Patchwork. Ludowa historia Górnego Śląska według Dariusza Zalegi
Tekst w wersji audio:
„Chachary. Ludowa historia Górnego Śląska” to przykład kolejnej książki historycznej z inspirowanego postkolonializmem nurtu ludowej historii Polski. I choć nie można odmówić przedstawicielom tego nurtu otwierania pola intelektualnej dyskusji, to jednocześnie to podejście ma swoje mankamenty. Książka Zalegi jest tego niestety dobitnym przykładem. Czas chyba ściągnąć nogę z gazu. Historiografia nie lubi pośpiechu. Profesor Andrzej Friszke miał kiedyś powiedzieć o swoich młodszych kolegach po fachu, że powinni mniej pisać, a więcej czytać. Po lekturze Chacharów uważam, że ich autor powinien sobie to stwierdzenie wziąć do serca.

Mody intelektualne bywają ożywcze. Nie tylko w naukach historycznych. Przynoszą często konieczną zmianę perspektywy, energię i poczucie świeżości. Historia ludowa łączy się z modą na dyskurs postkolonialny, badaniami nad przemocą, feminizmem, historią środowiskową, mikrohistorią czy historią mentalności.
Są to dziś szczególnie mocne kierunki w humanistyce. W tym sensie mamy do czynienia z czymś więcej niż tylko modą. To realne poszerzenie pola widzenia. Autorom daje przekonanie o uczestnictwie w czymś nowym, postępowym, „światowym”. Czytelnicy zaś chętnie sięgają po książki pisane w tym nurcie, chcąc uchodzić za dobrze poinformowanych, nadążać za aktualnymi trendami i uniknąć „wypadnięcia z obiegu”.
Niekiedy taka postawa staje się to gestem tożsamościowym: „Jestem wrażliwy społecznie, więc czytam historię ludową”. To typowy mechanizm mody intelektualnej. Nie ma w tym nic złego. Tak było, jest i będzie.
Historia ludowa posiada realną wartość, gdyż zadaje pytania, na które wcześniej nie szukano odpowiedzi. W tym sęk, że jedna i ta sama rama nie pasuje do każdego obrazu. By go dopasować, konieczne są uproszczenia.
Te zaś pozwalają pisać szybko i efektownie o rzeczach tak niezmiernie skomplikowanych, jak np. społeczeństwo w przeszłości. Z kolei uproszczenia i hasłowe uogólnienia („opresyjny kler”, „ciemiężony lud”) stają się etykietami, które dobrze się sprzedają.
Przepisane na nowo ustalenia PRL-owskich historyków
By zaskoczyć czytelnika, autorzy częstokroć grają na efektach emocjonalnych zamiast skupić się na żmudnej analizie źródeł. A tej u Zalegi jest niestety jak na lekarstwo. Rzadko sięga do archiwaliów, a sygnatury archiwalne pojawiające się tu i ówdzie w przypisach są niczym bakalie w cieście – generalnie nie zmieniają smaku.
Autor zdaje się nie brać pod uwagę, że akta sądowe czy policyjne (podobnie jak po II wojnie światowej materiały wytworzone przez UB czy później SB) dają często zniekształcony obraz rzeczywistości społecznej. W przypadku Chacharów teksty źródłowe jedynie potwierdzają stanowisko autora, a on sprawnie „uszczelnia” nimi własną narrację.
Brakuje wyjątków, kontrprzykładów i niejednoznaczności – a to one właśnie w historii badawczej zmuszają do korekty z góry przyjętych założeń. Tym samym obecne w książce liczne stwierdzenia i wnioski nie są konstrukcją naukową, lecz co najwyżej retoryczną. To co robi Zalega to nie nauka, lecz publicystyka.
Gdy w końcu autor zdaje się konstruować akapity nasycone faktografią i zawierające rzekomo „twarde” dane, to okazuje się, że nie dał do nich przypisów. Ostatecznie więc czytelnik nie ma szansy dociec, z jakich źródeł czy literatury korzystał autor.
Swoją analizę stosunków społecznych i gospodarczych opiera on w dużej mierze na opracowaniach z czasów komunistycznych, w tym również tych z lat 50. XX wieku, pisanych zgodnie z założeniami materializmu historycznego, w jego zwulgaryzowanej, stalinowskiej wersji. Zalega sporadycznie sięga do nowszych opracowań, a gdy to robi to tylko po to, by potwierdzić wcześniej postawioną tezę.
A przecież literatury, która powstawała już po upadku komunizmu i zniesieniu cenzury, rzucającej nieco inne światło na przedstawiane przez Zalegę problemy, jest naprawdę sporo. Nawet pojawia się ona w przypisach – co prawda incydentalnie, ale jednak. Mimo wszystko autor woli ochoczo czerpać z opracowań z czasów PRL-u pisanych w paradygmacie konfliktów klasowych.
Ówcześni autorzy pomijali złożoność struktur społecznych, by w miejsce niejednoznacznej rzeczywistości ukazać wyraźny podział na wyzyskiwanych i wyzyskujących. Zalega przepisane na nowo tezy z tych opracowań jedynie okrasza – i to czasami – publikacjami wydanymi po 1989 r. Jednak wydaje się, że nie jest to wynik ich szczegółowej i dogłębnej analizy, lecz przypadkowych, incydentalnych lektur.
Tym samym narracja, którą raczy swoich czytelników Zalega, nie jest owocem nowych, solidnych badań archiwalnych, a opiera się przede wszystkim na opracowaniach, w znacznej mierze przestarzałych. Stąd zapewne liczne błędy merytoryczne, o których niżej.
Zamiast analizy badawczej autor serwuje nam liczne cytaty z literatury pięknej oraz odwołania do takich autorów jak Horst Bieniek, Szczepan Twardoch, do powieści Haliny Krachelskiej czy trylogii husyckiej Andrzeja Sapkowskiego. To wszystko okraszone jest fragmentami Wojny chłopskiej Fryderyka Engelsa. W ten sposób Zalega kreśli przed czytelnikiem intelektualny patchwork, któremu jednak daleko do kunsztownej tapiserii.
Historia to dzieje walki klas. Jeśli rzeczywistość temu przeczy, tym gorzej dla niej
Trudno przy tym zgodzić się z autorem, który w kontekście historii ruchu komunistycznego po I wojnie światowej stwierdza, że „pamięć o tym została jednak wyparta, a dzieje międzywojennych radykałów i rewolucjonistów zepchnięto na margines poświęconej Górnemu Śląskowi historiografii”.
Po 1989 r. owszem – rzeczywiście tak było. Powód tego stanu rzeczy był prozaiczny – przez pół wieku, za tzw. „komuny”, odłogiem leżały inne, pierwszorzędne tematy. Gdy spojrzymy na publikacje z okresy PRL-u, to zobaczymy, że dominowały wówczas właśnie dzieje szeroko rozumianego ruchu robotniczego.
Prace Kazimierza Popiołka, Jana Kantyki, Henryka Rechowicza, Jana Walczaka i wielu, wielu innych historyków oraz politologów są dziś niechlubnym spadkiem po epoce, kiedy fałszywa historia była mistrzynią fałszywej polityki. Wymienieni autorzy, i nie tylko oni, wychodzili z założenia, że przeszłość była strukturalnie oparta na wyzysku oraz przemocy i do tej tezy wybiórczo dopasowywali materiały źródłowe.
Zalega podąża ich śladem. Tym samym publicystyka historyczna (bo przecież nie nauka), którą uprawia, jest historią uprawomocnienia współczesnych narracji lewicowych, a nie opowieścią dążącą do obiektywnej – na ile to możliwe – rekonstrukcji przeszłości.
Sam zresztą stwierdza, że „moja historia ludowa Górnego Śląska skupia się na zróżnicowanych formach wychodzenia ludu (przede wszystkim chłopów i robotników) spod dominacji panów, kleru i władz państwowych. I mam tu na myśli zarówno dominację objawiającą się w różnych sferach życia codziennego, jak i wszelkie próby narzucenia sposobów myślenia i postrzegania świata, które sprawiały, że warstwy ludowe godziły się ze swoim losem”.
To zatem opowieść, w której z góry wiadomo, kto jest „dobry”, a kto „zły”. Elity („panowie, kler i władze państwowe”) to niezmiennie ciemiężyciele, a lud („chłopi i robotnicy”) to wieczne ofiary. Grupy społeczne są zatem wyraźnie osadzone w kategoriach moralnych, co wskazuje na publicystyczny, a nie naukowy charakter pisarstwa Zalegi.
Chachary zdają się być zatem książką napisaną „w imię sprawiedliwości dziejowej”, co prowadzi wprost do kreowania wspomnianej wyżej narracji „winni – pokrzywdzeni”. To wszystko utrudnia dostrzeżenie złożoności relacji społecznych w przeszłości, np. współzależności między warstwami.
W historii badawczej relacje między grupami społecznymi są opisywane jako znacznie bardziej złożone, zmienne, kontekstowe. Zarówno tzw. elity, jak i lud to nigdy nie były grupy homogeniczne. I tak wśród ludu byli zarówno buntownicy, jak i oportuniści, którzy korzystali z systemu.
Większość jednak zdaje się nie mieścić ani w jednej, ani w drugiej kategorii, żyjąc z dnia na dzień, lecz niekoniecznie w skrajnej biedzie, nędzy i wyzysku. Również elity nie były jednorodne – bywały wśród nich jednostki czy wręcz całe grupy konfliktowe, reformatorskie, idące „pod prąd”, a nawet sprzyjające emancypacji.
Tymczasem Zalega stwierdza, że „chachar to ktoś z dołów społecznych. Ktoś, kto nie mieści się w ustalonych normach. Ktoś, kto je przekracza. Słowem ktoś podejrzany. Czy ludowa historia Górnego Śląska może opowiadać o kimś innym niż on?
Kto będzie bohaterem opowieści, która wychodzi poza grzeczne, ugładzone i krzepiące obrazki? Ino chachar. Motłoch, plebs, tłuszcza, dziady… wsioki i robole. A naprzeciw byli ci panowie, po których zostały piękne pałace albo chociaż ich ruiny”.
Historia ludowa ma na celu oddawanie głosu „ludziom z dołu”. Taki cel zdaje się przyświecać autorowi Chacharów. Jednak paradoksalnie ów lud, pomimo paru cytatów z pamiętników i osobistych egzemplifikacji, jawi się jako ofiara strukturalnego przymusu, bez realnej sprawczości, własnej inicjatywy i możliwości podejmowania indywidualnych wyborów.
A przecież to nieprawda. Wielu przedstawicieli tegoż ludu zmieniało miejsce zamieszkania, pracę, emigrowało ze wsi do miast, opuszczało swoją „małą ojczyznę” szukając szczęścia i lepszego życia w innych częściach Europy, a nawet za oceanem.
Zalega popełnia błąd prezentyzmu
Przejaskrawiony, a jednocześnie uproszczony obraz przeszłości służy Zaledze do legitymizacji postaw współczesnych, co najwyraźniej widać w ostatnich rozdziałach i zakończeniu, w którym wyraźnie dostrzec można zastąpienie pytania „jak było?” pytaniem „kto ma dziś rację?”.
Temu służy zabieg odwrócenia symbolicznych hierarchii i uznania nowych grup protestu (np. uczestniczek strajku kobiet) za moralnych spadkobierców (spadkobierczynie?) wyzyskiwanego ludu.
Wizja przeszłości jest u Zalegi wyraźnie prezentystyczna. Tam, gdzie dokonuje on oceny zdarzeń, faktów i poglądów z przeszłości, czyni to przez pryzmat współczesnej perspektywy i mentalności. Innymi słowy, ocenia przeszłość miarą współczesnych kategorii etycznych, czego skutkiem są błędne interpretacje i umieszczanie wydarzeń w fałszywych kontekstach. Co było notabene charakterystyczne dla marksistowskiej historiografii.
Skupiając się niemal wyłącznie na wyzysku, cierpieniu i przymusie, pomniejsza rolę modernizacji, postępu technologicznego, wzrostu znaczenia instytucji publicznych, przemian gospodarki, jak i systemów społeczno-politycznych. W Chacharach narracja zbudowana jest głównie na negacji.
Przy czym autor czasami przeczy sam sobie. Robi tak chociażby, kiedy pisze o wyzysku i niedoli górników w czasach późnej nowożytności, by na następnej stronie wskazać na pojawienie się w tym samym czasie ustawodawstwa, które nie tylko regulowało status zawodowy tej grupy, ale także zapewniało jej szereg przywilejów i tworzyło podwaliny pod nowoczesną opiekę socjalną.
Kościół był instytucją wyłącznie opresyjną? Bzdura
Zalega nie rozumie i nie chce zrozumieć roli religii i Kościoła w społeczeństwie. Jest on dla niego wyłącznie instytucją przymusu i opresji, wspierającą władzę i służącą jej do społecznej kontroli. Stwierdza m.in., że „szeroka sieć organizacji prowadzących działalność w obrębie różnych grup (robotnicy, kobiety, dzieci) pozwalała hierarchii kościelnej na lepszą kontrolę społeczności lokalnych”, co jest głęboko nietrafionym odczytaniem społecznych funkcji wspólnot religijnych.
Nie znajdziemy w Chacharach informacji o licznych konfesyjnych organizacjach i związkach robotniczych, których działalność daleko wykraczała poza kościelną kruchtę, zwłaszcza w okresach wymagających wzmożonej dobroczynności czy organizowania zawodowej bądź sąsiedzkiej samopomocy.
Nie ma nic o edukacyjnej roli związków wyznaniowych, które na długo przed nastaniem państwa „demokracji ludowej” walczyły z analfabetyzmem i kształcąc dzieci „z ludu” otwierały im możliwość awansu, nie tylko – jak twierdzi Zalega – w strukturach duchowieństwa.
Brakuje wreszcie informacji o ruchach trzeźwościowych i roli Kościoła w zwalczaniu alkoholizmu, co zwłaszcza na Górnym Śląsku było w pewnym momencie istotnym elementem pracy duszpasterskiej.
Tym bardziej, że problem pijaństwa pojawia się na kartach książki, a alkohol, zdaniem jej autora, „pozwalał choć na chwilę uciec od świata nieoferującego żadnych nadziei na przyszłość. Przy wódce z kolegami z pracy można było ponarzekać na marny los”.
Autor Chacharów popełnił kuriozalne błędy merytoryczne
Korzystanie z przestarzałych opracowań oraz powierzchowna analiza nowszej historiografii są zapewne główną przyczyną błędów merytorycznych, których w Chacharach jest niemało. O internowaniach i wywózce Zalega napisał, że spośród zesłanych do łagrów w 1945 r. co najmniej 40 tysięcy osób „większość wywiezionych przepadła na Wschodzie” (s. 222).
Tymczasem z badań doktora Dariusza Węgrzyna, które były dostępne na długo przed ukazaniem się Chacharów, wynika, że zmarło 21,7% spośród aresztowanych, internowanych i deportowanych w 1945 r. do Związku Sowieckiego. To nie większość, a nieco ponad jedna piąta.
Na następnej stronie czytamy, że „22 lutego 1946 r. oficjalnie wykonano pierwszy po zakończeniu wojny wyrok śmierci w Polsce. W katowickim więzieniu powieszono Karola Kurpanika z Nowego Bytomia” (s. 223). Nic bardziej błędnego.
Wyroki śmierci wydawane przez sądy wojskowe wykonywano na terenie tzw. Polski Lubelskiej od razu po ukonstytuowaniu się PKWN, a pierwsze wykonanie wyroku śmierci orzeczonego przez katowicki Specjalny Sąd Karny miało miejsce 27 kwietnia 1945 r. w więzieniu w Mysłowicach. Powieszono wówczas Wiktora Słowika i Emanuela Ciupkę, o czym zresztą pisała ówczesna prasa.
O Jerzym Ziętku autor napisał, że „wrócił ze wschodu w mundurze oficera dowodzonej przez Berlinga 1. Armii Polskiej” (s. 234). Aż prosi się, by dopowiedzieć, że w mundurze oficera polityczno-wychowawczego, bowiem istniała fundamentalna różnica pomiędzy oficerami liniowymi a politrukami.
Ponadto, kiedy Jerzy Ziętek w randze podpułkownika pod koniec stycznia wrócił na Górny Śląsk, 1. Armia Polska już nie istniała. Rozformowana 21 lipca 1944 r. została przekształcona w 1. Armię Wojska Polskiego, a jej dowódcą nie był już Zygmunt Berling, a gen. dyw. Stanisław Popławski.
Nieznajomość szczegółów z życia Jerzego Ziętka ujawnia się również na kolejnych stronach. I tak na przykład dowiadujemy się, że w 1956 r. „Jerzy Ziętek, były powstaniec, został nowym wojewodą katowickim” (s. 244). Tyle tylko, że w latach 1950–1973 w Polsce nie istniało stanowisko wojewody, a jego rolę, w dużym uproszczeniu, pełnił przewodniczący Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej.
W 1956 r. urząd ten w Katowicach sprawował jednak nie Ziętek, a Ryszard Nieszporek. „Jorg” zastąpił Nieszporka dopiero wiosną 1964 r., a funkcję wojewody katowickiego objął pod koniec 1973 r.
Są to rażące błędy, jak na kogoś, kto nie raz powtarzał publicznie, że jest „fanem Jerzego Ziętka”, a w prowadzonym przez siebie barze z wyszynkiem umieścił wizerunek „Jorga” trącającego się kuflem z… Che Guevarą.
Kuriozalny jest akapit, w którym autor stwierdza, że „początkowo relacje pomiędzy PPR i Kościołem układały się pomyślnie. (…) Sytuację zmieniło dopiero orędzie Episkopatu z 10 września 1946 r. zakazujące katolikom wstępowania do organizacji »sprzecznych z nauką chrześcijańską«. Stosunki między władzami a hierarchią kościelną stały się napięte” (s. 236).
Od orędzia Episkopatu ważniejszy i bardziej nagłaśniany przez komunistyczną propagandę był dekret Świętego Oficjum z 1 lipca 1949 r. stwierdzający, że nie można być jednocześnie członkiem partii komunistycznej i katolikiem. Niestety trudno orzec, na jakiej literaturze przedmiotu oparł się autor, ale ten akapit świadczy dobitnie o braku znajomości najnowszych opracowań dotyczących stosunków państwo-Kościół w Polsce po II wojnie światowej.
Górny Śląsk był niszczony głównie przez Sowietów, a nie Niemców
Na s. 43 czytamy, że „w 1796 r. w Gliwicach zbudowano pierwszy na kontynencie europejskim piec hutniczy na koks”. Sprawa nie jest jednak tak oczywista, jak to przedstawiali dumni z osiągnięć pruskiego przemysłu niemieccy historycy, a powtarzali za nimi po wojnie lokalni dziejopisarze.
Badacze historii przemysłu wskazują dziś na niewielką miejscowość Hayange w Lotaryngii, gdzie już w 1769 r., a więc 27 lat wcześniej, Antoine-Gabriel Jars uruchomił piec hutniczy opalany koksem, notabene również wykorzystując wzorce z Wysp Brytyjskich.
Idąc za opracowaniem Józefa Popkiewicza z 1966 r. autor Chacharów uważa, że Górny Śląsk w okresie międzywojennym „nie miał większego znaczenia w przemyśle niemieckim” (s. 190), a jako przykład podaje niski udział Śląska Opolskiego w ogólnej produkcji przemysłowej Niemiec. Co więcej stwierdza, że w czasie II wojny światowej postępowała marginalizacja Górnego Śląska w gospodarce Niemiec.
Po pierwsze należałoby zadać pytanie: co autor rozumie przez Śląsk Opolski i Górny Śląsk oraz w jakim okresie? Tym bardziej, że w latach 30., a zwłaszcza po klęsce Polski w wojnie obronnej w 1939 r. obszar górnego i środkowego biegu Odry oraz górnego biegu Wisły podlegał licznym zmianom administracyjnym.
W każdym razie udział przemysłu ulokowanego na obszarze Górnośląskiego Okręgu Przemysłowego w produkcji surówki oraz elementów kutych, odlewanych i walcowanych w czasie II wojny światowej kształtował się na poziomie ok. 10–20% produkcji przemysłowej III Rzeszy, łącznie z terenami anektowanymi na zachodzie (co jest kluczowe w takich kalkulacjach).
Twierdzenie, że „w czasie II wojny światowej postępowała marginalizacja Górnego Śląska w gospodarce Niemiec” (s. 215) jest fałszywe chociażby z uwagi na konsekwencje wojny powietrznej oraz fakt, że Oberschlesisches Industriegebiet aż do momentu opanowania Włoch przez aliantów latem 1944 r. pozostawał poza zasięgiem brytyjskiego lotnictwa.
Dlatego sukcesywnie przenoszono tu przemysł z zachodnich i środkowych Niemiec, co trwało w zasadzie aż do rozpoczęcia przez Armię Czerwoną operacji wiślańsko-odrzańskiej. Problem ten szczegółowo opracował i opisał Mirosław Sikora w książce wydanej w 2007 r.
Podawane przez Zalegę pojedyncze przykłady rzekomo udaremnionych prób zniszczenia górnośląskiej infrastruktury przemysłowej przez wycofujących się Niemców nie zmieniają faktu, że generalnie przemysł w regionie przetrwał przejście frontu bez większych strat.
Szacunki, na które powołuje się autor (notabene bez informacji w przypisie skąd je zaczerpnął), według których do poważnych zniszczeń doszło w 2124 zakładach (s. 220), nie mogą być uznane za skutek działań służb czy wojsk niemieckich.
W powojennych opracowaniach do strat wojennych wliczano również sowieckie demontaże i zniszczenia dokonane przez czerwonoarmistów po przejściu frontu i to one, a nie działalność wycofujących się Niemców, były przyczyną większości strat górnośląskiego przemysłu. Obraz rzekomych niemieckich zniszczeń jest nieprawdziwy, co wynika zarówno z zachowanych źródeł archiwalnych, jak i z najnowszych ustaleń badaczy.
Komuniści poprawili robotnikom warunki pracy? Bzdura
Rozważania o rzekomym awansie, zwalczeniu analfabetyzmu i o tym, że „w tych mrocznych, stalinowskich czasach dokonywała się prawdziwa rewolucja edukacyjna” (s. 230) można by pominąć milczeniem, gdyby nie fakt, że w tym samym czasie w krajach Europy Zachodniej taka sama rewolucja edukacyjna dokonywała się bez wszechobecnego terroru, represji, przepełnionych więzień i szafowania wyrokami śmierci.
Równie kuriozalne, co nieprawdziwe jest zdanie, że w okresie stalinizmu „co prawda życie polityczne krępował coraz ciaśniejszy gorset, ale robotnicy w poszczególnych fabrykach czy kopalniach potrafili wykorzystać różne instrumenty do obrony swoich praw i godności” (s. 232).
Przeczą temu badania dotyczące roli w zakładach pracy tzw. referatów ochrony przemysłu czy niezwykle represyjne działania Komisji Specjalnej do Walki z Nadużyciami i Szkodnictwem Gospodarczym. Upominanie się o prawa i godności pracownicze było traktowane jako działalność „kontrrewolucyjna”, a wszelkie formy oporu i zalążki buntu zwalczano z całą bezwzględnością.
Również rozważania o tzw. socjalistycznym współzawodnictwie pracy nie wytrzymują konfrontacji z najnowszą literaturą przedmiotu. Trzeba sporej dozy naiwności, by naprawdę wierzyć, że „27 lipca 1947 r. Wincenty Pstrowski, repatriant z Belgii, rębacz z zabrzańskiej kopalni »Jadwiga« rzucił hasło współzawodnictwa pracy, a aparat propagandy zrobił z tego właściwy użytek” (s. 237). Analiza źródeł wskazuje, że bynajmniej nie była to samodzielna inicjatywa Pstrowskiego.
Z informacją o rzekomym sukcesie współzawodnictwa pracy Zalega powiązał zdanie, w którym stwierdza, że „tempo pracy w kopalniach rosło i już w 1948 r. Polska znalazła się w nielicznym gronie państw, które osiągnęły przedwojenny poziom wydobycia” (s. 237).
Jak wynika chociażby z obliczeń Jędrzeja Chumińskiego, wyniki wydobycia nie miały nic wspólnego ze współzawodnictwem pracy, a jedyne, do czego przyczynił się ów podziemny wyścig na przodkach, to zwiększenie liczby wypadków.
Natomiast za wzrost poziomu wydobycia odpowiadali nie tyle górnicy pracujący „wzorem Stachanowa”, co wykorzystanie niewolniczej siły roboczej. Autor co prawda przyznaje, że „w górnośląskich kopalniach brakowało górników, więc od 20 do 50% załóg dołowych stanowili pracownicy skoszarowani, czyli żołnierze, junacy albo więźniowie” (s. 237).
Zapomina jednak o najważniejszej grupie robotników przymusowych, którzy do 1949 r. przebywali masowo w przykopalnianych obozach – jeńcach niemieckich. To ich miejsce zajęli następnie żołnierze Wojskowego Korpusu Górniczego i więźniowie.
Uproszczeń i lapsusów jest w tekście więcej. Nie sposób zgodzić się, że „w dłuższej perspektywie system czterobrygadowy, mający pomóc w osiągnięciu magicznej liczby dwustu milionów ton wydobytego węgla rocznie, doprowadził do największych protestów robotniczych w historii Śląska, które wybuchły w 1980 r.” (s. 248).
System czterobrygadowy nie był ani główną, ani jedyną przyczyną protestów w 1980 r. Poza tym nie były one wyłącznie robotnicze. Fenomen Sierpnia 1980 r. i tzw. rewolucji „Solidarności” wydaje się nie do końca pasować do stworzonego przez autora obrazu, stąd zaledwie szkicuje go muśnięciami pędzla. Podobnie jak lakonicznie wspomina o wysłaniu w grudniu 1981 r. przez władzę „ludową” czołgów przeciwko strajkującym górnikom.
Symptomatycznym jest zdanie umieszczone w jednym z ostatnich rozdziałów, w którym autor napisał, że „po 1989 r. musiało się ono [społeczeństwo] zmierzyć z problemami jakich w swej historii Śląsk jeszcze nigdy nie poznał – z bezrobociem i deindustrializacją” (s. 255). Jak się zatem ma do tego stwierdzenia rozdział, umieszczony w tej samej książce, poświęcony okresowi międzywojennemu, a zatytułowany Apokalipsa bezrobocia?
***
Czas chyba ściągnąć nogę z gazu. Historiografia nie lubi pośpiechu. Profesor Andrzej Friszke miał kiedyś powiedzieć o swoich młodszych kolegach po fachu, że powinni mniej pisać, a więcej czytać. Po lekturze Chacharów uważam, że ich autor powinien sobie to stwierdzenie wziąć do serca.
Publikacja jest częścią projektu „imPressje Górnośląskie + Śląsk sztuką pisany vol. 2” jest dofinansowany ze środków Muzeum Historii Polski w Warszawie w ramach programu „Patriotyzm Jutra”. Wszystkie materiały w ramach projektu udostępnione są na licencji CC BY. Zachęcamy do ich przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.

