Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Dlaczego nie ufamy ekspertom i szukamy spisków? Bo wielkie koncerny czasami naprawdę nas oszukują

Dlaczego nie ufamy ekspertom i szukamy spisków? Bo wielkie koncerny czasami naprawdę nas oszukują Autor ilustracji: Bruno Dziadkiewicz

Ostatnio ukazał się kontrowersyjny wywiad Bogdana Rymanowskiego z prof. Grażyną Cichosz. Jest on o tyle ciekawy, że szybko zdobył dużą popularność i przychylność odbiorców (prawie 2,5 miliona wyświetleń), a jednocześnie specjaliści wskazywali na szereg błędów, które padły w rozmowie (pisał o nich m.in. Gabriel Czyżewski na łamach naszego portalu). Rodzi się więc pytanie – dlaczego dietetyczka, która powtarza zapewne nieprawdziwe teorie, budzi większe zaufanie niż eksperci, którzy weryfikują jej wypowiedzi? Można oczywiście skwitować to stwierdzeniem, że ludzie po prostu powariowali. Jednak można też przyjrzeć się temu zjawisku głębiej i znaleźć jego podłoże, które wydaje się wyrastać z pewnych niewypowiedzianych, acz realnych problemów, podskórnie trapiących sporą część społeczeństwa.

Kiedy spisek staje się normą

W 1925 roku przedstawiciele pięciu największych koncernów produkujących elektronikę zebrali się na tajnym spotkaniu w Genewie. Zobowiązali się tam, że celowo będą produkować żarówki o gorszej jakości, przepalające się po tysiącu godzin pracy.

Miało to skłonić konsumentów do częstszej ich wymiany, co znów przełożyłoby się wyższe zyski dla wszystkich członków spisku. Ponieważ łącznie kontrolowali oni większość rynku w swoich krajach, ludzie nie mieliby innej alternatywy niż kupowanie żarówek, które służyłyby krócej, niż by mogły.

Powołaną wówczas organizację nazwano kartelem Febusa, na cześć boga światła Apolla, a tajne porozumienie wkrótce weszło w życie. Klienci zaczęli z czasem zauważać, że nowe żarówki częściej się przepalają, jednak uznali to za dzieło przypadku, a nie celowe działanie zakulisowych sił.

Ta historia mogłaby być dość nietypową teorią spiskową, gdyby nie fakt, że wydarzyła się naprawdę. Wspomniany kartel został rozwiązany w 1939 roku, a niektórzy jego członkowie, jak General Electric, doczekali się pozwów antymonopolowych. Wszystko to przeszło do historii jako „spisek żarówkowy”.

Jednak nie przytoczyłem tych wydarzeń po to, aby udowodnić tezę, że spiski naprawdę istnieją, ale żeby zwrócić uwagę na coś znacznie gorszego. Bowiem po rozwiązaniu kartelu Febusa żarówki dalej psuły się po 1000 godzin pracy. Procederu nie tylko nie ukrócono, ale wręcz przeciwnie – rozszerzono go na inne gałęzie przemysłu.

Tak zwane planowe postarzanie produktów z czasem stało się znormalizowaną praktyką, na tyle powszechną, że dziś już nie zwracamy na nią uwagi. Współcześnie nikogo nie dziwi, że nowa pralka psuje się po kilku latach, mimo iż dawniej tego typu urządzenia były sprawne przez dekady.

Praktyka, którą 100 lat temu producenci musieli ukrywać przed opinią publiczną za pomocą tajnych stowarzyszeń, dziś stała się tajemnicą poliszynela. Szybsze zużywanie się produktów uznano wręcz za zjawisko pozytywne, bo zapewnia ciągły popyt na nowe produkty, co znów stwarza miejsca pracy i zapewnia wzrost gospodarczy.

Tak więc na uczelniach zajmujących się projektowaniem przemysłowym uczy się studentów, że produkty winny mieć zaplanowany „cykl życia”, w ramach którego będą mogły ustępować miejsca nowszym modelom. Z kolei branżowi eksperci starają się badać, jak bardzo mogą zmniejszyć jakość danego produktu, aby wciąż dało się go używać.

Sami konsumenci akceptują ten stan rzeczy, bo choć dostają do ręki buble, to rekompensuje im to ich niska cena i dostępność. Nie zmienia to jednak faktu, że ten stan rzeczy wywołuje w nich pewne negatywne odczucie bycia notorycznie oszukiwanym przez producentów. Uczucie, na które właściwie już nikt nie reaguje i o którym rzadko kiedy się mówi.

Jak bardzo można zepsuć jedzenie, aby dalej dało się je zjeść?

Podobny proces „psucia produktów” zaszedł w dziedzinie żywienia. Jej rozwój zmierzał w kierunku zwiększania objętości, polepszania wyglądu i smaku produktów, kosztem ich wartości odżywczych i zdrowotnych.

Regularnie opracowuje się nowe technologie i związki chemiczne pozwalające tak rozcieńczyć dany produkt, aby wciąż zachował pozory bycia takim samym. Przykładem tego mogą być fosforany, dodawane do mięsa, aby można je było sztucznie „napompować” wodą.

Mamy więc do czynienia z procederem, który byłby oszustwem, gdyby nie to, że dzieje się całkiem jawnie.

Stwierdzenie, iż technicy żywienia badają, jak dużo sztucznych substancji mogą dodać do produktu, aby podnieść jego sprzedaż, jednocześnie nie trując konsumenta, jest hiperbolą, ale nie jest tak zupełnie odległe od prawdy.

Jest to zresztą zjawisko znacznie szersze, obejmujące wiele dziedzin, w których całe sztaby ekspertów wykorzystują swoją wiedzę naukową do działań, które mogą się negatywnie odbić na społeczeństwie. Na przykład za epidemią otyłości wśród dzieci stoją głównie słodycze.

Choć rodzice czy szkoły mogą próbować ograniczać do nich dostęp, to przeciw sobie mają całą machinę marketingową, wykorzystującą najnowszą wiedzę z zakresu psychologii behawioralnej i komunikacji medialnej. Korporacje, dysponując gigantycznym kapitałem i wiedzą, są w stanie tak promować swoje produkty, aby dzieci (i dorośli) nie mogli im się oprzeć.

Gdy idziemy do sklepu sieciowego, to natrafiamy na promocje tak skonstruowane, abyśmy wydali więcej, niż chcemy. Gdy podpisujemy umowy na jakieś usługi, to są one celowo tak długie i skomplikowane, aby laik się w nich zgubił i zaakceptował niekorzystne dla siebie warunki. I znów – nie biorą się one z powietrza, ale są spisane przez całe sztaby absolwentów szkół prawniczych i ekonomicznych.

Sam, mając na studiach zajęcia z marketingu, uczyłem się, jak całe pokolenia badaczy głowiły się nad tym, jak wpływać na decyzje konsumentów. Także pracując w branży gier komputerowych, dowiedziałem się o firmach korzystających ze wsparcia psychologów, aby projektować bardziej uzależniające gry komputerowe.

W pewnym sensie znaleźliśmy się w sytuacji, w której wprowadzanie w błąd stało się znormalizowane do tego stopnia, że jest dokonywane w świetle prawa i nikt z tym nic nie robi. Uznaliśmy za normalne, że produkuje się urządzenia, które mają się celowo szybciej zużywać, że dodajemy do jedzenia substancje, które mają nas uzależniać, i że media poddają nas warunkowaniu behawioralnemu.

Swoją drogą, jest coś perwersyjnego w tym, że jako społeczeństwo płacimy za szkolenie ludzi, którzy uczą się, jak lepiej nami manipulować. Nawet jeżeli nad rozwiązaniami tego typu pracuje mniejszość specjalistów z danej branży, to te pojedyncze, negatywne doświadczenia kilkakrotnie mocniej rzutują na opinię o całym środowisku, niż te pozytywne.

Właśnie ta sytuacja – gdy przeciętny konsument co chwilę musi się mierzyć z całymi armiami ekspertów, korzystających z najnowszej wiedzy naukowej, aby wyprowadzić go w pole (oczywiście w granicach prawa) i zarobić parę groszy jego kosztem – jest czymś, co kształtuje jego pogląd o środowisku eksperckim.

Nawet jeżeli od czasu do czasu ktoś się z tego grona wyłamie i zwróci uwagę na patologie, to w odczuciu szerokiej opinii publicznej są to pojedyncze przypadki potwierdzające regułę. Gdy jakiś ekspert żywienia opowiada o tym, jak słodkie napoje szkodzą dzieciom, to w tym czasie koledzy po fachu niweczą jego starania, badając, jak dużo cukru można dodać do oranżady, aby wciąż dało się ją wypić.

Pewna doza nieufności społeczeństwa wobec ekspertów wydaje się więc być choć częściowo uzasadniona. Bowiem nawet naukowcy z czystymi intencjami i broniący prawdy, pracując dla koncernów, stają się niejako ich wspólnikami.

Weźmy na przykład biologa, który mówi, że rośliny modyfikowane genetycznie są zdrowe i niczym nie różnią się od tych naturalnych. Mówi prawdę, jednak w odbiorze społecznym staje w jednym szeregu z koncernami takimi jak Monsanto.

A one mają niejedno na sumieniu – choćby pozywanie Bogu ducha winnych rolników o naruszanie patentów na zaprojektowane przez siebie nasiona czy używanie technologii GMO po to, aby móc stosować bardziej agresywne i szkodliwe dla środowiska herbicydy (w tym te rakotwórcze).

W szalonym świecie szaleńcy zaczynają być uważani za normalnych

Bycie wyprowadzonym w pole przez wielką korporację, bank czy sprzedawcę, choć nie podważa zaufania do systemu jako całości, to jednak odkłada się w zbiorowej podświadomości, tworząc coraz większą wyrwę między społeczeństwem a jego elitami. Mając coraz większe poczucie, że żyje się w zakłamanej i wrogiej rzeczywistości, zaczyna się uważać teoretyków spiskowych za normalnych ludzi.

Przeciętny konsument od mainstreamowych ekspertów słyszy, że to normalne, iż połowa jego masła to margaryna, że w jego chlebie jest celuloza i błonnik syntetyczny, a w jego serze znajduje się tłuszcz palmowy.

Na takim tle starsza pani profesor, mająca przestarzałą wiedzą, wyciągniętą gdzieś z głębokiego PRL-u, ale jednocześnie stająca w kontrze wobec głównej narracji, zaczyna się wydawać jedyną osobą godną zaufania.

Działa tu pewna przewrotna logika – jeśli cały system jest zakłamany, to każdy broniący go ekspert, nawet mówiący prawdę, jest kłamcą. Natomiast każdy, kto jest antysystemowy, jest odbierany jako prawdomówny, nawet jeżeli się myli.

Trudno mieć w tym miejscu pretensje do samych ekspertów, którzy po prostu wykonują swoją pracę. Podobnie uczelnie – w dobrej wierze starają się spełniać wymagania rynku. Nawet sami przedsiębiorcy najzwyczajniej w świecie robią to, czego się po nich oczekuje – zwiększają wartość przedsiębiorstwa wszelkimi dostępnymi metodami.

Wszystko to w celu zapewnienia ciągłego wzrostu gospodarczego, który jest podstawą umowy społecznej konsumpcyjnego społeczeństwa. Przy okazji jednak tworzy to system, który regularnie oszukuje konsumentów, finalnie sprawiając, że całe rzesze ludzi są coraz bardziej nieufne wobec niego i wszelkich jego twórców.

Przyczyn tego stanu rzeczy można szukać w pewnym upadku etosu, w traktowaniu moralności jako zabobonu. Nauka, w której przestrzeganie etyki zawodowej jest opcjonalne, choć dalej pełni swoją funkcję, to zaczyna być wykorzystywana w dwuznaczny sposób.

Podobnie sam kapitalizm, uwolniony od odpowiedzialności i przyzwoitości, zaczyna iść w dość nieciekawym kierunku. Ludzie stojący za stworzeniem kartelu Febusa, choć działali na niekorzyść konsumentów, to przynajmniej funkcjonowali w społeczeństwie, w którym musieli to ukrywać.

To, co dawniej było powodem do wstydu, dziś stało się normą. Jednak sam charakter tego procederu pozostał tak samo złowrogi, jak przed laty i wygląda na to, że coraz więcej osób ma go po prostu dość. A nie znajdując poparcia w głównym nurcie, idą na jego margines.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.