Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Fundacja Aktywna Demokracja straszy polskim neofaszyzmem i strzela samobója

przeczytanie zajmie 5 min
Fundacja Aktywna Demokracja straszy polskim neofaszyzmem i strzela samobója screen [z:] https://www.zatrzymajfaszyzm.pl

Akcja „Zatrzymaj faszyzm” miała przestrzegać przed ekstremizmem, a jest pokazem liberalnej histerii. W efekcie, to nie Braun czy Mentzen, lecz ich przeciwnicy strzelają sobie w kolano.

Fundacja Aktywna Demokracja, organizatorka słynnej akcji „Tour de Konstytucja”, ogłosiła, że inicjuje kolejną kampanię edukacyjną – „Zatrzymaj faszyzm”. Jak czytamy na specjalnej stronie internetowej: „W całej Europie obserwujemy, jak radykalizm przestaje być marginesem, a staje się mainstreamem. Jeśli nie zareagujemy teraz – będzie za późno”.

W ramach walki z faszyzmem pomysłodawcy projektu chcą zorganizować m.in. kampanie edukacyjne w mediach społecznościowych, wejść we współprace z influencerami, budować lokalne sieci wsparcia i we współpracy z Telewizją Polską wyprodukować film dokumentalny o faszyzmie w Polsce. W akcję zaangażowanych jest kilkadziesiąt organizacji pozarządowych, również cenione i zasłużone dla polskiej demokracji jak Sieć Obywatelska Watchdog Polska.

„Faszyzm” jak cep do okładania

Na początku stwierdźmy banał, który wymaga jednak powiedzenia na głos. Mimo że Piotr Maślak z TVP zaprasza do projektu każdego, jest to akcja wymierzona w konkretne opcje partyjne. Nie jest bowiem przypadkiem, że powstaje po wyborach prezydenckich, w których co piąty wyborca zagłosował na Sławomira Mentzena lub Grzegorza Brauna, a nowym lokatorem Pałacu Prezydenckiego został Karol Nawrocki.

Rozumiem, że liberałowie łapali się za głowę, widząc wyniki ostatnich wyborów. Rozumiem, że emocje nie opadają, gdy ukazują się nowe sondaże z poparciem Konfederacji na poziomie kilkunastu procent głosów i Korony Brauna dobijającej do notowań dwucyfrowych. Trudno się dziwić, że po stronie liberalnej pojawiają się obawy.

Nie wiem jednak, dlaczego w imię walki z nimi liberałowie sięgają po przeskalowane, nieadekwatne słownictwo, które ośmiesza drogie im wartości.

Autorzy projektu wskazują na „12 Współczesnych Mechanizmów Faszyzacji Świata”, wśród których – jak czytamy – znajdują się m.in. „polaryzacja i kreowanie wroga”, „podkopywanie procesów demokratycznych” czy „kultura natychmiastowej reakcji”.

Czy naprawdę trzeba używać słowa „faszyzm”, żeby opisać te procesy? Przecież równie dobrze za pomocą tych kryteriów można by dowieść, że licznych przedstawicieli strony liberalnej należy zaliczyć do ludzi faszyzujących.

„Faszyzm” dotyka – o ile już nie dotknął – podobny problem, co określenie „ruska onuca”. Już tyle razy go użyto, w większości sytuacji bezzasadnie, że oskarżenie o prokremlowskie sympatie nic już w dzisiejszej debacie publicznej nie znaczy. Dość przypomnieć, że zarówno Koalicja Obywatelska, jak również Prawo i Sprawiedliwość zdążyły zarzucić sobie działanie na rzecz Putina.

To oczywiste kuriozum, sprawiające, że opinia publiczna macha ręką na obdarzanie tą etykietką kolejnych osób.

Z „faszyzmem” dzieje się podobnie. Jan Świetlik, reżyser pracujący nad wspomnianym dokumentem, powiedział w rozmowie promocyjnej, że „mamy marsze niepodległości, gdzie de facto mamy do czynienia z neofaszyzmem”. Jakkolwiek możemy krytykować Marsz Niepodległości (sam nie jestem fanem tej formy), to nazywanie go w ten sposób jest niepoważne.

Wydawać by się mogło, że kto jak kto, ale akurat strona liberalna mogłaby to rozumieć, bo już w przeszłości ten błąd popełniła. Gdy w 2015 roku PiS doszedł do władzy, to niemalże z marszu ogłoszono „koniec demokracji”; później co kwartał to przypominano. W efekcie, dziś już trudno odczytywać to hasło inaczej niż w ironicznym kontekście.

„Jeśli bowiem po relatywnie niedużych (co nie znaczy, że niewinnych; nie jest moim celem relatywizowanie łamania prawa) faulach prawnych okrzykniemy, że nie mamy już w Polsce demokracji, jeśli po areszcie dla tego czy innego opozycjonisty stwierdzimy, że rząd dopuszcza się tortur, jeśli po defraudacji miliona złotych przez wiceministra uznamy, że mamy do czynienia z największą aferą w dziejach III RP, to na własne życzenie pozbawimy się asów w rękawie.

Każdą z tych sytuacji można byłoby skutecznie wykorzystać w ramach rywalizacji politycznej, gdyby tylko nadać im odpowiednią wagę. W przeciwnym razie traci się wiarygodność, bo narracja suflowana w telewizji nie licuje z tym, co ludzie widzą na co dzień. Dochodzi do przegrzania tematu, mówiąc językiem technologii polityki, bo trudno wierzyć w dramaturgię, której się nie czuje” – pisałem na tych łamach w 2024 roku.

Zacznijcie od siebie

Drugi problem z „zatrzymywaniem faszyzmu” zasadza się na składzie osobowym, który chciałby dać odpór brunatnej fali. Oto czytamy, że akcję poparli tacy ludzie jak Zbigniew Hołdys, Jarosław Kurski czy Piotr Maślak.

Pierwszy z wymienionych był uprzejmy nazwać „symetrystów”, czyli dziennikarzy, z którymi się nie zgadza, mianem „szmalcowników”, jest również zaangażowanym członkiem twitterowej sekty „Silnych Razem”, czyli jednej z najbardziej zajadłej grupy internetowych hejterów. Mówiąc eufemistycznie, mam wątpliwości, czy akurat Hołdys jest odpowiednią osobą do sprzeciwu wobec „polaryzacji i kreowaniu wroga”.

Pozostała dwójka to dziennikarze tożsamościowych (a więc sprzyjających polaryzacji) mediów, którzy kilka miesięcy temu bez opamiętania zapraszali na swoje łamy Krzysztofa Kontka, według którego wynik wyborów prezydenckich został przekręcony. Nie wiem, czy jest bardziej jaskrawy przykład „podkopywania procesów demokratycznych”.

Nie piszę tego, żeby użyć prostego argumentu „a u was Murzynów biją!”. Ale żeby taka akcja była wiarygodna, muszą ją tworzyć osoby, których postawy nie stały w jawnej sprzeczności z ideami, których teraz mają bronić.

Jeśli rzeczywiście dziennikarze liberalnych mediów i intelektualne okolice tych środowisk chciałyby się przysłużyć mniej spolaryzowanej Polsce, w której nie wyklucza się innych (bardzo popieram), to mogliby zacząć od siebie. Mają trochę do zrobienia.

Potrzebna refleksja zamiast tarabanów

Jeśli liberałowie naprawdę są zatroskani o Polskę, widząc w sondażach rosnące słupki przy niemiłych im partiach, to lepszą, jak sądzę, alternatywą niż bicie w tarabany i akademie o tym, że „warto być przyzwoitym” byłaby szczera, także autokrytyczna refleksja nad tym, w jakim miejscu jest Polska i – szerzej – Europa.

Deklaracje poparcia dla Grzegorza Brauna nie biorą się bowiem znikąd, ten polityk odpowiada na jakieś społeczne emocje. O ich naturze należałoby napisać osobny tekst; swoją interpretację przedstawił na tych łamach Konstanty Pilawa. Z pewnością jednak sprowadzenie jego popularności do antysemickich i ksenofobicznych ciągot, oetykietkowanych w dodatku tym nieszczęsnym „faszyzmem”, to droga na skróty.

Zastanawiam się, jak to jest, że ci sami ludzie, którzy z lubością podkreślają swoje inteligenckie łaknienie niuansu i racjonalnej analizy, równocześnie tak bardzo zamykają oczy na przyczyny zjawisk, które ich przerażają.

Podobnie było z popularnością PiS-u – największe autorytety strony liberalnej, często artyści (czyli ludzie, których powinna charakteryzować szczególna wrażliwość) uznawali, że Kaczyński wygrał, bo „kupił wyborców” albo że – w najlepszym razie – to dowód na czasem skrywaną endecką duszę Polaków, tak przerażającą dla liberałów. Kto starał się niuansować, zostawał co najmniej „symetrystą”.

Bicie w tarabany jest przyjemne, bo można zebrać za to trochę lajków na Twitterze od swoich zwolenników, ale politycznie do strzał w kolano. Moralne wzmożenie „salonowych elit” to przecież wspaniałe wzmocnienie dla np. Brauna, który dzięki temu zyskuje legitymizację jako antysystemowiec. Jeśli chce się dać mu odpór, to nie tędy droga.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.