Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Najsmutniejszy koniec historii. Kurt Cobain, grunge i pokolenie Fukuyamy

Najsmutniejszy koniec historii. Kurt Cobain, grunge i pokolenie Fukuyamy Autor ilustracji: Bruno Dziadkiewicz

Mieli być pierwszym pokoleniem po końcu historii. Pierwszym bez wojen i głodu, beneficjentami ciągłego wzrostu PKB. Miast tego stali się wspólnotą nerwicy, apatii i depresji. Grunge, tzw. scena Seattle, to muzyka końca czasów – soundtrack do tego unikalnego momentu w dziejach ludzkości, gdy przez chwilę wydawało nam się, że przeszliśmy grę zwaną życiem. Nirvana, Alice in Chains czy Soundgarden – spójrzmy na nich oczami Fukuyamy i spróbujmy zrozumieć, dlaczego pokolenie X, które miało wszystko w zasięgu ręki, którego rodzice wysłali człowieka na Księżyc i zburzyli mur berliński, stoczyło się w objęcia nihilizmu i egzystencjalnego marazmu.

Już w samym zalążku idei końca historii tliła się samospełniająca przepowiednia. W zakończeniu swego słynnego eseju Fukuyama sam bowiem przyznawał, że nadchodzący tryumf demoliberalizmu będzie znamionowała pewna doza nostalgii i ambiwalencji:

„Koniec historii będzie bardzo smutnym czasem. Walka o uznanie, gotowość do ryzykowania życia dla czysto abstrakcyjnego celu, światowa walka ideologiczna, która wymagała śmiałości, odwagi, wyobraźni i idealizmu, zostaną zastąpione kalkulacjami ekonomicznymi, niekończącym się rozwiązywaniem problemów technicznych, troską o środowisko naturalne i zaspokajaniem wyrafinowanych potrzeb konsumentów”.

Koniec historii – pisze zatem Fukuyama – oprócz wyczerpania się walk ideologicznych i uniwersalizacji demokracji będzie oznaczał także tryumf nihilizmu. O ile pierwsze założenie zostało brutalnie zweryfikowane, to drugie jest warte głębszego namysłu.

Trudno bowiem uciec od konstatacji, że koniec historii w rzeczywistości musi oznaczać koniec człowieka. Trudno też nie dostrzec, że – wbrew bezrefleksyjnym krytykom Fukuyamy – jego ujęcie końca historii jako epoki, w której wartości i autentyczność przegrywają z komfortem codzienności, nie tylko było trafne, ale w znacznym stopniu pozostaje aktualne także i dzisiaj.

Wspólnota „loserów”. Nieudacznicy podbijają świat

No dobrze, ale czemu grunge? Nie miejmy złudzeń – w tej muzyce nigdy nie chodziło o politykę. Ona była na marginesie, raczej jako efekt uboczny niż główne danie. Nie chodziło też o pełne stadiony, blask fleszy i wywiady dla czołowych gazet.

Grunge rodził się jako gorzki żart – próba zakrzyczenia bezsensu codzienności. Ideologia i teledyski, polityka i plastikowe figurki Kurta Cobaina, t-shirty i pretensjonalne eseje – to wszystko zjawia się post factum, stanowiąc symptom upadku nurtu, a nie jego wielkości.

U początków była grupka dzieciaków, która nie miała co zrobić z własnym życiem. Żart jednak wymknął się spod kontroli. Punktem granicznym był zapewne 11 stycznia 1992 roku, gdy album Nevermind nikomu wówczas nieznanej grupy Nirvana zdetronizował Michaela Jacksona ze szczytu listy Billboard 200 Top Albums. Wszyscy patrzyli oniemiali.

Ale cofnijmy się o kilka lat. Jest 10 października 1988, klub Ecstasy w Berlinie. Na scenę wychodzi zespół Mudhoney – obecnie praktycznie zapomniany, jednak wówczas jedyna w miarę rozpoznawalna marka z Seattle. Wokalista zespołu, Mark Arm, ku zaskoczeniu zebranych pojawia się w koszulce z napisem „Loser”.

Piotr Jagielski w książce Grunge. Bękarty z Seattle pisze, że słowo „loser” było przez muzyków noszone wręcz z dumą: „Estetyka «życiowego nieudacznika», wynoszenie porażki nad sukces, zwyczajność, pospolitość nad niezwykłość. Hasło wymierzone w kulturę yuppies, głoszącą ewangelię osiągnięcia sukcesu za wszelką cenę”.

Mamy przełom lat 80. i 90. Tryumf wolności i demokracji. USA znajdują się już po upadku mitu wszechpotężnego komunizmu, ale jeszcze przed upadkiem mitu wszechpotężnego kapitalizmu. Jednakże w tym świecie – obok żartów Reagana i „teologii” wolnego rynku – znajdowały się również miasteczka, bezrobocie, AIDS, lęk przed wojną nuklearną, zalew narkotyków i miliony rozbitych rodzin.

Michael Azerrad w książce Come as You Are wskazuje, że pokolenie X „dorastało ze świadomością, że stanie się być może pierwszym w historii Ameryki, któremu nie będzie powodziło się lepiej od pokolenia rodziców”. „Jesteśmy doskonałym przykładem typowych, niewykształconych, amerykańskich dwudziestoparolatków, to jasne” – podsumował sam Cobain.

Historia kończy się w Seattle

Jagielski w cytowanej pracy w obrazowy sposób opisuje rodzącą się scenę muzyczną: „W zapomnianym przez Boga i ludzi Seattle jest raczej mroczno i chłodno, przez sto pięćdziesiąt dni w roku pada deszcz, a wskaźniki samobójstw w stanie Waszyngton należą do najwyższych w kraju (…).

To właśnie w tych sennych miasteczkach (…) w mrocznej atmosferze niczym z kręconego tu serialu Miasteczko Twin Peaks powstawały zespoły, piosenki i nowa odmiana muzyki rockowej, gniewna jak punk, ciężka jak heavy metal”.

Muzyka, jeżeli nie jest stricte produktem konsumpcyjnym, musi rezonować z miejscem i czasem, w jakim wzrasta. Dlatego też np. Alice in Chains debiutowało singlem We Die Young będącym opisem narkomanii i przemocy na ulicach miasta.

„To, co działo się w Seattle, otworzyło nam oczy. Wydawało się, że sytuacja wymyka się spod kontroli. Incydenty, w których dzieciaki były postrzelane, a ich buty tenisowe zrywano z ich zwłok. Wygląda na to, że te dzieciaki umierają w coraz młodszym wieku i angażują się w działalność gangów” – mówił Layne Staley, wokalista Alice in Chains, w jednym z wywiadów.

Aby zrozumieć, dlaczego grunge tak trafnie wyraził nihilizm końca historii, musimy cofnąć się co najmniej o dekadę. W jednym z wywiadów Cobain stwierdził, że muzycy Seattle są „punkami, którzy stracili najlepsze czasy punk rocka”. Jak to rozumieć?

Punk stanowił ekstatyczną eksplozję, w której pierwiastki nihilizmu były równoważone przez bunt i gniew na zastaną rzeczywistość. Nihilizm był tam środkiem do wyrażenia frustracji, a nie celem samym w sobie.

„Nie piszesz God Save the Queen, ponieważ nienawidzisz Brytyjczyków. Taką piosenkę piszesz właśnie dlatego, że ich kochasz i masz dość tego, jak źle są traktowani” – tłumaczył wokalista Sex Pistols, Johnny Rotten, w jednym z wywiadów.

Tymczasem scena Seattle rodzi się już po epoce buntu. Tam, gdzie w punku panował gniew, grunge wprowadza odrętwienie; gdzie królowała niezgoda i rewolucja, wkrada się ironia, nuda i kult „loserów”. Zamiast skandalu – depresja; zamiast walki o pełne stadiony – głód autentyczności. Apatia, która króluje po końcu historii, jest tak oczywista, że aż śmieszna. „Here we are now, entertain us”, śpiewa Cobain w Smells like teen spirit – hicie, który określono hymnem pokolenia X.

Tam, gdzie nie ma historii, jest przeraźliwa nuda, która staje się przedpolem depresji. Cała płyta Dirt grupy Alice in Chains z 1992 roku to jedna z najbardziej ponurych oraz dołujących medytacji nad śmiercią i nałogami w historii muzyki popularnej.

Album spowija charakterystyczne ciężkie, „muliste” brzmienie, które jedynie podkreśla defetystyczny charakter tekstów, wzmacniając nieodparte wrażenie, że ten gniew, który promieniuje z muzyki, jest nieustannie tłumiony – to frustracja skierowana do wewnątrz, a nie na zewnątrz. Człowiek pogrąża się w marazmie codzienności, nie mogąc oprzeć się o żaden system wartości. Używki są jedynie ucieczką od świata. Grunge to punk bez nadziei na rewolucję.

Bunt w czasie posthistorii oraz głód autentyczności

Bunt Cobaina nie był nigdy skonkretyzowany, nie był to bunt stricte przeciwko kapitalizmowi, społeczeństwu czy religii. Był to po prostu wyraz niezgody bez intelektualnego drugiego dna. W świecie, w którym nie pozostało nic do robienia, oprócz zarabiania i umierania, każda aktywność może nadać sens naszemu życiu, a bunt jako taki staje się wartością samoistną.

Jak wskazuje Fukuyama: „Doświadczenie podpowiada, że jeśli ludzie nie mogą walczyć w imię słusznej sprawy, ponieważ ta słuszna sprawa zwyciężyła w poprzednim pokoleniu, to będą walczyć przeciwko tej słusznej sprawie. Będą walczyć dla samej walki. Będą walczyć, innymi słowy, z pewnego rodzaju nudy – bo nie potrafią sobie wyobrazić życia w świecie bez walki”.

Koniec historii miał prowadzić do tryumfu liberalno-nihilistycznego komfortu nie-wartości. Nie byłoby już wielkich spraw, o które warto się bić, abstrakcyjnych przedmiotów wiary, a ludzie „staliby się znowu zwierzętami, tak jak byli przed krwawą bitwą, która rozpoczęła historię”. Jak pisał Fukuyama, „pies zadowala się leżeniem na słońcu cały dzień, jeśli jest karmiony, ponieważ nie jest niezadowolony z tego, kim jest”.

Dla Cobaina utrata autentyczności, stanie się tym „zadowolonym psem”, którego pasie branża muzyczna, było największym koszmarem – to jest przecież główny temat jego listu pożegnalnego, w którym rozprawia się z mitem gwiazdy rocka.

Sama Nirvana miała wręcz wstydzić się sukcesu Nevermind, a z kolei Matt Cameron, perkusista Soundgarden, twierdził, że jego zespół rozpadł się, gdyż został „zduszony przez wielki biznes”. Z podobnymi problemami mierzyły się też Pearl Jam i Alice in Chains.

Najbardziej dojmująca jest chyba scena z imprezy MTV z 1992, gdy Nirvana została niemal zmuszona do występu. Zespół toczył boje, by zamiast słynnego Smells like a teen spirit wykonać Rape me z nowej płyty. Za ich upór pracę straciła sympatyzująca z nimi dyrektorka programowa, a gigant medialny odgrażał się kolejnymi krokami.

Nirvana w końcu wynegocjowała, że zagra Lithium (również ze starej płyty), jednak już podczas samego występu pozwoliła sobie na odegranie kilku pierwszych sekund Rape me, zanim przeszła do właściwego numeru. Kilka sekund autonomii – tyle zostało z wściekłości rebeliantów.

I można by tu oczywiści snuć tezę o tym, jak kapitalizm pożera swoich wrogów, podpierając się jakimiś wyszukanymi cytatami z Żiżka czy Fishera, ale w gruncie rzeczy nie o kapitalizm tu chodzi. Odpowiadając na zaczepki Nirvany, dla której Pearl Jam było grupą pozerów, Vedder ironizował w jednym z wywiadów, że nie wie, jak Kurt po sukcesie Nevermind będzie dalej pisał punkowe numery.

„Teenage angst has paid off well / now I`m bored and old” – to słowa otwierające ostatni album w dorobku Nirvany, In Utero. Strach przed utratą autentyczności, przed upadkiem w fukuyamowskie zezwierzęcenie, spędzał grunge’owym muzykom sen z powiek.

Gdy jakiś dzieciak na koncercie krzyknął w stronę Cobaina, że zdradził punkowe ideały, ten zapadł się w sobie i po prostu zszedł ze sceny. Cytowany już Azerrad, niemalże trawestując Fukuyamę, stwierdza, że sukces grunge’u tkwił w ordynarnej sztuczności współczesnego świata: „Konsumujemy bezrefleksyjnie i odczuwamy (…) tęsknotę za czymś prawdziwym, wyjątkowym”.

Nutshell Layne Staley deklaruje:

My gift of self is raped
My privacy is raked
And yet I find
Repeating in my head
If I can’t be my own
I’d feel better dead

Pokolenie Fukuyamy

Grunge był historią ludzi dorastających w konkretnych czasach. Czasach, które obiecywały wielką prosperity, ale które tejże obietnicy nie były w stanie dotrzymać. Zamiast tego usunęły z rzeczywistości moralny kompas, nie wprowadzając nic w jego miejsce.

W jednym z artykułów opisujących fenomen Nirvany oraz pozostałych zespołów z Seattle dziennikarz magazynu „Atlantic” stwierdzał, że pokolenie X stało się dla starszych roczników z wyżu demograficznego „metaforą utraty celu przez Amerykę, rozczarowania jej instytucjami, rozpaczy nad losem kultury i strachu o przyszłość”.

Jagielski na marginesie swojej opowieści o grunge’u pisze z kolei, że amerykańskie pokolenie X, którego nieformalnym rzecznikiem – wbrew intencjom – stał się Cobain, nie poznało historii jako idei ciągłego progresu: „Historia w ogóle ich ominęła, nie doświadczyli wojen światowych, ani nawet tej w Wietnamie, ruchu walki o prawa obywatelskie, Woodstocku czy Watergate”.

Cobain i pozostali muzycy nie tyle wykreowali nihilistyczną atmosferę końca historii, bo nie mieli ani takich możliwości, ani ambicji, tylko stali się jej wyrazicielami. Dokładnie tak samo jak Fukuyama, który nie był demiurgiem ładu post-zimnowojennego, a raczej ideowym pudłem rezonansowym, fotografem, który na zdjęciu uchwycił charakter epoki. Azerrad podsumowuje: „Cobain nie udzielał żadnych odpowiedzi; nie wiadomo nawet, czy stawiał jakieś pytania. Był tylko uosobieniem wyjącego niepokoju, neurotycznym dzieciakiem tarzającym się w negatywnej ekstazie”.

Muzyka i śmierć

Gitarzysta Alice in Chains Jerry Cantrell stwierdza, że słynny utwór Them Bones otwierający Dirt jest nie tyle o śmierci, co raczej o próbie pogodzenia się ze swoją śmiertelnością. „Śmierć jest przerażająca, ale od czasu do czasu należy z tym problemem stanąć twarzą w twarz” – wskazywał. W innym miejscu dodaje, że „to bardzo smutna rzecz, kiedy zdajesz sobie sprawę, że nie będziesz trwał wiecznie”.

Te słowa, jak i całą twórczość Alice in Chains, jak zresztą i cały grunge, można było łatwo opakować i sprzedać. Tak jak sprzedawano Metallicę w latach 80., jak potem sprzedawano Guns N’Roses, jak sprzedawano niezliczone inne marki. Ale tutaj, właśnie w przypadku grunge’u, ten mechanizm się załamuje.

Poczucie alienacji oraz depresja, z którymi muzycy igrali od początku, przejęły nad nimi kontrolę. Jakkolwiek patetycznie by to nie brzmiało, śmierć od samego początku wisiała nad tą muzyką. To nie jest efektowna fraza, tylko dosłowny opis biografii kolejnych zespołów. Live fast, die young. Autodestrukcyjny pęd charakterystyczny dla całej muzyki rockowej doprowadził akurat w grunge’u do jakiejś niesamowitej komasacji ludzkich tragedii.

Kurt Cobain – samobójstwo w 1994, Andrew Wood z Mother Love Bone – przedawkowanie heroiny w 1990. Layne’a Staleya, głos Alice in Chains, w 2002 położył speedball; dziewięć lat później dołączył do niego gitarzysta tegoż zespołu, Mike Starr. Nie inaczej było w przypadku Scotta Weilanda ze Stone Temple Pilots.

Podobnie Stefanie Sargent z 7 Year Bitch oraz Kristen Pfaff z Hole. Mia Zapata z The Gits została zamordowana w 1993, a Chris Cornell z legendarnego Soundgarden w 2017 popełnił samobójstwo. Jedynym wokalistą z „wielkiej czwórki”, który dożył do dzisiaj, jest Eddie Vedder, który do Seattle przyjechał w 1990 roku ze słonecznej Kalifornii.

Grunge, czyli tęsknota za historią

Rozważania Fukuyamy, tak dziś wyszydzane, mogą być dla nas użyteczne, jeżeli przypomnimy sobie, gdzie historia w ogóle się zaczyna. Nawiązując do Heglowskiej dialektyki Pana i Niewolnika, amerykański politolog pisał, że człowiek wkracza na arenę dziejów w momencie, gdy przezwycięża swój zwierzęcy lęk przed śmiercią.

Analogicznie historia kończy się, gdy człowiek powraca do swej zwierzęcej formy, gdy wyzbywa się walki o wszelkie abstrakcyjne cele na rzecz doczesnego komfortu. Po końcu historii instynkty biorą górę, a śmierć ponownie staje się największą zmorą, która paraliżuje ludzkość. Starość staje się upokarzająca, śmierć – przerażająca, wartości – niebezpieczne.

Steve Turner z Mudhoney stwierdził, że samobójstwo Cobaina z dnia na dzień zakończyło modę na grunge. Śmierć nagle przestała być hasłem reklamowym, zabawką, z którą igrano ku uciesze widowni, stała się czymś realnym. Jakby społeczeństwo przestraszyło się tego, co zobaczyło.

„Śmierć Kurta to niezmiernie mroczne, tragiczne wydarzenie. Większość ludzi chce po prostu dobrze się bawić przy muzyce, której słuchają. Chcą, żeby sprawiała im przyjemność, a nie przypominała o czymś przerażającym” – ocenia wokalista Mark Arm.

Grunge nigdy nie był ideologicznym manifestem, nie ustanawiał żadnych wskazań, nie moralizował. Ta muzyka rodziła się jako reakcja na bezsens codzienności i wyrastała z nihilizmu epoki, którego do dzisiaj nie przełamaliśmy. Była wyrazem smutku końca historii, głodu autentyczności w świecie, który wszystko co autentyczne chciał spieniężyć.

Fukuyama kończył swój słynny esej bez przesadnego tryumfalizmu następującymi słowami: „Czuję w sobie i widzę w innych wokół mnie potężną nostalgię za czasami, kiedy historia jeszcze istniała”. Minęło już 30 lat od tej wypowiedzi, ale czyż podobnej nostalgii nie odczuwamy po dziś dzień? Niech to będzie swoistym postscriptum dla całej sprawy.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.