Jak Zachód usprawiedliwia Rosję i dlaczego to nie zawsze słuchanie agentury
„Winę za złe relacje z Rosją ponosi Zachód” – nietrudno o skojarzenie takich haseł z rosyjską propagandą. Faktycznie, Putin i jego rodacy upodobali sobie takie tłumaczenie stanu napięcia na linii Rosja-Zachód. Geneza tej narracji poprzedza jednak prezydenturę Putina i swoimi korzeniami sięga końcowego etapu zimnej wojny.
Istnieje w Polsce zakorzenione przeświadczenie, że prorosyjskie sympatie na Zachodzie to rezultat wpływu rosyjskiej agentury lub ewentualnie bliżej nieokreślonego, historycznego sentymentu. To nie prawda.
Zwolennicy tezy o „winie Zachodu” w USA i na Starym Kontynencie niekoniecznie byli inspirowani przez Rosję. Kierowali się często innymi względami i sposobem myślenia. Niesie to za sobą konkretne skutki polityczne. Dla własnego dobra nie powinniśmy sprowadzać tego jedynie do łatki rosyjskiej propagandy.
Rosja zdradzona?
Warto przyjrzeć się argumentacji strony rosyjskiej. Jej geneza sięga wydarzeń z przełomu lat 80. i 90., czyli okresu schyłkowego sowieckiego systemu, który był już wtedy mocno niewydolny. Postanowiły wykorzystać to Niemcy Zachodnie, które chciały doprowadzić do zjednoczenia Niemiec.
Zapoczątkowało to ciąg zdarzeń, który w rosyjskiej świadomości utrwalił się jako „zdrada Zachodu”. W negocjacjach z 1990 roku Gorbaczow miał zgodzić się na zjednoczenie dopiero po usłyszeniu zapewnień od sekretarza stanu USA, Jamesa Bakera, że w zamian „NATO nie przesunie się ani o cal na wschód”. Choć nie spisano tego w oficjalnym dokumencie, Moskwa potraktowała to jako gwarancję i uczyniła z tego wydarzenia część swojej mitologii narodowej.
Gdy więc w połowie lat 90. perspektywa przyjęcia do Sojuszu państw Europy Środkowej nabierała kolorów, Rosjanie odebrali to jako złamanie umowy.
Jeden z najbardziej prozachodnich rosyjskich polityków tamtych czasów, minister spraw zagranicznych z pierwszej połowy lat 90., Andriej Kozyriew, stwierdził, że polityka Zachodu doprowadzi do wzrostu nastrojów nacjonalistycznych w Rosji i usunie ugodową ekipę na korzyść antyzachodnich sił.
Rzeczywiście, tak się stało. Kozyriew w 1996 roku stracił swoją posadę na rzecz Jewgienija Primakowa, który o rozszerzeniu NATO mówił już otwarcie w kategoriach zagrożenia dla Rosji tworzenia nowych linii podziału, które będzie miało konsekwencje i spotka się z reakcją Moskwy.
Zwieńczeniem marszu sił rewizjonistycznych na Kreml było objęcie funkcji prezydenta przez Władimira Putina. W 2007 roku w trakcie konferencji bezpieczeństwa w Monachium Putin dał wyraz rosyjskiemu poczuciu zdrady, gdy mówił o naruszonych przez Zachód gwarancjach, prowokacjach i obniżeniu poziomu zaufania.
Lata 90. dostarczyły Moskwie „dowodów” na to, że Zachód prowadzi politykę okrążania, na którą trzeba odpowiedzieć stanowczo i bezwzględnie.
Logika stref wpływów
Przełom lat 80. i 90. to też czas prezydentury George’a H.W. Busha, który dbał o równowagę sił i nie chciał zbyt mocno naciskać na ZSRR, by nie doszło do chaotycznego rozpadu tego ogromnego państwa.
Do historii przeszła tzw. „Chicken Kiev speech”, czyli „tchórzliwa” (jak określono ją w konserwatywnej prasie) przemowa Busha w ukraińskim parlamencie z 1 sierpnia 1991 roku. Przestrzegał wtedy przed tragicznym w skutkach „samobójczym nacjonalizmem”, który jego zdaniem mógł doprowadzić do eskalacji.
Inne podejście przyjął jego następca, Bill Clinton, którego administracja kierowała się wskazaniami liberalnego hegemonizmu, czyli promowaniem demokracji, liberalnej gospodarki i stworzonych przez USA instytucji, co miało być korzystne dla będącej w centrum tego układu Ameryki i „dobre” dla świata.
Jednym z efektów była większa otwartość na akcesję kolejnych państw do NATO.
Spotkało się to z krytyką środowisk intelektualnych zajmujących się tematyką bezpieczeństwa, a także wielu wojskowych i polityków w USA.
26 czerwca 1997 roku do prezydenta USA został skierowany list, pod którym podpisało się 50 ekspertów, wśród których był między innymi Richard Pipes, jeden z najwybitniejszych sowietologów. Sugerowali oni, że rozszerzenie to „błąd o historycznych konsekwencjach”, który obciąży Zachód i doprowadzi do zadrażnienia relacji z Rosją, co spowolni demokratyczne przemiany w tym kraju. Twierdzili, że Rosja nie stanowi zagrożenia dla Europy, więc powiększanie Sojuszu „nie jest ani konieczne, ani potrzebne”.
Przeciwnikiem rozszerzenia NATO był także John Mearsheimer, jeden z najbardziej znanych badaczy stosunków międzynarodowych. Często oskarża się go o szerzenie rosyjskiej propagandy (chociażby ze względu na krytykę wspierania Ukrainy), ale bliższe przyjrzenie się jego argumentacji pozwala zrozumieć, że nie wynika ona z sympatii do Rosji, ale jest ugruntowana w jego rozumieniu struktury systemu międzynarodowego.
Mearsheimer jest twórcą teorii realizmu ofensywnego, która zakłada, że państwa dążą do zwiększania swojej potęgi, celem uzyskania bezpieczeństwa. Istotną rolę odgrywa tu logika stref wpływów, czyli przestrzeni geopolitycznych znajdujących się w obszarze zainteresowań danego państwa, najczęściej mocarstwa. Gdy strefy wpływów państw nachodzą na siebie, może dojść do konfliktu. Mearsheimer uważa, że nie ma potrzeby, aby USA wchodziły w konflikt z Rosją – za główne zagrożenie uznaje Chiny.
W swoim kontrowersyjnym tekście z jesieni 2014 roku o tytule „Why the Ukraine Crisis Is the West’s Fault. The Liberal Delusions That Provoked Putin”, argumentuje, że rozszerzenie NATO i wspieranie ruchów prozachodnich w państwach postsowieckich doprowadziło do agresywnej reakcji Moskwy i konfrontacji.
Niechęć wobec rozszerzenia miała również charakter typowo wojskowy. Wyrażano wątpliwości, czy nie nadwyręży to zdolności Pentagonu.
Krytyka ta miała szersze podstawy niż prorosyjskie sympatie. Oczywiście nie znaczy to, że nie dochodziło do usprawiedliwiania Rosji na kanwie rusofili, ale ogólny sprzeciw miał wymiar pragmatyczny.
Od Lizbony do Władywostoku
Podobnych głosów nie brakowało również w Europie Zachodniej. W Niemczech opierały się one głównie na tradycjach Ostpolitik (polityki wschodniej), której fundamentem jest utrzymywanie poprawnych relacji z Moskwą.
Kanclerz Helmut Kohl przywiązywał dużą wagę do tego, by politykę integracji ze wschodem kontynentu łączyć z partnerstwem z Rosją. W kwietniu 1997 roku stwierdził,, że „wzajemne zaufanie powinno rosnąć”, a „Rosja powinna skupić się na pozytywnym rozwoju relacji z NATO”.
Miesiąc późnej zostało to sformalizowane, gdy podpisano „Akt Stanowiący o podstawach wzajemnych stosunków, współpracy i bezpieczeństwa”, który miał uspokoić Moskwę. Do dzisiaj ogranicza on swobodę działania NATO na wschodniej flance.
Nie każdy popierał balansującą politykę Kohla. Środowisko skupione wokół partii SPD było (i jest) silnie przywiązane do koncepcji bliskiej współpracy na linii Wschód-Zachód.
Takiego zdania był architekt Ostpolitik, wieloletni doradca kanclerzy z ramienia SPD – Egon Bahr. Zaprojektował linię politycznego odprężenia z Moskwą w latach 70. Jak informują autorzy książki Die Moskau Connection, to on miał mieć decydujący wpływ na opinię wielu niemieckich polityków, gdyż uważano go za kluczowego doradcę, który aż do swojej śmierci w 2015 roku przekonywał o centralnej roli Rosji w niemieckiej polityce zagranicznej.
Ciekawą cechą niemieckiej sceny politycznej jest to, że partie lewicowe (SPD, Die Linke, BSW) i prawicową AfD łączy podobny stosunek do Rosji, dyktowany przez dziedzictwo Ostpolitik i przekonanie o potrzebie stabilności w Eurazji dla racji stanu Niemiec.
Przewodnicząca AfD, Alice Weidel, w lutym tego roku mówiła o potrzebie powrotu do „dobrych relacji” z Moskwą. Stwierdziła, że za stan napięcia odpowiada „eskalacyjna polityka niemieckiego rządu”, która nie służy Niemcom. Starała się przekonać, że trzeba stawiać na partnerstwo z Moskwą.
Do niedawna podobnego zdania był urzędujący od 2017 roku prezydent Francji, Emmanuel Macron. W polityce wszystko płynie, 8 lat to dużo czasu. Obecnie Macron jest zwolennikiem wspierania Ukrainy, ale jeszcze w 2022 roku dzwonił do Putina, a w sierpniu 2019 roku, przy okazji spotkania z rosyjskim przywódcą, mówił, że trzymanie Rosji poza Europą jest „strategicznym błędem”. Przekonywał ponadto, że „Rosja jest europejskim państwem”, i że wierzy w wizję wspólnej Europy „od Lizbony do Władywostoku”.
Wszyscy prezydenci Francji od lat 90. starali się poszukiwać formuły współpracy z Moskwą, ale przekonanie o miejscu dla Rosji w Europie nie jest obecne jedynie wśród francuskich przywódców. Emmanuel Todd, politolog i historyk, idzie o krok dalej. W swojej książce La défaite de l’Occident (pol. Klęska Zachodu), argumentuje wręcz, że Rosja odnosi zwycięstwo nad będącym w kryzysie Zachodem.
W wywiadzie dla włoskich mediów stwierdza nawet, że NATO nie chroni Europy, tylko jest amerykańskim narzędziem kontroli kontynentu, a porażka Rosji „zniewoli Europę na kolejny wiek”. Todd jest zdania, że to Zachód sprowokował tę wojnę, przegrywa ją i traci przez to wpływ na świat. Winą za eskalację obarcza USA, gdyż uważa, że Amerykanie chcieli w ten sposób „odseparować Rosję od Niemiec”.
W tym wywiadzie mówi także coś, co jest bardzo ważne z perspektywy zrozumienia niemieckich i francuskich sceptyków ostrego kursu wobec Rosji. Todd uważa, że cele Moskwy ograniczają się do jej bezpośredniego sąsiedztwa, a plany ekspansji w Europie są „fantazją”, ponieważ Rosja nie ma ani zdolności, ani chęci, by iść dalej.
Można z tego wyciągnąć wniosek, że „Europa” – czyli Europa Zachodnia – nie jest bezpośrednio zagrożona rosyjską agresją, więc powinna uznać istnienie czynnika rosyjskiego za fakt, do którego trzeba się ustosunkować. Jeśli nie da się Rosji powstrzymać, to trzeba się z nią dogadać, kompromisowo uznając niektóre jej postulaty.
Potrzeba realizmu i miejsce prawdy w stosunkach międzynarodowych
Z perspektywy narodów naszego regionu powyższe narracje wydają się nie do przyjęcia. Rozszerzenie NATO widzimy jako logiczną reakcję na rosyjski imperializm. Rosja na długo przed Putinem uznawała się za odrębną cywilizację i należy zadać pytanie, czy rzeczywiście jakakolwiek decyzja Zachodu mogłaby zmienić tę wielowiekową tradycję. Lata 90. to w Rosji czas traumy po upadku ZSRR, zapaści społecznej, gospodarczej i kompromitacji liberalizmu. Był to podatny grunt, który utorował drogę „putinistów” na Kreml.
Przytaczając te głosy, chciałem pokazać schematy myślowe obecne w państwach, które nie czują egzystencjalnego zagrożenia ze strony Rosji. Postrzeganie tego, co prawdziwe w stosunkach międzynarodowych zależy od wielu czynników, z racją stanu na czele. Wobec tego nie powinniśmy oburzać się na „naiwnych” Niemców i Francuzów, którzy myślą o kolejnych próbach dogadania się z Moskwą. Zamiast oburzenia potrzebne jest rozumienie i wyciąganie wniosków.
Podobnie z USA, które starają się ograniczyć swoje zaangażowanie w różnych częściach świata, bo widzą w tym już nie korzyść, lecz obciążenie. Ta logika wskazuje Amerykanom usilne dążenie do zawarcia pokoju na Ukrainie i sprawia, że można odnieść wrażenie, iż administracja Trumpa mówi językiem rosyjskiej propagandy – choć jest to raczej konsekwencją zmieniającej się pozycji i postawy Waszyngtonu.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.