi kobietami, zrozumieć ich tragedii.

Wystarczą status, seks i podróże

Diagnoza w filmie Smarzowskiego jest tylko pośrednia. Reżyser wskazuje, jakie Polacy mają remedium na samotność i fikcję relacji: chodzi o konsumpcję, w tym przede wszystkim podróże zagraniczne oraz dające iluzję zamożności mieszkania i domy kupione na kredyt. Wspólne konsumowanie jest właściwie jedynym, co łączy Gosię i Grzegorza oraz pozwala im nawiązywać kontakt z innymi bohaterami.

Sceny wakacji, zabawy, seksu mają dynamiczny montaż, widzimy liczne ujęcia z ręki czy z telefonu. Gdyby nakręcono je inaczej i gdyby nie był to film o przemocy, byłyby nudne jak losowy instagramowy feed. Ale Smarzowski znów nas złapał, pokazując beznadziejną wulgarność życia w dobie mediów społecznościowych.

Wartości w Polsce widzianej kamerą Smarzowskiego to sukces finansowy, społeczny i towarzyski. I poniekąd trudno się temu dziwić, gdyż alternatywą wydaje się bieda, brak perspektyw, pomieszkiwanie w zapuszczonym mieszkaniu, należącym do zaglądającej do kieliszka, niezrównoważonej matki. Córki, jak się domyślamy, czekają na jej śmierć, gdyż ta, która odziedziczy mieszkanie, przeżyje skok (względnej) zamożności.

Relacje są wiązane pieniędzmi i ewentualnie chęcią posiadania dzieci, ale nie rzeczywistym oddaniem, miłością, poświęceniem. Miłość można odczuwać tak naprawdę tylko do własnego dziecka, lecz posiadanie dzieci też okazuje się „decyzją statusową”.

W tym miejscu diagnoza Smarzowskiego – o ile coś takiego istnieje – byłaby dość banalna i w pewnym sensie konserwatywna: w świecie bez tak zwanych „wartości” rządzi pieniądz, jednak tych zagubionych wartości w ogóle nie sposób sobie wyobrazić. Spotkasz psychopatę albo nie, odziedziczysz mieszkanie albo nie: los człowieka jest jak rzut monetą.

Smarzowski nie pokazuje, skąd bierze się przemoc domowa

Nie oczekuję od filmu Smarzowskiego, by działał poza poziomem emocjonalnym. Gdybym jednak stawiał Domowi dobremu zarzut – powiedziałbym, że Smarzowski nie pokazuje, skąd bierze się przemoc domowa. Zdaje się, że ona „po prostu się dzieje”.

Kobieta „po prostu” może trafić na czarującego psychopatę, który będzie ją torturował – nie ma tu żadnej indywidualnej ani szerszej diagnozy, może poza tą najbardziej oczywistą i banalną: że jeśli poznacie kogoś w internecie, nie powinniście natychmiast z tym kimś zamieszkać. Banalne, prawda?

Tylko jedna migawkowa scena w ciągu kilku sekund daje do zrozumienia, że być może przemoc domowa jest „dziedziczona” z pokolenia na pokolenie – bił dziadek, bił ojciec, bije syn, jak gdyby to było jakieś „wyjaśnienie”.

Ale tak naprawdę Smarzowski nie sięga poważniejszej diagnozy. Zresztą odrażający przemocowy mąż nie posiada żadnego wnętrza. Jest ludzkim automatem, w którym coś nie działa; zbrodniarzem, który powinien dostać wyrok.

Gdzie jeszcze ujrzymy tę płytkość? Tylko do jednej książki Gosia zagląda dwa razy – do znalezionej w domu Grzegorza Spowiedzi Calka Perechodnika, który w 1942 roku brał udział w zaprowadzeniu Żydów z getta w Otwocku – w tym własnej żony i córki – na transport do obozu zagłady w Treblince.

Czy ta aluzja coś oznacza? Czy jest zapowiedzią przemocy, jakiej doświadczy Gosia? Nie. Mogłaby być co najwyżej aluzją do jej późniejszej, totalnej, bliskiej sytuacjom wojennym beznadziei, ale w skali całego filmu nie odgrywa żadnej roli.

Poza silnym ładunkiem emocjonalnym, pretekstem do debaty publicznej i śladami diagnozy społecznej nie znajdziemy w Domu dobrym niczego więcej. Film wpada w pułapkę świetnego technicznie i trzymającego w napięciu filmu o przemocy, który został zrobiony na chłodno.

Chociaż Dom dobry silnie porusza emocjonalnie podczas seansu, chwilę po wyjściu z kina uświadomiłem sobie, że był to film schematyczny, z bohaterami naszkicowanymi grubą kreską, nie wypełniony indywidualną rzeczywistością.

A może ten film nie ma sensu?

Zaznaczam dla tych, którzy filmu nie obejrzeli, SPOILER ALERT, gdyż chcę napisać o rzeczach, których nie mogę inaczej omówić.

Nielinearny porządek opowiadania, bez którego Dom dobry byłby nudnawy, sprawia, że w późnych partiach filmu i w zakończeniu nie wiemy, jak potoczyła się historia Gosi. Czy bohaterce udało się wyjść z koszmaru, czy też mąż doprowadził ją do tego, by pogrążyła samą siebie? Zakończenie nie rozstrzyga tej kwestii. W efekcie film wydaje się pozbawiony kontroli.

A może ta niekonsekwencja ma po prostu podkreślać ogólną tezę – że przemoc domowa niszczy ofiarę i nie pozwala jej się odbudować, bez względu na to, czy uda jej się uwolnić od sprawcy, czy nie? Sądzę jednak, że Smarzowskiemu zwyczajnie zabrakło pomysłu, jak zakończyć film.

I w końcu – trudno byłoby odbić zarzut, że film Smarzowskiego przede wszystkim ma zarobić. Liczne sceny gwałtów sięgają pornografii przemocy, ale – jak i w całym filmie – wyczuwamy w nich coś sterylnego.

Zaś nawiązania, od tytułu po ostatnią scenę, do wcześniejszych filmów reżysera wskazują, że bardziej niż na diagnozowaniu na poważnie problemów Polski zależy Smarzowskiemu na budowie franczyzy filmów o tematyce społecznej. Czy to właściwy sposób, żeby mówić o przemocy? Pozostawię to pytanie bez odpowiedzi.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.