„Minuta Ciszy” Jacka Lusińskiego to nowy serial na miarę „Rancza”
Polacy kochają seriale i filmy o prowincji. Dla reżyserów jest to często pretekst do snucia opowieści o Polsce. Dawno nikt nie zrobił tego tak intrygująco jak Jacek Lusiński, reżyser „Minuty ciszy”.
Tekst został pierwotnie opublikowany w obszerniejszej wersji na łamach „Gościa Niedzielnego”. Dziękujemy redakcji za możliwość przedruku!
Prowincja jak ze snu
Intrygujący jest społeczny fenomen takich produkcji filmowych i serialowych jak „U Pana Boga za piecem” (wraz z kontynuacjami), „Ranczo” czy „Ojciec Mateusz”. Polacy uwielbiają śledzić losy bohaterów mieszkających na wsi lub w niewielkich miasteczkach.
Nie chodzi tu jednak wyłącznie o samo przedstawienie polskiej prowincji, lecz o pewien specyficzny schemat fabularny i podstawowe prawa, które rządzą Królowym Mostem, Wilkowyjami czy Sandomierzem.
Ludzie są tu przeważnie życzliwi i przywiązani do swoich rodzin. Instytucje państwa – policja czy urzędy – nie działają najlepiej: bywają siedliskiem niekompetencji lub lokalnych układów. Jednak dzięki samoorganizacji, obyczajowi, a może przede wszystkim Kościołowi, cały ten świat trzyma się w ryzach.
Kościół katolicki, choć nie rządzi, to niewątpliwie panuje. Jest instytucją, która przywraca porządek – często za cenę wychodzenia poza obszar swojej typowej działalności.
Polak – szczególnie ten mieszkający na prowincji lub przynajmniej jakoś z nią związany – dobrze odnajduje się w tak przedstawionym świecie. Nie dlatego, że wiernie oddaje on rzeczywistość, bo ta bywa znacznie mniej kolorowa, lecz dlatego, że ukazuje coś na kształt polsko-katolickiej utopii.
Mimo wszystko jest to świat wyidealizowany, a jego oglądanie może przypominać sesję terapeutyczną. Włączamy telewizor i odpoczywamy, śledząc perypetie naszych ulubionych bohaterów. To nasz świat – zrozumiały, swojski, często kontrastujący z rzeczywistością, która nas otacza.
Prowincja prawdziwa
Pod koniec października swoją premierę miał ostatni odcinek drugiego sezonu „Minuty ciszy” w reżyserii Jacka Lusińskiego – twórcy znanego m.in. z „Carte Blanche”. Serial ten zasługuje na uwagę nie tylko z powodów, które podkreślają krytycy – ciekawej formy czy znakomitej gry Roberta Więckiewicza i Piotra Roguckiego.
Na pierwszy plan wysuwa się realizm tej produkcji. To w gruncie rzeczy połączenie „Rancza” i „Domu złego”. W Bożej Woli i Złotowie – dwóch miasteczkach, w których rozgrywa się akcja – współistnieją urokliwy klimat tzw. Polski B, ludzka życzliwość i przywiązanie do tradycyjnych wartości, a z drugiej – autentycznie przerażające zło.
„Minuta ciszy” opowiada o losach Mieczysława Zasady, emerytowanego listonosza, który zakłada zakład pogrzebowy. W pierwszym sezonie rywalizuje z nieuczciwym i zaborczym potentatem w branży funeralnej, Jackiem Wiecznym. W drugim Wieczny zyskuje bardziej pozytywne oblicze, a obaj głowni bohaterowie łączą siły, by pokonać jeszcze większego gracza – Jerzego Pazerę.
Reżyser z pozornie niepozornego tematu wydobył przekonującą opowieść o polskiej prowincji. Całe to uniwersum, mimo swojego realizmu, zdaje się dążyć do pewnej puenty – ma w sobie coś z przypowieści. Dzieje się to nawet na tak prostym poziomie jak nazwiska bohaterów, które odzwierciedlają ich charaktery: Zasada jest zasadniczy, Wieczny – niepokonany i zawsze podnoszący się z przeciwności losu, a Pazera – pazerny, co ostatecznie go gubi.
Nie jest to jednak przypowieść ewangeliczna ani prosta. Serial ma niewiele wspólnego z chrześcijańską etyką. Znajdziemy w nim życzliwe spojrzenie na eutanazję, pochwałę polskiego cwaniactwa, przekory i potrzeby zemsty. Być może właśnie dzięki takiemu przedstawieniu roli Kościoła i jego etyki serial jawi się jako realistyczny. Polska katolicka – ta z „Ojca Mateusza” czy „Rancza” – powoli odsuwa się w cień.
Taki wydaje się zamysł reżysera: pokazać małomiasteczkową Polskę w momencie przemiany. Jeśli widzimy jeszcze autorytet Kościoła i pozytywne skutki chrześcijaństwa, to uosabia je postać starego proboszcza Bogumiła – odchodzącego na emeryturę kapłana, za którym wstawia się cała społeczność.
Z ojcem Bogumiłem kontrastuje młody proboszcz Łukasz Wieczór – nazwisko nieprzypadkowe. To kapłan Kościoła zmierzającego ku ciemności, człowiek zagubiony, podążający za nowinkami technologicznymi, próbujący wprowadzić porządek w parafii. Szybko jednak wierni się od niego odsuwają, a on sam przeżywa kryzys wiary.
Nie jest to jednak postać zepsuta do szpiku kości – daleko jej do karykaturalnych księży ze Smarzowskiego. Ksiądz Łukasz szuka swojego miejsca, rozdarty między lojalnością wobec matki a lojalnością wobec Kościoła. Nie jest gotowy do swojej roli, choć jest ambitny – a ambicja ta niekiedy graniczy z obłudą.
Napięcie między księżmi obu pokoleń tworzy świeżą diagnozę polskiego duchowieństwa. „Minuta ciszy” nie idzie na łatwiznę – nie sprowadza opowieści do chciwości kleru czy skandali seksualnych. Lusiński patrzy raczej z pewnym smutkiem na zmieniającą się funkcję Kościoła w uniwersum małych miasteczek. Wraz z odejściem starego modelu kapłaństwa, nowy wciąż się nie narodził.
Minuta ciszy to nowe „Ranczo”
Do niedawna sądziłem, że nic nie przebije „Rancza” w konkurencji na socjologiczną realność. Kolejne odcinki wilkowyjskiej sagi ukazywały zmieniającą się Polskę XXI wieku – szczególnie w kontekście przemian, jakie przyniosło wejście do Unii Europejskiej. Momentami ocierało się to wręcz o miękką propagandę, ale nie sposób odmówić twórcom ambicji: chcieli powiedzieć coś istotnego o Polsce początku XXI wieku.
Nie wiem, w jakim kierunku rozwinie się „Minuta ciszy”. Mam nadzieję, że serial doczeka się kontynuacji, bo już dziś widać, że ambicje Jacka Lusińskiego sięgają dalej niż stworzenie wielogatunkowej produkcji, przy której po prostu dobrze się bawimy.
„Minuta ciszy” dotyka bowiem interesujących tematów socjologicznych, a jej bohaterowie i fabuła tworzą realistyczny portret Polski małomiasteczkowej lat 20. XXI wieku. Jaki to obraz? Słodko-gorzki. Pełen zarówno ludzi z zasadami, jak i tych pazernych na władzę i pieniądze.
Nie jest to kino wybitne, ale na pewno wyróżniające się poziomem na tle innych produkcji. Pokazuje Polskę bez upiększeń, ale też bez pogardy – taką, jaką naprawdę jest.
