Od Matki-Polki do „madki”. Jak kultura obrzydza rodzicielstwo
Liberalne media i współczesny kapitalizm obrzydzają macierzyństwo i wierność małżeńską. Badania społeczne stoją jednak po stronie chrześcijańskich wartości.
Tekst został pierwotnie opublikowany w obszerniejszej wersji na łamach Gościa Niedzielnego. Dziękujemy redakcji za możliwość przedruku!
Od Matki-Polki do „madki”
W polskiej kulturze i mediach od pewnego czasu zachodzi fundamentalna zmiana. O czym mowa? O zmieniającym się sposobie postrzegania rodziny i macierzyństwa w polskiej kulturze i społeczeństwie. Jeszcze do niedawna obowiązywał właściwie tylko jeden stereotypowy wzór polskiej kobiety – Matka Polka: oddająca siebie dla innych, opiekująca się domem, dziećmi, mężem, starzejącą się teściową czy własną mamą, a jednocześnie nie rezygnująca z pracy zawodowej.
Stereotyp ten nakładał – i nadal nakłada – na konserwatywne kobiety w Polsce znaczny ciężar. Był jednak obrazem bardzo pozytywnym: kobieta była w nim niczym święta i heros jednocześnie.
Dziś coraz częściej można spotkać się nie tylko z krytyką takiej postawy i stereotypu, lecz także z całkowitym odwróceniem tych wartości. Macierzyństwo zaczyna być czymś niepożądanym, kojarzonym z obciążeniem psychicznym, wypaleniem, zablokowaniem kariery. Ale nie tylko.
W okolicach 2017 roku w przestrzeni internetowej powstał neologizm „madka”. Stał się na tyle popularny, że został nominowany do młodzieżowego słowa roku.
„Określa świeżo upieczoną matkę, która z samej racji urodzenia dziecka uważa, że wie wszystko najlepiej i wszystko jej się należy. Jest niezwykle roszczeniowa i odporna na argumenty. Często aktywna na portalach społecznościowych, gdzie wyraża swoje rozgoryczenie i gdzie wspólnie z innymi madkami tylko utwierdza się w swoich przekonaniach”.
„Madki” zostały wypromowane przez memy. Dziś popularność tego motywu opadła, ale powidoki wytworzonego kilka lat temu stereotypu łatwo znaleźć we współczesnej kulturze. Co charakterystyczne – powstanie krzywdzącego stereotypu pretensjonalnej i głupiej kobiety wychowującej swoje „bąbelki” zbiegło się w czasie z wprowadzeniem programu 500+ i, sądzę, ma związek z falą pogardy, jaka spływała ze strony tzw. nowoczesnej klasy średniej na osoby gorzej sytuowane..
Katolik i dzieci, więc biedny i głupi
To właśnie wówczas zaczęto nazywać biedniejsze osoby „500-plusami” i „dzieciorobami”. Można było przeczytać, że biedota po raz pierwszy wyjechała na wakacje i „robi wieś”, ustawiając parawany na plażach i wylegując się ze swoimi obdartymi i umorusanymi dziećmi.
Co ciekawe, nadal utrzymuje się stereotyp, że właśnie osoby uboższe, często chodzące do kościoła, najczęściej tworzą rodziny wielodzietne. Czwórka czy piątka dzieci kojarzy się nadal z ubóstwem – niemal dokładnie tak, jak pół wieku temu przedstawiał to Monty Python w Sensie życia.
Kiedy ostatnio widzieli państwo kulturowy obraz – serial, film, mem, tekst piosenki – w którym wielodzietna, zamożna i religijna rodzina jest symbolem powodzenia? W normalnej kulturze spotykalibyśmy się z takimi wzorcami. Problem polega jednak na tym, że kultura, którą tworzymy i którą przyswajamy, normalna nie jest.
Medialny portret rodziny: ciężar, nie dar
Memy o „madkach” i stereotypy na temat rodzin z tzw. klasy ludowej to tylko jedna strona tego zjawiska. Drugą jest obraz macierzyństwa, jaki wyłania się dziś z popularnych portali i magazynów, których profil światopoglądowy można określić mianem liberalnego.
„Mam czterdzieści lat i żałuję, że zostałam matką” (Onet) „Dzieci odebrały mi radość z życia” (Newsweek) „Kocham swoje dzieci, lecz nienawidzę być matką” (mamDu), „Żałuję macierzyństwa. Kiedy bycie mamą bywa cierpieniem, nie spełnieniem” (Krytyka Polityczna)– takie nagłówki regularnie przewijają się przez portale i magazyny, które chętnie karmią czytelnika historiami o żalu, wypaleniu i frustracji rodziców. Choć przyciągają uwagę, rzadko pokazują pełny obraz rzeczywistości.
W liberalnych mediach – od Onetu po Newsweek – macierzyństwo i ojcostwo przedstawiane są często jako źródło ograniczeń, a rodzina jako przestrzeń, w której człowiek traci wolność i indywidualność. Nie chodzi o to, że te problemy nie istnieją – w wielu tekstach znajdziemy wątki autentycznego zmęczenia czy samotności. Ale to nie one decydują o przekazie. Ktoś przecież wybiera, by w nagłówkach i leadach dominowały słowa o żalu i znużeniu.
Stanowi to swego rodzaju efekt uboczny współczesnego rynku medialnego, który walczy o przykuwanie uwagi odbiorców. Zapewne pewną grupą docelową są też nieszczęśliwe kobiety i mężczyźni w kryzysie wieku średniego, którzy – znudzeni rolą żony, męża, ojca i matki – łapczywie pochłaniają tego rodzaju treści.
Dane mówią coś innego
Z raportu Stan młodych 2025 wynika, że aż 39 proc. respondentów przyznaje, iż „nie lubi dzieci”, a 27 proc. uważa, że ciąża w Polsce może być „czymś niebezpiecznym”. Jeśli więc rodzina jawi się dziś jako ciężar, to może nie z powodu samego macierzyństwa, lecz kultury, która wciąż nie potrafi dawać rodzicom wsparcia i sensu?
To doprawdy niesamowite, że gdyby traktować treści dotyczące rodziny i macierzyństwa z takich portali jak Newsweek, Wysokie Obcasy czy Onet jako opis rzeczywistości, można byłoby dojść do wniosku, że bycie ojcem, matką, wierną żoną czy wiernym mężem to wyłącznie nieustanne źródło cierpienia i frustracji. Na szczęście ta opowieść jest wytworem liberalnej wyobraźni – swoistą teorią spiskową, która niewiele ma wspólnego z rzeczywistością.
Zupełnie odwrotne wnioski płyną z badań General Social Survey 2022, analizowanych przez Instytut Badań nad Rodziną (IFS). To właśnie małżeństwo i rodzicielstwo są najsilniej powiązane z poczuciem szczęścia – zarówno u kobiet, jak i u mężczyzn. Aż 40 proc. zamężnych matek w wieku 18–55 lat określa się jako „bardzo szczęśliwe”, wobec 25 proc. kobiet zamężnych bez dzieci i jedynie 22 proc. samotnych bezdzietnych. U mężczyzn różnica jest równie wyraźna – żonaci ojcowie dwukrotnie częściej deklarują wysoki poziom zadowolenia z życia niż ich nieżonaci rówieśnicy.
Również polskie dane potwierdzają ten trend. Według raportu Niedoceniana rodzina (2024) to właśnie rodzina tworzy największy kapitał społeczny i gospodarczy, a przy tym wzmacnia dobrostan psychiczny jednostek. Dla większości Polaków szczęście rodzinne pozostaje najwyższą wartością – utożsamianą z bezpieczeństwem, sensem i stabilnością. Co ciekawe, rodzice wcale nie przegrywają na polu zawodowym – przeciwnie, częściej niż osoby samotne odnoszą sukcesy ekonomiczne.
Może więc problem nie tkwi w rodzinie?
Być może źródłem nieszczęścia nie jest sama rodzina, lecz to, jak ją opisujemy. Kultura, która z jednej strony wymaga od rodziców perfekcji, a z drugiej nie daje im realnego wsparcia, tworzy przestrzeń frustracji. A jednak, mimo tych wszystkich napięć, dane pokazują coś prostego – i może dziś niepopularnego: wbrew współczesnym narracjom to właśnie rodzina pozostaje jednym z najpewniejszych źródeł ludzkiego szczęścia. Natura broni się przed kulturą.
