Wawrzyniec Rymkiewicz: Elity mieszczańskie ludem gardzą. Projekt III RP właśnie się kończy
W Polsce została zerwana umowa pomiędzy „elitami” a „ludem” będąca sensem słowa „inteligent”. Zgodnie z umową lud uznaje elity, podporządkowuje się ich władzy, ale te elity mu służą i z niego się wywodzą. Elity mieszczańskie ludem gardzą – mówi Wawrzyniec Rymkiewicz, filozof.
Tekst został pierwotnie opublikowany w obszerniejszej wersji na łamach magazynu weekendowego Rzeczpospolitej „Plus Minus”. Dziękujemy redakcji za możliwość przedruku! Tytuły, śródtytuły oraz lead pochodzą od redakcji www.klubjagiellonski.pl
Lubi pan być określany mianem inteligenta?
Mam z tym kłopot. I ten kłopot ma charakter osobisty, jest moim prywatnym kłopotem. Obiektywnie rzecz biorąc, mam pochodzenie inteligenckie, jestem warszawskim inteligentem. Nie mogę się tego wypierać.
Z drugiej strony sposób, w jaki dzisiaj używa się tego słowa, sprawia, że nie mogę się za jego pomocą określać. Zjawiska społeczne, które za nim stoją, są mi bowiem wrogie, a nawet odrażające. Słowo „inteligent” w pewnych sytuacjach mogłoby dzisiaj być dla mnie obraźliwe…
Dlaczego?
W dzisiejszej Polsce to słowo jest używane w błędnym znaczeniu, a nawet gorzej: w znaczeniu opacznym, odwróconym na opak.
Na czym polega to opaczne znaczenie?
Słowo „inteligent” jest pewnym narzędziem politycznym. W tym nie ma nic złego – ono zawsze było takim narzędziem. Problemem jest, do czego ono dzisiaj w Polsce służy. Słowo „inteligent” służy dzisiaj odgrodzeniu, wyodrębnieniu, separacji „elit” – albo czegoś, co się nazywa „elitą” – od tak zwanego ludu.
Ten, kto myśli o sobie albo określa siebie mianem „inteligenta”, sam siebie we własnych oczach podnosi i stawia ponad innymi. Słowo „inteligent” jest podstawową figurą retoryczną dyskursu wyższościowego naszych warstw tak zwanych wyższych. Tymczasem pierwotnie to słowo miało sens inkluzywny. Służyło odnalezieniu własnego miejsca we wspólnocie, wiązało się często z ideą poświęcenia własnego życia dla wspólnoty…
A kim są ci, których dziś nazywa się inteligentami?
To są mieszczanie. W postnowoczesnym albo postmodernistycznym sensie tego słowa. Nie posiadają zwykle poważnego majątku, dzięki któremu mogliby uzyskać egzystencjalną i umysłową samodzielność. Są to zwykle pracownicy urzędów i korporacji, biuraliści różnego rodzaju i autoramentu, poddani dyscyplinie biurowej, procedurom i towarzyskim regułom poprawności. Zwykle mają kredyty. Nie mogą stracić pracy.
Inteligenci natomiast byli zwykle ludźmi tak zwanych wolnych zawodów. Służyli wspólnocie – mówię oczywiście o pewnym ideale – pracowali dla idei, a nagrodą był dla nich społeczny szacunek. To dawało im swobodę i niezależność. Mieszczanie pracują dla pieniędzy. Wartość ich życia mierzy się wysokością zarobków. I tutaj pojawiają się różne formy dyscypliny i kontroli: zniewolenia duchowego, żeby użyć tego starożytnego słowa.
Kiedy zaczęło się w Polsce to mylne rozumienie słowa „inteligent”?
Wydaje się jednak, że to słowo ostatecznie utraciliśmy w fatalnym roku 1989. Po 1989 r. powstała w Polsce „partia inteligencka”, czyli Unia Demokratyczna. Już samo jej powstanie wydaje się z perspektywy czasu jakimś dziwactwem. W dawnej Polsce inteligenci byli w różnych partiach.. Tymczasem w wyborach prezydenckich roku 1990 kandydat „inteligencki”, Tadeusz Mazowiecki, walczył z kandydatem robotniczym albo ludowym, czyli Lechem Wałęsą.
To właśnie wtedy zaczęło się wyłaniać to nowe użycie słowa „inteligent”, zgodnie z którym ktoś, kto tytułuje się „inteligentem”, deklaruje swoją przewagę i wyższość wobec tak zwanego ludu. Paradoks polega jednak na tym, że rząd Mazowieckiego i Balcerowicza wprowadzał w Polsce reformy turboliberalne – polegające na prywatyzacji wszystkiego – i że u jego podstaw leżała pewna filozofia społeczna, nie do końca wyartykułowana, zgodnie z którą Polska potrzebuje nowej klasy, nowej warstwy społecznej – czyli mieszczaństwa.
Brakuje jej ludzi od zarabiania pieniędzy?
Najprościej mówiąc. To było jednak coś więcej. Myśmy w roku 1989 nie tylko zaczęli wyprzedawać przemysł i majątek państwowy, lecz straciliśmy także własny język, własny sposób rozumienia siebie i świata. Reformy miały charakter imitacyjny.
Przyjęliśmy bezwolnie wzorce europejskie albo zachodnie. Przemianom społecznym towarzyszą zmiany językowe. I te przemiany właśnie spowodowały odwrócenie sensu słowa „inteligent”, które leży u podstaw – to odwrócenie – dyskursu nowego mieszczaństwa. Paradoksalnie i perwersyjnie: Mazowiecki i Geremek byli politykami antyinteligenckimi.
Politycy robili to świadomie?
Trudno mi się wypowiadać na temat stanu ich świadomości. Mogę domniemywać, że była to świadomość fałszywa, że nie wiedzieli do końca, co czynią, świadomość zbiorowa, świadomość całej wspólnoty, była wtedy fałszywa. Ona zresztą do dzisiaj pogrążona jest w samozakłamaniu.
Polski etos inteligencki jest sprzeczny z liberalizmem?
Słowo „liberalizm” może mieć różne znaczenia, na pewno jest sprzeczny z turbokapitalizmem. Polega on, najkrócej mówiąc, na tym, że gospodarka wychodzi poza swoje dotychczasowe granice i obejmuje światy, które do tej pory znajdowały się poza rynkiem. Zmienia się na przykład sens słowa „kultura” – staje się ona rozrywką, a przemysł rozrywkowy staje się jedną z najważniejszych gałęzi postmodernistycznej gospodarki.
Jakie to ma praktyczne konsekwencje?
Następuje dezintegracja społeczna, której skutki wszędzie widzimy. Dotyczy ona poszczególnych grup zawodowych, ale także społeczeństwa jako całości.
Dobrym przykładem są nauczyciele. Są oni w jakiś sposób filarem narodu: od nauczycieli zależy w dużej mierze jego przyszły kształt i postać. To był w Polsce tradycyjnie zawód inteligencki. Uprawiany dla idei. Z powołania. W społeczeństwie turbokapitalistycznym – w którym kultura staje się rozrywką – ten zawód traci sens i przekształca się w zawód drobnomieszczański, pozbawiony prestiżu i szacunku. Mamy, po roku 1989, do czynienia z deklasacją całej tej grupy społecznej. W perspektywie historycznej, dla całej wspólnoty jest to oczywiście proces samobójczy.
Jeśli chodzi natomiast o społeczeństwo jako całość, to widzimy, że po 30 latach wolnej Polski pogrąża się ono w zimnej wojnie domowej. Uważam, że ta wojna jest koniecznym skutkiem turbokapitalizmu. W Polsce została zerwana umowa społeczna pomiędzy „elitami” a „ludem” będąca sensem słowa „inteligent”.
Zgodnie z tą umową lud uznaje elity, podporządkowuje się ich władzy, ale te elity mu służą i z niego się – na drodze awansu – wywodzą. Elity mieszczańskie ludem gardzą. Ukrywają swoje plebejskie pochodzenie. Lud z kolei nie ufa elitom, ponieważ widzi, że dbają one tylko o własne korzyści i interesy.
Gdzie w tym wszystkim jest prawica? Chyba dostosowała się do tej nowej siatki pojęciowej, którą liberałowie zaproponowali?
Prawica w Polsce także myśli w trybie imitacyjnym, nad czym boleję. Wielu prawicowych intelektualistów odrzuca oświecenie, rewolucję francuską i Wiosnę Ludów. Myśląc w ten sposób, muszą jednak odrzucić także konsekwentnie całą polską nowoczesność – także Kościuszkę i Mickiewicza.
Czyli projekt polskiego awansu?
Tak. To jest zabawne, kiedy ludzie, których przodkowie byli chłopami albo rzemieślnikami, potępiają rewolucję francuską. To świadczy o jakimś głębokim pomieszaniu, niezrozumieniu, kim się jest, skąd się pochodzi. Bez Kościuszki i Mickiewicza Polacy byliby dzisiaj wspólnotą podobną do Serbołużyczan, małym etnosem żyjącym w granicach jakiegoś imperium, posiadającym wprawdzie własny dialekt, ale pozbawionym nowoczesnej formy duchowej.
Inteligencji w ogóle już nie ma?
Inteligenci są w jakiś sposób nadal obecni, ale duchem, jako widma naszej przeszłości. Wciąż się czyta w szkołach Żeromskiego i „Wesele” Wyspiańskiego, uczy o insurekcji kościuszkowskiej. W bibliotece można znaleźć dzieła Karola Libelta, który wynalazł pojęcie „inteligenta”.
Skoro w II RP byliśmy narodem inteligenckim, to czy w III RP jesteśmy narodem mieszczan? Czy możemy stać się narodem mieszczańskim?
W to nie wierzę. Projekt III RP właśnie się kończy. Ważne, żebyśmy zobaczyli także jego granice myślowe, pojęciowe słabości i sprzeczności.
I trzeba też wyraźnie powiedzieć, jaka jest tu stawka myślenia. Słowo „inteligent” jest pojęciem nieprzetłumaczalnym, z racji doświadczeń i lokalnych kontekstów, które ze sobą niesie. Wynalazł je, powtarzam, Libelt. Pojawia się po raz pierwszy w jego rozprawie „O miłości Ojczyzny” z roku 1844. I teraz: co to znaczy posiadać język nieprzetłumaczalny?
Ten, kto ma taki język, posiada własne życie i własny ogląd rzeczywistości, którego nie da się sprowadzić, zredukować, rozmyć w jakichś innych sposobach życia i widzenia. Taka samodzielność jest ważna, kiedy świat zaczyna się rozpadać. I my właśnie żyjemy w takim momencie. Nie tylko projekt III RP doszedł do swojego kresu. Porządek światowy chwieje się w posadach.
Musimy znaleźć oparcie w nas samych, we własnym języku, myśleć niezależnie. Tylko wtedy zachowamy własną substancjalność. To, co panu tu powiedziałem, to jest dopiero początek. Musimy odzyskać własny język polityczny.
Wawrzyniec Rymkiewicz
Roch Zygmunt
