Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Tragedia Górnośląska. Nieznana karta historii Polski

Tragedia Górnośląska. Nieznana karta historii Polski Autor ilustracji: Bruno Dziadkiewicz

Tekst w wersji audio:


Gdy dla reszty świata rok 1945 co do zasady oznaczał zakończenie II wojny światowej, to dla tego regionu był to dopiero początek. Wejście Armii Czerwonej na tereny Górnego Śląska i to, czego doświadczyła wówczas ludność cywilna, zostało zapisane w historii wymownym hasłem – Tragedii Górnośląskiej. Czym było to często nieznane w skali ogólnopolskiej doświadczenie i w jaki sposób jest ono upamiętnione? O tym Kamil Wons rozmawia z Małgorzatą Laburdą-Lis, kierownikiem Centrum Dokumentacji Deportacji Górnoślązaków oraz Judytą Olszowską, pracowniczką odpowiedzialną za edukację w ramach tej instytucji.

W tym roku obchodzimy osiemdziesiątą rocznicę zakończenia II wojny światowej. Jeżeli chodzi o Górny Śląsk, to rocznica ta ma też dodatkowy wymiar. Na Górnym Śląsku poza typowymi dla reszty Polski zbrodniami sowieckimi mieliśmy do czynienia z wydarzeniami, które w lokalnej pamięci zachowały się pod nazwą Tragedii Górnośląskiej.

Małgorzata Laburda-Lis: Warto zacząć od tego, że dla mieszkańców Górnego Śląska rok 1945 bardzo często paradoksalnie kojarzy się z początkiem wojny. Gdy słuchamy opowieści świadków historii II wojny światowej z tego regionu – tych, którzy przeżyli albo noszą w sobie traumę swoich przodków – to ich doświadczenie wojny miało miejsce właśnie w 1945 roku.

Ich opowieści wiążą się bezpośrednio lub pośrednio z wkroczeniem na te tereny Armii Czerwonej. Początkowo w dyskursie publicystycznym, a później także naukowym, przyjęło się te wydarzenia określać właśnie mianem Tragedii Górnośląskiej. Było to doświadczenie  przeciętnego mieszkańca Górnego Śląska podczas ostatnich miesięcy wojny II światowej.

Częścią Tragedii Górnośląskiej były wywózki mieszkańców regionu w głąb Związku Radzieckiego. Przywołuje to na myśl doświadczenie wcześniejsze – wywózki na Sybir doby zaborów. Tutaj podobnie niejako w jasyr była brana ludność miejscowa w celu wykorzystania jej do pracy przymusowej.

Małgorzata Laburda-Lis: Początkowo Tragedia Górnośląska była kojarzona przede wszystkim z tematem wywózek. O tym mówiło się najwięcej. W latach 90. powstawały na ten temat pierwsze publikacje i badania. Podejmowano próby stworzenia listy osób deportowanych. Także IPN przygotował przenośną wystawę poświęconą wywózkom, która była prezentowana w różnych miejscach.

Tymczasem hasło Tragedii Górnośląskiej obejmuje swoim znaczeniem szerszy zestaw zjawisk. Począwszy od powszechnych represji, których doświadczyła ludność miejscowa, oraz ogromnej skali gwałtów na kobietach. Jest to element tej historii bardzo bolesny, a często bardzo przemilczany. Ofiary gwałtów akurat nie bardzo chciały upominać się o jakiekolwiek formy upamiętnienia swojej krzywdy. Dużo mówi się na temat obozów pracy, które w tamtym okresie również się pojawiały.

Co tak naprawdę wiemy, jeżeli chodzi o Tragedię Górnośląską? Co historykom udało się na twardo ustalić?

Małgorzata Laburda-Lis: Mnie najbardziej znany jest temat wywózek. Jest on eksplorowany już od jakiegoś czasu. W starszej literaturze znajdujemy często bardzo rozbieżne dane na ten temat – mowa jest o od kilkudziesięciu do nawet kilkuset tysiącach wywiezionych osób.

Najbardziej wiarygodnym źródłem wiedzy na ten temat – na którym się opieramy – są wyniki badań będące efektem wielu lat pracy pracowników Instytutu Pamięci Narodowej w Katowicach. Podjęli oni próbę spisania osób deportowanych. Robili to przede wszystkim na podstawie rozmaitych dokumentów.

Prowadzili bardzo szeroką kwerendę w różnych urzędach i archiwach. Gdy brakowało danych, posiłkowali się również innymi źrodłami, jak np. relacjami rodzinnymi. Ta wieloletnia, ciężka praca historyków IPN-u pomogła ustalić, że liczba deportowanych wynosiła nie mniej niż 47 tysięcy.

Tyle osób mamy faktycznie zewidencjonowanych, opisanych, z krótkimi biogramami. Podejrzewamy jednak, że tych ludzi było więcej. Nasza codzienna praca w Centrum pokazuje, że z pewnością jest jeszcze grupa osób nieujętych w tym spisie. Dalsze badania pozwolą nam na uzupełnienie tej liczby.

Jeżeli ktoś jakimś cudem słyszał o wywózkach, najprawdopodobniej kojarzy je głównie z wywożeniem górników na tereny Donbasu. Nie była to jednak ani jedyna grupa, ani jedyne miejsce, do którego trafiali Górnoślązacy.

Małgorzata Laburda-Lis: Jeśli myślimy o Tragedii Górnośląskiej w aspekcie wywózki na Wschód, to faktycznie górników na listach wywożonych jest po prostu najwięcej. Wynikało to z prostej rzeczy. Ówczesna statystyka zawodowa była taka, że najwięcej mężczyzn z terenu objętego wywózkami, czyli dzisiejszych Bytomia, Zabrza i Gliwic, pracowało w kopalniach.

Jednak należy pamiętać, że nie była to jedyna grupa zawodowa dotknięta wywózkami. Byli wśród nich także hutnicy, kolejarze oraz pracownicy wszelkich innych sektorów.

80% deportowanych – głównie górników – rzeczywiście trafiło do Donbasu Jednakże nie należy zapominać, że duża grupa trafiła również do Mińska na Białorusi i Bordżomi w Gruzji. Wiele osób było wywiezionych na Syberię, na przykład do Kemerowa.

Wywózki dotyczyły jednak również i kobiet.

Małgorzata Laburda-Lis: Tak, kilka procent deportowanych to kobiety. Trafiały do tych samych miejsc, co mężczyźni. Utrzymywaliśmy swego czasu kontakty z jedną deportowaną panią. Niestety, nie ma jej już wśród nas. Mowa o pani Reginie Kudli, która była na otwarciu Centrum i reprezentowała środowisko osób deportowanych.

Judyta Olszowska: Przykład pani Reginy pokazuje, że dla kobiet taryfy ulgowej nie było. Były one zmuszane do podobnych prac co mężczyźni. Regina Kudla trafiła do Kandałakszy, gdzie została zmuszona do pracy przy budowie elektrowni wodnej.

Trudno jest dzisiaj oszacować liczbę tych kobiet. Najnowsze szacunki historyków wskazują, że mogło ich być około trzech tysięcy. Nie znamy dobrze historii innych kobiet. Nie były one tak dokładnie zbadane.

W tym punkcie wkład pani Reginy Kudli, jeśli chodzi o bazę wspomnień tej tragedii, jest naprawdę duży. Jeżeli chodzi o inne kobiety, to wiemy chociażby o pani Róży, która została wywieziona na Ural i już nie wróciła.

Jeżeli chodzi o organizację systemu wywózek i pracy przymusowej, to wiemy, że warunki transportu, pracy oraz bytności tej ludności nie należały – mówiąc eufemistycznie – do komfortowych. Jaki odsetek wywiezionych już nigdy nie wrócił z powrotem?

Małgorzata Laburda-Lis: Ustalenia IPN-u są takie, że około 20% deportowanych nie wróciło. Natomiast – co trzeba odnotować – mieliśmy do czynienia również z ogromną falą zgonów tuż po powrocie. W spisach deportowanych ci ludzie figurują jako ci, którzy powrócili żywi. Jednak faktycznie – z uwagi na stan zdrowia – umierali w krótkim czasie po powrocie.

Jaki okres mamy na myśli, gdy mówimy o ostatnich osobach, które wróciły ze Związku Radzieckiego?

Małgorzata Laburda-Lis: Ostatni spośród deportowanych powracali nawet jeszcze w latach 50. Pisał o nich dr Dariusz Węgrzyn. Było to około kilkuset osób. Często w rodzinach czy w rodzimej społeczności osoby te były już uznawane za zmarłe.

Nie spodziewano się ich powrotów. Niejednokrotnie rodziny posiadały wystawione akty zgonu na ich nazwiska. Powrót takiego człowieka był dużym zaskoczeniem. Wiązało się to z uruchomieniem całej procedury przywrócenia go prawnie do życia.

Pamięć o tych wydarzeniach nie była z powodów oczywistych dobrze widziana w PRL-u, natomiast przetrwała w przekazach rodzinnych i w pamięci lokalnej. Co można powiedzieć o próbach wymazania tej pamięci? Jak wyglądał proces przekazywania tej historii kolejnemu pokoleniu?

Judyta Olszowska: Przede wszystkim było to utrudnione z tej racji, że powracający deportowany nie chciał mówić o swoim doświadczeniu. Ci ludzie, nawet kiedy już mieli tę możliwość, woleli milczeć. Strach był tak duży, że przekaz był ograniczony do minimum.

Wiemy również z relacji dzieci deportowanych, że ojciec z matką na ten temat rozmawiali, ale najczęściej za zamkniętymi drzwiami. W związku z tym pokolenia wychowywane przez deportowanych nie były do końca świadome tej historii.

Małgorzata Laburda-Lis: Zdarzało się, że rozmawiano o tym w języku niemieckim lub gwarą śląską. Robiono to po to, żeby dzieci nie do końca rozumiały, o co chodzi.

Po 1989 zmieniły się warunki. Jednak jak można się domyślać, nie od razu pamięć o Tragedii Górnośląskiej zaczęła być przywracana. Jak to wyglądało w latach 90. i na początku 2000?

Małgorzata Laburda-Lis: Milczenie było przełamywane powoli. Coraz więcej osób zdobywało się na odwagę, by o tym powiedzieć. Powstawały pierwsze filmy, które uwzględniały wspomnienia osób deportowanych oraz szerzej – ofiar Tragedii Górnośląskiej w całej rozciągłości tej historii.

Z perspektywy dziesięcioletniej pracy naszego Centrum widzimy, jak ta kultura pamięci się zmieniała. Jeszcze dziesięć lat temu, gdy przyjeżdżały do nas wycieczki, to często składały się na nie osoby, które były świadkami tej bolesnej historii. Chodzi o ludzi, którzy doświadczyli Tragedii Górnośląskiej jako dzieci lub znały ją z przekazów rodziców.

Ich postawa była dosyć specyficzna. Często nie byli skłonni do zbyt otwartych rozmów z nami. Myśmy myśleli. że oni będą nas swobodnie raczyć swoimi historiami. W praktyce nie zawsze tak to wyglądało. Bardzo często dopiero po zobaczeniu naszej wystawy bariery psychologiczne, które w nich były, zostawały przełamane. Wówczas rzeczywiście zaczynali nam opowiadać nieco więcej na temat tego, co wiedzą i pamiętają.

Dziś osoby, które nas odwiedzają, są dużo bardziej skore do rozmów. Chętnie opowiadają nam to, co wiedzą, ale to są już świadkowie historii z kolejnego pokolenia. Widać, że dużo osób przejmuje tę pamięć po swoich przodkach lub dążą do tego, żeby znaleźć informacje na ten temat poprzez eksploracje pamiątek rodzinnych. Wyraźnie widać, że mówienie o tragicznych doświadczeniach tego okresu przychodzi im dużo łatwiej – prawdopodobnie wynika to z tego, że nie mają w sobie tych wszystkich barier, które miały osoby doświadczone tą tragedią w bardziej bezpośredni sposób.

Jak wspominały Panie, istotną rolę dla przywracania pamięci Tragedii Górnośląskiej miały badania IPN-u. Kiedy zaczęto badać ten temat?

Małgorzata Laburda-Lis: Pierwsze projekty pojawiły się w latach 90. Jedną z pierwszych osób zajmujących się tą sprawą był śp. prof. Zygmunt Woźniczka. Obok niego byli również lokalni historycy, działacze i społecznicy, którzy próbowali działać pomimo ograniczonych zasobów – nierzadko chodząc od domu do domu, zbierając, spisując i rejestrując różne wspomnienia.

Tak to wyglądało na początku. Później zainteresowały się tematem różne instytucje – chociażby Telewizja Polska włączyła się w utrwalanie pamięci o Tragedii. Ogromne znaczenie miały badania pracowników katowickiego IPN-u, którzy mieli większe możliwości działania aniżeli wcześniejsi rozproszeni badacze. I tak stopniowo, z czasem kumulowała się ilość wiedzy, materiałów, a w końcu i opracowań.

Działania IPN-u doprowadziły do organizacji wystawy w 2003 roku, która jest bardzo ważna z punktu widzenia powstania Państwa Centrum.

Małgorzata Laburda-Lis: To był jeden z przełomowych momentów, który sprawił, że temat zaczął być szerzej poruszany. Zamysł tej wystawy był taki, żeby była ona czasowa i prezentowana w różnych miejscach. Po drodze powstał pomysł utworzenia naszej placówki, gdzie docelowo ta wystawa miała stanąć.

Natomiast procedury wykupienia budynku dworca od PKP trwały lata. Później do tego doszedł remont i różne kwestie finansowe, które sprawiały, że finalizacja projektu się przesuwała. Ostatecznie padł pomysł, żeby stworzyć nową wystawę. Wynikało to również z tego, że w międzyczasie cały czas przyrastała wiedza faktograficzna na temat Tragedii Górnośląskiej. W ten sposób powstał projekt naszej wystawy, która została otwarta w 2015 roku.

Centrum Dokumentacji Deportacji Górnoślązaków do ZSRR znajduje się w Radzionkowie. Dlaczego właśnie Radzionków?

Małgorzata Laburda-Lis: Wybór tego miejsca wynika stąd, że historia wywózki jest dla mieszkańców Radzionkowa bardzo bolesna. Kilkaset osób zostało wywiezionych z Radzionkowa – w tym między innymi dziadek naszego burmistrza. To był na pewno jeden z czynników, które sprawiły, że władze miasta wpadły na pomysł, by wykorzystać nieczynny, nieużywany i niszczejący XIX-wieczny budynek dworca kolejowego jako siedzibę Centrum Dokumentacji Deportacji Górnoślązaków do ZSRR.

Skąd się wzięła nazwa Waszej instytucji? Z jednej strony mamy ekspozycję którą można zwiedzać, a tu nagle pojawia się „Centrum Dokumentacji”.

Małgorzata Laburda-Lis: W tym punkcie trzeba wspomnieć o naszym archiwum. Jego historia sięga czasów pracy nad stworzeniem placówki. Miałam jeszcze okazję pracować w tym zespole, który zajmował się stworzeniem scenariuszy i przygotowaniem tego miejsca.

Mieliśmy duży problem, jeśli chodzi o to, co pokazać w gablotach. Początkowo nasze myślenie było bardzo stereotypowe. Sądziliśmy, że gabloty powinny być wypełnione jakimiś eksponatami. Jednak skoro nie mieliśmy w zasadzie żadnych pamiątek z tego okresu, to pojawiło się pytanie: co właściwie mamy w tych gablotach pokazać?

Musimy pamiętać, że z deportacji ludzie wracali najczęściej z niczym. Dodatkowo przyjeżdżali zawszeni, więc wszystkie ubrania i to co mieli ze sobą najczęściej lądowało w piecu.

Jeśli przywieźli jakieś dokumenty, to albo sami je niszczyli ze strachu o siebie czy o swoje rodziny, albo chowali je tak, że potem w ogóle nikt w rodzinie nie wiedział, że gdzieś tam, pod jakąś deską w podłodze coś było ukryte.

Stąd pojawił się pomysł, żeby sięgnąć po nowocześniejsze rozwiązania, jakie dało nam współczesne muzealnictwo. Chodziło o stworzenie symulatora jazdy wagonem oraz różnych animacji, które pomogły nam ciekawie przedstawić ten temat oraz dotrzeć do współczesnego odbiorcy.

Zanim na to wpadliśmy, na początku jeździliśmy od domu do domu. Rozsyłaliśmy ogłoszenia o tym, że zbieramy eksponaty na potrzeby powstającego właśnie Centrum. Również mnóstwo osób nam coś przynosiło. Wówczas to jeszcze Urząd Miasta Radzionków zajmował się zbiórką. Ostatecznie nie wszystkie rzeczy weszły do naszych gablot wystawowych. Te, które nie weszły, stały się bazą dla tworzącego się archiwum.

Przez 10 lat udało nam się tego dość dużo nazbierać, ponieważ zbiórka cały czas trwa. Wśród zbiorów dużo jest takich dokumentów, które się powielają, ale co jakiś czas trafi się coś naprawdę wyjątkowego. Ostatnim takim odkryciem była Biblia.

Przekazał nam ją ksiądz, który przez wiele lat był misjonarzem na Syberii. Egzemplarz Pisma Świętego, o którym mowa, przekazali mu mieszkańcy miejscowości, w której mieszkał, wraz z informacją, że ta Biblia na początku lat 50. została przekazana mieszkańcom przez kogoś, kto miał być Ślązakiem wywiezionym do robót przymusowych.

Biblia była przechowywana u pochodzącego z Syberii mieszkańca tej miejscowości. Aż ktoś w końcu wpadł na pomysł, że skoro na miejscu jest polski ksiądz, to trzeba mu tę Biblię przekazać. I w ten sposób wraz z tym księdzem powróciła na Śląsk.

Na jakich zasadach funkcjonuje Centrum i jak można je zwiedzać?

Małgorzata Laburda-Lis: Centrum jest czynne we wtorki, środy i czwartki oraz w wybrane weekendy w każdym miesiącu. Natomiast nasza praktyka jest taka, że bardzo ważna dla nas jest wcześniejsza rezerwacja. Gdy mamy rezerwacje, wówczas przygotowani są przewodnicy, którzy oprowadzają odwiedzających.

I to niezależnie od tego, czy to będzie duża grupa, czy też będzie to jedna osoba. Dla nas nie ma to znaczenia. Zwiedzanie wystawy trwa około godziny. W tym czasie można zapoznać się z wszystkimi materiałami multimedialnymi, które są wyświetlane dla takiego zwiedzającego.

Judyta Olszowska: Warte podkreślenia jest to, że Centrum jako jedną z głównych idei swojego powstania miało zadanie edukowania ludzi. Nie chodziło więc tylko o popularyzację poprzez wystawę, ale również o lekcje muzealne czy gromadzenie materiału źródłowego. Jeśli chodzi o zajęcia edukacyjne, to są one połączone ze zwiedzaniem wystawy. Całość trwa około dwóch godzin dla grupy maksymalnie 30-osobowej.

W tym czasie jesteśmy w stanie spokojnie zaprezentować to, co jest na wystawie. Jednak przede wszystkim to młodzież może popracować z materiałami źródłowymi, które w Centrum są cały czas gromadzone. Podczas lekcji muzealnej młodzież wciela się w rolę historyka – przez cały czas zwiedzania pracuje ze specjalnymi kartami, które dotyczą Tragedii Górnośląskiej, i w ten sposób dochodzi do ukrytych prawd na temat osoby deportowanej.

Bardzo szczegółowo dbamy o to, aby omówić z uczestnikami zajęć genezę Tragedii Górnośląskiej. Żeby młodzież dobrze zrozumiała, dlaczego, gdy w 1945 roku Armia Czerwona wkraczała na ziemie Górnego Śląska, ludność była tak traktowana. To jest główny zakres naszej działalności.

Publikacja jest częścią projektu „imPressje Górnośląskie + Śląsk sztuką pisany vol. 2” jest dofinansowany ze środków Muzeum Historii Polski w Warszawie w ramach programu „Patriotyzm Jutra”. Wszystkie materiały w ramach projektu udostępnione są na licencji CC BY. Zachęcamy do ich  przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.