Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Karol Nawrocki chce wyższych emerytur. Zapomniał powiedzieć, skąd wziąć pieniądze

przeczytanie zajmie 6 min
Karol Nawrocki chce wyższych emerytur. Zapomniał powiedzieć, skąd wziąć pieniądze źródło: http://elements.envato.com/

Projekt „Godna emerytura” Karola Nawrockiego jest doraźną propozycją, obliczoną na medialny zysk. Prezydent zapomniał, że budżet nie jest z gumy. Potrzebujemy poważnej zmiany systemu, a nie politycznych wrzutek.

Minimalna waloryzacja emerytur w 2026 roku powinna wynosić 150 złotych – zapowiada prezydencki projekt ustawy „Godna emerytura”. Wprowadzony miałby zostać kolejny, równoległy system obliczania wysokości waloryzacji, skierowany przede wszystkim do tych, którzy dotychczas otrzymywali najniższe emerytury.

Koszt? W przyszłym roku dodatkowe 2 miliardy złotych. Sfinansować go miałby budżet państwa.

Odpowiedź na emerycką biedę

„Polska w XXI wieku zasługuje na to, żeby najniższa emerytura wynosiła chociaż 2 tysiące złotych i ten projekt na taką drogę nas wprowadza” – powiedział 3 listopada prezydent Karol Nawrocki podczas spotkania z mieszkańcami Sochaczewa.

Trudno nie przyznać mu w tym racji. Minimum socjalne liczone przez Instytut Pracy i Praw Socjalnych dla II kwartału 2025 roku wynosiło 1 897,97 złotych dla samotnie mieszkającego emeryta. Tymczasem minimalna emerytura to obecnie zaledwie 1878,91 zł brutto (1709,81 zł netto).

Jest to zatem kwota wystarczająca jedynie na zaspokojenie naprawdę podstawowych potrzeb. Nie możemy jednak zapominać, że według danych Zakładu Ubezpieczeń Społecznych ponad 430 tysięcy osób pobiera emeryturę jeszcze niższą – ze względu na brak wymaganego przez przepisy stażu. Grupa ta szybko rośnie, a jej większość stanowią kobiety.

To nie pierwszy raz

Zatem nic dziwnego, że głowa państwa uznała, że minimalna waloryzacja, na jaką zdecydował się rząd, jest niewystarczająca. Zaproponowany przez prezydenta system jest nieco skomplikowany: poza dotychczasowym wskaźnikiem waloryzacji wyznaczanym rozporządzeniem Rady Ministrów, ustawa określałaby, o ile miałaby wzrosnąć miesięczna emerytura dla poszczególnej osoby – od marca przyszłego roku byłoby to minimum 150 złotych.

Dla osób o wyższej emeryturze podwyżkę liczono by na dotychczasowych zasadach, według rządowej  stawki procentowej. W kolejnych latach kwota minimalnego podwyższenia miałaby rosnąć o ogólny wskaźnik waloryzacji.

Mówimy zatem o waloryzacji kwoty minimalnej waloryzacji. Obejmowałaby ona również tak zwaną „13” i „14” emeryturę. Nie brzmi to prosto, ale nie stanowi to dużego wyzwania dla arkuszy kalkulacyjnych w ZUS-ie. Dla odbiorców zaś liczy się końcowa kwota świadczenia. Zmiana doprowadziłaby do pewnego spłaszczenia wysokości świadczeń – te niższe rosłyby procentowo szybciej od tych wyższych.

Uzasadnienie projektu zwraca uwagę na dotychczasowe podwyżki emerytur poza standardowym grafikiem w latach 2012, 2014, 2016, 2018, 2020 i 2022, na ogół przed wyborami. Wprowadzony prezydencką ustawą system oznaczałby zatem usankcjonowanie praktyki wręczenia „prezentów” emerytom, głównie najbiedniejszych.

Z drugiej zaś strony pozwalałby na przewidywanie kosztów dla budżetu i systemu ubezpieczeń społecznych przynajmniej na kilka lat wprzód. Miałby zresztą być oceniany co trzy lata przez Radę Ministrów, co na stałe instaluje w nim mechanizm „ręcznego sterowania”.

Nie ma nic za darmo

Dodatkowe koszty spowodowane „minimalną podwyżką” mają wynieść w następnym roku około 2 miliardy złotych. W roku 2027 – około 3,4 miliarda, a w 2028 – około 4,5 miliarda. Oczywiście, o ile NBP trafnie przewiduje inflację, bo to ona jest kluczowa dla ustalania waloryzacji. Dla porównania, wprowadzone w tej kadencji parlamentu „wakacje składkowe” dla niektórych przedsiębiorców kosztowały ZUS jedynie w pierwszym półroczu 2025 roku 2,3 miliarda złotych.

Nie są to kwoty, które zatopiłyby nasz system ubezpieczeń społecznych, jednak już teraz zasilany składkami Fundusz Ubezpieczeń Społecznych finansuje nieco ponad 80% wydatków na świadczenia. Pozostała niemal jedna piąta musi pochodzić z budżetu państwa. Jest to wskaźnik dosyć stabilny w ostatnich latach, głównie dzięki rosnącym wynagrodzeniom i napływowi obcokrajowców.

Propagandę środowisk wrogich solidarności społecznej, przedstawiającą powszechny system ubezpieczeń jako drogi w obsłudze i zagrożony niewypłacalnością stara się w urzędowym stylu kontrować sam ZUS, tytułując kolejne raporty: „Fundusz Ubezpieczeń Społecznych niezmiennie stabilny”, „Bardzo dobra sytuacja FUS”, „Stabilna sytuacja finansowa FUS w 2024 r.” , „Fundusz Ubezpieczeń Społecznych w znakomitej formie” i tak dalej.

Prezentowane w nich dane pokazują, że ZUS bynajmniej nie chyli się ku upadkowi. Jednak ceną za utrzymanie jego stabilności są dosyć niskie świadczenia i zasilanie z rządowej kasy, która musi brać pod uwagę unijną procedurę nadmiernego deficytu i tym samym zwiększać dyscyplinę.

Skąd pieniądze?

Składając projekt „Godna emerytura”, prezydent Nawrocki założył, że jego koszty pokryje budżet państwa z wpływów rosnących za sprawą inflacji.

Nie może nie dziwić łatwość, z jaką przychodzi mu domaganie się od rządu kolejnych, znacznych wydatków, przy jednoczesnym, nieustannym sprzeciwie wobec zwiększania jakichkolwiek podatków pobieranych przez nasze państwo i oburzeniu na wysokość deficytu budżetowego.

Interpretacja najbardziej życzliwa dla projektodawcy zasadza się na jego wierze w sztuki magiczne jako drogę do poprawy stanu finansów publicznych. Bardziej prawdopodobną motywacją jest jednak  konsekwentne dążenie do politycznego przesilenia. Jeśli parlament ulegnie żądaniom prezydenta na froncie emerytalnym, będzie musiał dokonać bolesnych cięć w innych obszarach i zapewne poszerzyć margines finansowania nowym długiem.

Alternatywą jest odrzucenie projektu głowy państwa. Każda z tych dróg oznacza na narażenie się na gromy ze strony Nawrockiego, łączącego obowiązki głowy państwa z retoryką trybuna ludowego.

Odpowiedź z lewego narożnika

Wyjście z tej politycznej pułapki próbuje znaleźć Agnieszka Dziemianowicz-Bąk, minister rodziny, pracy i polityki społecznej. Proponuje ona podwyższyć jeden ze wskaźników wliczanych do corocznej waloryzacji.

Obecnie jej wysokość obliczana jest poprzez dodanie wskaźnika inflacji w koszyku przeciętnego emeryta i części (przynajmniej 20%) z realnego wzrostu przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce w minionym roku. To właśnie udział we wzroście wynagrodzeń w waloryzacji chce podnieść lewicowa minister – z minimum 20% do minimum 35%.

Podniosłoby to wszystkie emerytury w jednakowym stopniu. Kwota podwyżki byłaby niższa dla niższych emerytur i wyższa dla wyższych w stosunku do propozycji prezydenckiej. Na pierwszy rzut oka widać w tym pomyśle jeszcze dwie wady.

Pierwsza polega na analogicznym do projektu Nawrockiego braku wskazówek, skąd znaleźć na niego pieniądze. Po drugie, ów pomysł mógłby zostać wprowadzony rozporządzeniem Rady Ministrów już w tym roku bez zmiany żadnej ustawy, gdyby tylko była dla niego wola polityczna. Wielkość części wzrostu płac, którą przyznaje się emerytom, jest teoretycznie negocjowana w Radzie Dialogu Społecznego pomiędzy związkami zawodowymi, organizacjami pracodawców i stroną rządową.

Jeśli jednak Rada nie wypracuje kompromisu (a ostatnio jej się to nie udawało), to wskaźnik udziału we wzroście wynagrodzeń ustala właśnie rozporządzenie Rady Ministrów, przy czym nie może być to mniej niż 20%. I taki właśnie minimalny poziom przyjął rząd na następny rok. Gdyby tego chciał i wiedział, jak go sfinansować, mógł już dawno podnieść poziom udziału do 35%.

Dziury w systemie należy łatać

Propozycje podwyższenia emerytur mają przede wszystkim wymiar polityczny. Nie powinno to zresztą zaskakiwać. Wysokość świadczeń otrzymywanych przez seniorów wynika wprawdzie ze wskaźników i reguł wpisanych do ustaw i innych aktów prawnych, ale koniec końców jest pochodną decyzji władz państwa o tym, jaką część produktu krajowego brutto przeznaczamy na wsparcie tych, którym wiek nie pozwala na dalszą pracę.

Gorzej jednak, że te polityczne wrzutki są w najlepszym wypadku obliczone na doraźne wsparcie, obliczone na rok lub dwa. W rzeczywistości zdają się jednak być zaledwie narzędziem w walce o obecność w przestrzeni medialnej, przykuwając uwagę obiecywanymi kwotami. Znamienne jest, że część mediów atakuje odbiorcę komunikatem „prezydent podpisał”, mając na myśli złożenie projektu, a zatem dopiero pierwszy, a nie ostatni krok w procesie legislacyjnym.

Nie oznacza to, że systemu ubezpieczeń społecznych nie należy nigdy zmieniać. Na rażącą niekonsekwencję w jego obecnej konstrukcji wskazuje na przykład raport „Dobrowolne ubóstwo: o konsekwencjach dobrowolnego ZUS dla samozatrudnionych”.

Pozwalając samozatrudnionym na odprowadzanie składki do ZUS w minimalnej wysokości – z jednej strony –  stawiamy zatrudnionych na klasycznym etacie w pozycji mniej konkurencyjnej na rynku pracy, a z drugiej strony – pozwalamy licznym, stosunkowo dobrze prosperującym przedsiębiorcom na zaledwie symboliczne dokładanie się do wspólnej kasy.

Co więcej, obejmujemy mikroprzedsiębiorców ulgami i zwolnieniami ze składek, które na starość okażą się dla nich przeszkodą w osiąganiu prawnych wymogów kwalifikujących ich nawet do minimalnej emerytury (której wysokość obecnie oscyluje poniżej dwóch tysięcy złotych).

Wpisując zatem jednoosobowe działalności gospodarcze tylko „jedną nogą” do ZUS-u, działamy na niekorzyść większości społeczeństwa, ale również tych przedsiębiorców, którym nie uda się samemu odłożyć oszczędności na starość.

Próba reformy tego systemu może się odbyć bez odwracania obecnej logiki. Formalnie prostszym i społecznie sprawiedliwszym, ale wymagającym większej woli politycznej byłoby rozwiązanie w duchu wydanego przez Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego raportu „Okiełznać podatkowy chaos”. Artur Krawczyk proponuje w nim włączenie wszystkich – pracowników i samozatrudnionych, ale również rolników, sędziów i służby mundurowe – do jednolitego systemu podatkowo-składkowego, przy ograniczeniu do minimum ulg dla wybranych grup.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.