Cenzorskie zapędy lewicy i Donalda Tuska. Walczą z Putinem czy własną opozycją?
Obawiam się, że zamiast skutecznej broni przeciwko Moskwie rząd wprowadzi prawo ograniczające wolność słowa, które uderzy przede wszystkim w prawicę.
Pod koniec września Rada Ministrów przyjęła projekt ustawy mający na celu przeciwdziałanie dezinformacji w Internecie. 16 października odbyło się pierwsze czytanie tej ustawy. To próba wdrożenia do polskiego systemu prawnego unijnego rozporządzenia w sprawie jednolitego rynku usług cyfrowych (tzw. Akt o usługach cyfrowych DSA). Polska wersja tego prawa, zostawiając na marginesie dyskusję na temat DSA, rodzi wiele wątpliwości.
Walka z dezinformacją – podobnie jak inne postulaty ograniczania wolności słowa – coraz częściej kojarzy się dziś z lewicą. Wraz z kampaniami przeciwko tzw. mowie nienawiści staje się ona w praktyce formą cenzury. Dobrym przykładem jest Wielka Brytania. W kwietniu nawet „The Times” informował, że tamtejsza policja dokonuje średnio trzydziestu aresztowań dziennie za publikowanie wpisów w mediach społecznościowych uznanych przez władze za obraźliwe lub szkodliwe. Nic dziwnego, że i w Polsce pojawiają się obawy, czy debata o transformacji energetycznej lub o kosztach migracji nie zostanie w podobny sposób ograniczona.
Nie można jednak udawać, że problem dezinformacji nie istnieje. Stała się ona jednym z narzędzi współczesnej wojny hybrydowej. Rosja nieustannie próbuje wpływać na opinię publiczną państw zachodnich, wykorzystując Internet jako broń. Związek Sowiecki robił to samo, tyle że w innej epoce i za pomocą innych środków – wspierając prokomunistyczne sympatie na Zachodzie. Dziś Kreml posługuje się nowymi narzędziami, ale cel pozostał ten sam.
Triumf prawicy
W III RP najbardziej znanym wrogiem demokracji pozostaje Janusz Korwin-Mikke, który wielokrotnie powtarzał, że „ludzie są głupi”, a zatem nie powinni decydować o losach państwa, bo łatwo nimi manipulować. Jeszcze ostrzej ujął to Grzegorz Braun, twierdząc, że w demokracji rządzą „mafie, służby i loże”.
Tymczasem środowiska, które dotąd głosiły, że „wola ludu jest święta”, a wyborcy to racjonalne jednostki podejmujące rozsądne decyzje, zaczynają dostrzegać, iż demos bywa podatny na manipulację – zwłaszcza tę pochodzącą z zagranicy (cóż za nacjonalistyczna nuta!). W tym sensie więc liberalno-demokratyczny mainstream powtarza dziś tezy dawnych krytyków demokracji.
To zresztą niejedyna interesująca zamiana ról. To prawica od lat podnosiła problem wpływów zagranicznych na polską debatę publiczną – choć koncentrowała się raczej na trzecim sektorze (braku przejrzystości w finansowaniu organizacji pozarządowych przez podmioty zagraniczne) i mediach (w znacznej mierze kontrolowanych przez kapitał spoza Polski).
Lewica natomiast dopiero teraz zaczyna dostrzegać niebezpieczeństwo płynące z zewnętrznych wpływów – tyle że rosyjskich. Gdy sama mogła liczyć na zagraniczne wsparcie, przekonywała, że ingerencja obcych ośrodków w polską debatę nie stanowi problemu.
Jeśli więc obóz liberalno-lewicowy naprawdę chce walczyć z obcymi wpływami, powinien konsekwentnie uznać również te racjonalne postulaty, które od lat formułuje prawica – zamiast oskarżać ją o dążenie do wprowadzenia „putinowskich” rozwiązań.
Ministerstwo Prawdy nie może istnieć w demokracji
Czy walka z dezinformacją jest w ogóle możliwa w warunkach demokratycznych? Problem polega na tym, że samo pojęcie „dezinformacji” zostało w ostatnich latach uzbrojone. Coraz częściej rozumie się je znacznie szerzej niż tylko jako przekłamywanie faktów czy wydarzeń. Wiele poglądów – zwłaszcza tych lewicowych – zyskuje dziś swoisty glejt „prawdziwości”. Ich podważanie bywa więc traktowane nie jako udział w debacie, lecz jako rozsiewanie fake newsów.
Czy jednak każda nieprawdziwa informacja powinna być automatycznie usuwana z przestrzeni publicznej? W demokracji odpowiedź na to pytanie wcale nie jest oczywista. Jak przypomina Grzegorz Maroń, analizując problemy prawne związane z fact-checkingiem, Sąd Najwyższy USA w sprawie United States v. Alvarez uznał, że „także wypowiedzi nieprawdziwe czy wprost kłamliwe odnośnie do faktów podlegają pod pierwszą poprawkę do federalnej ustawy zasadniczej (Free Speech Clause), jakkolwiek z jej protekcji mogą być wyłączone niektóre kategorie mowy, np. oszustwo czy krzywoprzysięstwo”.
Jak argumentował amerykański sąd, wolność słowa obejmuje także prawo do błędu – bo tylko w ten sposób można zachować „otwarte i żywe wyrażanie poglądów w publicznej i prywatnej konwersacji”. Gdyby państwo miało prawo usuwać wszystkie nieprawdziwe wypowiedzi, musiałoby stworzyć listę tematów, w których kłamstwo byłoby karalne. A to już krok w stronę Ministerstwa Prawdy znanego z Orwellowskiego Roku 1984.
Ustalenie wykazu poglądów „prawomyślnych” oznaczałoby odrzucenie liberalno-demokratycznego pluralizmu i pójście w jednym z dwóch kierunków: albo w stronę restauracji jakiejś formy monarchii, albo – co dziś znacznie bardziej realne – ku progresywnemu autorytaryzmowi, który przybiera demokratyczne formy, ale nie toleruje sprzeciwu. Demokracja, ze wszystkimi swoimi zaletami i wadami, opiera się właśnie na pluralizmie światopoglądowym – a więc także na gotowości do dopuszczania opinii kontrowersyjnych, niepopularnych, a czasem nawet jawnie błędnych.
Z drugiej jednak strony nie można ignorować faktu, że dezinformacja tworzona za granicą i wpuszczana w polski obieg medialny realnie uderza w bezpieczeństwo państwa. Carl Schmitt miałby dziś powody, by powtórzyć swoją diagnozę: liberalizm prowadzi do paraliżu państwa i uniemożliwia mu skuteczną obronę przed zagrożeniem. Dlatego także demokratyczne państwo powinno tworzyć takie mechanizmy, które – przy zachowaniu wolnościowego i pluralistycznego rdzenia – pozwolą skutecznie reagować na działania zagranicznych ośrodków dezinformacyjnych.
Platforma chce zaś Ministerstwo Prawdy stworzyć
Rząd proponuje, by za usuwanie „nielegalnych treści” w Internecie odpowiadał Prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej (UKE). To organ administracji rządowej podporządkowany ministrowi cyfryzacji. Już dziś jednak inna instytucja z tego samego resortu – Naukowa i Akademicka Sieć Komputerowa (NASK) – działa w sposób wyraźnie upolityczniony. Przypomnijmy, że według tej instytucji stwierdzenie, iż istnieją tylko dwie płcie, uznano za… dezinformację. Ten przykład, a także wcześniejsze kontrowersje wokół roli NASK podczas wyborów prezydenckich, powinny być dla opinii publicznej poważnym sygnałem ostrzegawczym.
Działaczy progresywnych nie zastanowiło jednak, że instrumentalne wykorzystywanie takich instytucji może całkowicie podważyć zaufanie do idei walki z dezinformacją. Dla wielu konserwatystów staje się oczywiste, że nie chodzi tu o neutralne narzędzie obrony przed rosyjską propagandą, lecz o wygodny sposób eliminowania poglądów sprzecznych z linią rządu Donalda Tuska.
Pomysł, by instytucja należąca do „ekosystemu” Ministerstwa Cyfryzacji otrzymała uprawnienia o charakterze cenzorskim, musi budzić sprzeciw. Co prawda projekt przewiduje możliwość odwołania się do sądu powszechnego, a w rządowym serwisie gov.pl podkreślono nawet, że „autor usuniętej treści, który zostanie stroną postępowania, będzie miał prawo głosu podczas rozprawy” – ale trudno uznać to za wystarczającą gwarancję wolności słowa.
Czy można ufać w szczere intencje rządzącej koalicji? Dotychczasowe działania nie dają ku temu podstaw. Raczej sugerują, że prawdziwym celem jest polityczne przypisanie konserwatywnej opozycji etykiety „rosyjskich propagandystów”. Dowodem na to może być raport Zespołu ds. Dezinformacji przy Komisji badania wpływów rosyjskich i białoruskich, według którego za szerzenie rosyjskiej narracji uznaje się m.in. twierdzenia, że „Zachód traci tożsamość”, „odciął się od chrześcijańskich korzeni”, „odrzucił kulturę i uprawia antykulturę” oraz że stał się „zakładnikiem ideologii – gender, LGBT, woke, ateizmu, ekologizmu, politycznej poprawności czy multikulturalizmu”.
Raport – co znamienne – nie analizuje faktycznych przejawów prosowieckich postaw w zachodnich społeczeństwach. Jego celem nie jest więc diagnoza zagrożeń, lecz wyznaczenie wroga. Konserwatyści zostają przedstawieni nie tylko jako oponenci polityczni, lecz wręcz jako potencjalna agentura wroga zewnętrznego. Jeśli tak ma wyglądać „walka z dezinformacją”, to obawy o wolność słowa są w pełni uzasadnione.
Paradoksalnie, taka polityka idealnie wpisuje się w narrację Kremla. Jeśli Rosjanie twierdzą, że „społeczeństwa Zachodu stały się zakładnikami elit – mediów, instytucji, polityków i wielkiego biznesu”, to nic nie potwierdza tego bardziej niż zapowiedź cenzurowania połowy społeczeństwa w imię walki z rosyjskim wpływem. Dwa lata temu zarzucano PiS-owi autorytaryzm za projekt tzw. lex Tusk. Tymczasem to obecny rząd, przyznając administracji prawo do usuwania niewygodnych treści, tworzy prawdziwe lex Tusk – a może raczej lex Gawkowski.
Potrzebujemy ponadpartyjnej Komisji, nie Ministerstwa Prawdy
Jeśli zależy nam na skutecznej walce z dezinformacją, musimy odrzucić logikę partyjną i ideologiczną. Nie może ona służyć wyłącznie do stygmatyzowania jednej strony politycznej – Rosjanie tworzą swój przekaz zarówno dla lewicy, jak i dla konserwatystów. Potrafią docierać nawet do centrum, a paradoksalnie wykorzystują przy tym liberalne i demokratyczne narracje.
Konieczne jest stworzenie precyzyjnej definicji dezinformacji – takiej, która jednoznacznie wskazuje, że chodzi o treści mające na celu wpływanie na polską debatę publiczną w interesie obcego państwa, naruszające bezpieczeństwo narodowe, a także celowo wprowadzające w błąd. Rozsądne byłoby jednocześnie doprecyzowanie, że nie stanowi dezinformacji wyrażanie poglądów dotyczących spraw obyczajowo-światopoglądowych.
Walką z dezinformacją nie powinien zajmować się urząd administracji rządowej, taki jak Prezes UKE, lecz niezależna instytucja – roboczo nazwijmy ją „Komisją do walki z dezinformacją”, funkcjonująca podobnie jak RPO, NIK czy Prezes Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Powinna się składać z członków powołanych przez Sejm większością zapewniającą ich apolityczność – np. 3/5 głosów. Ze względu na fakt, że dla Rosjan niezwykle ważna jest dezinformacja dotycząca polityki pamięci, rozsądne byłoby przyznanie Prezesowi Instytutu Pamięci Narodowej kompetencji do delegowania historyków IPN do Komisji, za zgodą Senatu.
Istotnym aspektem jest również stworzenie sprawnie działającego mechanizmu sądowego, który weryfikowałby zasadność decyzji Komisji. Można rozważyć wydzielenie w tym celu oddzielnego wydziału w sądzie (tak jak ma to miejsce w sprawach antymonopolowych – Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów). Sąd powinien oceniać prawidłowość decyzji zarówno w aspekcie formalnym (prawno-administracyjnym), jak i merytorycznym – czy dana treść rzeczywiście miała charakter dezinformacyjny.
Sąd powinien działać w określonym, krótkim terminie, tak jak w przypadku prawa zgromadzeń, aby ewentualne uchylenie zakazu umożliwiało organizację zgromadzenia w praktyce. Powinno obowiązywać „domniemanie prawdziwości” – jeśli Komisja nie jest w stanie udowodnić, że zablokowana lub usunięta treść rzeczywiście była dezinformacją i służyła celom obcego państwa, sąd powinien nakazać jej natychmiastowe przywrócenie.
Na koniec warto podkreślić, że nieprawidłowa decyzja Komisji o zakwalifikowaniu treści jako dezinformacyjnej i jej zablokowaniu w Internecie powinna skutkować możliwością finansowego odszkodowania i zadośćuczynienia. Rozważyć można także wprowadzenie surowych przepisów karnych (np. w ramach penalizacji nadużycia uprawnień przez funkcjonariusza publicznego), aby uniemożliwić wykorzystywanie mechanizmu do celów partyjnych.
Rząd nie będzie walczył z dezinformacją
Powyższe propozycje mają jedynie zachęcić do racjonalnej debaty na temat dezinformacji. Można zrozumieć potrzebę stworzenia mechanizmów faktycznie służących bezpieczeństwu państwa. Nie mam jednak wątpliwości, że proponowana ustawa jest niekonstytucyjna, a rządzącym Polską liberałom marzy się cenzurowanie polskich konserwatystów – co najlepiej pokazało niedawne uchwalenie ustawy rozszerzającej penalizację „mowy nienawiści”, uznanej przez Trybunał Konstytucyjny za niekonstytucyjną.
Można natomiast oczekiwać, że w przyszłości środowiska konserwatywne i propaństwowe będą w stanie przygotować i uchwalić przepisy, które faktycznie zabezpieczą Polskę przed zagraniczną dezinformacją.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.