Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Kopalnia „Wujek” i „Solidarność” to jest moment przełomowy w śląskiej tożsamości. Połączył wszystkich ludzi, którzy tutaj dzisiaj mieszkają

Kopalnia „Wujek” i „Solidarność” to jest moment przełomowy w śląskiej tożsamości. Połączył wszystkich ludzi, którzy tutaj dzisiaj mieszkają Autor ilustracji: Bruno Dziadkiewicz

Tekst w wersji audio:

 

„W 1980 r. Górny Śląsk bardzo późno dołącza do strajkujących zakładów w całej Polsce. Strajki zaczynają się tutaj dopiero w końcu sierpnia, a podpisanie Porozumienia Jastrzębskiego następuje 3 września. Sam «Wujek» zaczyna strajkować dopiero 1 września. Wielu historyków zgadza się, że gdyby wtedy nie stanęły kopalnie na Śląsku, to prawdopodobnie nie doszłoby do powstania «Solidarności». Solidarność jest wpisana w DNA górnictwa. Kiedy brygada pracuje na dole, to jeśli ktoś coś zawali, zginąć mogą wszyscy. Jest to sytuacja «jeden za wszystkich, wszyscy za jednego». Niektórzy pytają, dlaczego właśnie górnicy na «Wujku» z taką siłą stanęli i walczyli o wolność. To jest właśnie ta wpisana w ich zawód solidarność..” – mówi Robert Ciupa, dyrektor Śląskiego Centrum Wolności i Solidarności w Katowicach

Kiedy meldowałem się u Państwa w recepcji, zauważyłem statuetkę Nagrody Korfantego, którą odbierał Pan w imieniu Centrum w zeszłym roku. W uznaniu zasług dla naszego regionu przyznaje ją Związek Górnośląski, czyli jedna z największych i najstarszych organizacji regionalistycznych. Działa więc Pan na bardzo specyficznym styku pamięci ogólnonarodowej, jaką jest mit „Solidarności”, oraz tej regionalnej. Stąd wynika moje pierwsze pytanie – jak Pan rozumie śląskość w nazwie kierowanej przez Pana instytucji? Czy doświadczanie śląskiej „Solidarności” było tylko powieleniem tego, czym ta organizacja była w skali kraju, czy też możemy mówić o jakimś jej charakterystycznym rysie?

Kopalnia „Wujek”, na terenie której działa ŚCWiS, w czasach komunistycznych była „przodującym” zakładem pracy, pokazywanym jako przykład „dobrej roboty”, jak to się mówiło w latach 70. No i ta kopalnia w 1981 r. niespodziewanie przeciwstawiła się komunistycznemu reżimowi. Czy śląskość była w tym istotnym czynnikiem? Na pewno tak, trzeba jednak zaznaczyć, że już w latach 60. w całej załodze mniej więcej 60% to byli ludzie przyjezdni.

Dobrze widać to na przykładzie „Dziewięciu z «Wujka»”, losowo zastrzelonych w tłumie podczas pacyfikacji strajku w stanie wojennym.

Zgadza się. Było wśród nich de facto tylko dwóch Górnoślązaków, a reszta to byli ludzie z zewnątrz. Dlatego możemy powiedzieć, że tutaj „strzelano do całej Polski”. Ciekawym jest to, że pomimo tylu przyjezdnych na „Wujku” cały czas sie goda. Śląska godka przetrwała w wielkiej aglomeracji właśnie dzięki grubie, bo był to także język techniczny, którego opanowanie pozwalało przyjezdnym tutaj funkcjonować.

To, gdzie my dzisiaj żyjemy, także zawdzięczamy kopalniom, bo to one te miasta zbudowały. Np. osiedle, obok którego aktualnie jesteśmy, zostało wybudowane przez kopalnię „Wujek”. Węgiel i stal są podstawą funkcjonowania aglomeracji, ale także podstawą śląskości, tożsamości tych miejsc, w których dzisiaj żyjemy.

Otrzymanie Nagrody Korfantego, o której Pan wspomniał, to dla nas zaszczyt, gdyż podkreśla nasz silny element lokalny oddziałujący na całą Polskę. Bo owszem, istnieje pewna śląska specyfika „Solidarności”. W 1980 r. Górny Śląsk bardzo późno dołącza do strajkujących zakładów w całej Polsce.

Strajki zaczynają się tutaj dopiero w końcu sierpnia, a podpisanie Porozumienia Jastrzębskiego następuje 3 września. Sam „Wujek” zaczyna strajkować dopiero 1 września. Wielu historyków zgadza się, że gdyby wtedy nie stanęły kopalnie na Śląsku, to prawdopodobnie nie doszłoby do powstania „Solidarności”.

Te dwa porozumienia, które zostały podpisane w województwie katowickim, czyli w Jastrzębiu i w Hucie Katowice, są bardzo różne. W Jastrzębiu mnóstwo postulatów dotyczy życia codziennego górników, np. wolnych sobót lub uznania pylicy za chorobę zawodową. To pokazuje, że w „Solidarności” chodziło też o załatwienie zwykłych potrzeb ludzkich.

Natomiast porozumienie w Hucie Katowice ma już wyraźne elementy ogólnopolskie. Stanowiło, że „Solidarność” może powstawać nie tylko w tych zakładach pracy, które podpisały się pod porozumieniem, ale w całej Polsce. Jest to zapowiedź tego, co się wydarzyło później. Kiedy „Wujek” w grudniu 1981 r. zastrajkował, to w tym właśnie widzimy solidarność.

Taką pisaną przez małe „s”.

Solidarność jest wpisana w DNA górnictwa. Kiedy brygada pracuje na dole, to jeśli ktoś coś zawali, zginąć mogą wszyscy. Jest to sytuacja „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”. Niektórzy pytają, dlaczego właśnie górnicy na „Wujku” z taką siłą stanęli i walczyli o wolność. To jest właśnie ta wpisana w ich zawód solidarność.

Większość Polaków już nie kojarzy daty wprowadzenia stanu wojennego, 13 grudnia 1981 r., a w ostatnim badaniu CBOS-u z 2021 r. tylko dla 1/4 najmłodszych respondentów głównym źródłem wiedzy na temat tamtych czasów były relacje bliskich. Badacze pisali wtedy: „Wskazuje to na proces instytucjonalizacji wiedzy o tym okresie, która przestaje być przekazywana jako opowieść o indywidualnych przeżyciach, a staje się elementem historii. Pamięć o stanie wojennym powoli przestaje być częścią pamięci rodzinnej czy osobistej, przechodząc do sfery zbiorowej, zinstytucjonalizowanej”.

Jest Pan jedną z głównych osób w naszym regionie, które zarządzają tym procesem instytucjonalizacji. Jaka jest Pana wizja tego, co przeciętny mieszkaniec Górnego Śląska powinien pamiętać o „Solidarności”, kiedy pamięć lat 80. ostatecznie przejdzie do historii, tak jak powstania śląskie czy II wojna światowa?

Myślę, że już przeszła, choć oczywiście żyją jeszcze świadkowie tamtych wydarzeń. Jeszcze kilka, kilkanaście lat temu pod „Wujkiem” dochodziło do manifestacji i przyjeżdżali tutaj różni ludzie, także związki zawodowe, aby manifestować pewną teraźniejszość. Teraz jest to już mniej wykorzystywane politycznie.

Nasza wystawa w ŚCWiS jest tak przygotowana, żeby niejako przenieść młodzież w codzienność stanu wojennego, PRL-u i pokazać im emocje tamtych ludzi, aby przynajmniej w minimalnym stopniu zainteresowali się tym tematem, a także zapamiętali kluczowe daty 13 i 16 grudnia 1981 r.

Najbardziej zależy mi na tym, żeby wyszli stąd z poczuciem, że faktycznie tym dziewięciu poległym górnikom coś zawdzięczają, bo to oni zapłacili najwyższą cenę za naszą wolność. Jest to po części tworzenie pewnego mitu historycznego.

Instytucji zajmujących się „Solidarnością” jest w Polsce kilka. My na Śląsku jesteśmy jedyni i mamy przed sobą trochę inne zadanie – pokazać, że „Wujek” i „Solidarność” to jest moment przełomowy w śląskiej tożsamości i połączyć wszystkich ludzi, którzy tutaj dzisiaj mieszkają.

 

Użył Pan pojęcia mitu historycznego. W moim odczytaniu mit „Solidarności” jest przede wszystkim legitymizacją obecnego ustroju i klasy politycznej, nawet jeżeli jest ona podzielona i nawzajem sobie odmawia prawa do tej legitymizacji, do pamięci o „Solidarności”. Im ta opowieść jest potrzebna, bo uzasadnia ich władzę, ale jaki pożytek z tego mają mieć zwykli obywatele?

No dobrze, ale jeśli nie „Solidarność”, to co? Jeśli nie legitymizacja tej władzy, no to jakiej? Jak inaczej można było wtedy to rozegrać? Faktycznie transformacja w latach 90. była straszna. Ludzie obwiniają „Solidarność” i zmiany ustrojowe o to, że wtedy stracili pracę i nie mogli normalnie żyć. Tak, to dla wielu z nich jest prawdą.

Jednak ta transformacja doprowadziła nas do dzisiejszych czasów, kiedy jest inaczej, żyjemy lepiej. Mamy demokrację, rozmawiamy, kłócimy się, dyskutujemy, często bez sensu, ale możemy to robić i to jest właśnie sukces tego czasu.

Jest taki moment w 1980 r., kiedy powstaje „Solidarność” i komisje zakładowe przy kopalniach. Jak oni wtedy wybierali prezydia, to trwało to czasami po dwa, trzy dni. Dlaczego? Bo wszyscy przyszli się wygadać. Nigdy wcześniej nie mieli takiej możliwości, ponieważ nikt ich nie słuchał. Na tym polega obywatelskość i odpowiedzialność za słowo.

Często opowiadam historię, która dotyczy przewodniczącego Jana Ludwiczaka, od którego aresztowania zaczął się strajk na „Wujku”. 11 grudnia zakładowa „Solidarność” chciała go z różnych powodów odwołać ze stanowiska. Pytałem tych górników:

„To po jaką cholerę tego 13-go zastrajkowaliście w obronie Ludwiczaka, skoro sami chcieliście go odwołać na najbliższym posiedzeniu?” Odpowiedzieli mi: „Panie dyrektorze, pan nie rozumie. My żeśmy sobie go powołali, to my sobie go odwołamy, a nie, że ktoś go będzie w kajdankach wyprowadzał”.

Na tym polega solidarność i myślenie obywatelskie. My dzisiaj o tym zapominamy. Jeśli Pan pyta, co mamy z tej „Solidarności”, to właśnie powinno być to – wolność połączona z odpowiedzialnością.

Spójrzmy na te ostatnie 100 lat polskiego Śląska. Powstania śląskie lat 1919-1921 to jest właściwie wydarzenie lokalne. Doświadczenie II wojny światowej, owszem, obejmowało całą Polskę, w tym też polski Śląsk, ale jej specyficzne cechy tutaj, czyli volkslista czy tragedia 1945 r., raczej budują dystans między Śląskiem a Polską w pamięci historycznej, a nie ją przybliżają.

Dopiero epoka „Solidarności” była takim „plebiscytem”, w którym rdzenni Górnoślązacy, angażując się nie przymuszani przez nikogo w działalność związku, uczestniczyli w pełni we wspólnocie losów z Polakami. Wydaje mi się to momentem przełomowym, momentem integracji historii Śląska z historią Polski. Zgadza się Pan z taką tezą?

Ja nie tylko się z nią zgadzam, ale ja o niej często i głośno mówię. Pan wspominał o wcześniejszym okresie. Tam jest po prostu za dużo łez, za dużo krzywd. Mówię tutaj o Tragedii Górnośląskiej – o obozie „Zgoda”, wywózkach do ZSRR itd. Musimy sobie z tym poradzić tutaj na miejscu i spuścić ciśnienie z tych relacji, nazwijmy to, „polsko-śląskich”.

Jesteśmy teraz w takim momencie historycznym, kiedy z jednej strony musimy sobie budować fundamenty własnej tożsamości, ale z drugiej nie możemy tego robić tylko i wyłącznie na kolanach, w poczuciu żalu i straty. Musimy budować przyszłość.

Gdzie my jesteśmy po tych wszystkich przemianach tożsamościowych? No gdzie? W Polsce jesteśmy. Możemy tego nie lubić, nie zgadzać się z tym. Możemy rozmawiać i mieć różne poglądy na temat śląskości. A dlaczego? Nie dlatego, że wcześniej był rok 1945, tylko dlatego, że mamy wolność, którą wywalczyła „Solidarność”.

Mam wrażenie, że pamięć „Solidarności”, jako zbyt polska, zbyt zbliżająca historię Śląska i Polski, jest obecnie spychana na margines lokalnej debaty tożsamościowej, przynajmniej w tej jej części, która jest nastawiona na podkreślanie odrębności Górnego Śląska. Widać to po tym, jak dużo mówi się o Tragedii Górnośląskiej, podczas gdy temat „Wujka”, czyli innej zbrodni komunistycznej, jakby w ogóle nie istniał. Moje pytanie, programowo naiwne, brzmi: czy widzi Pan jakąś możliwość kompromisu między tymi pamięciami?

Każda historia zasługuje na opowieść. Oczywiście zgadzam się ze wszystkimi środowiskami, które walczą o pamięć Tragedii Górnośląskiej. Zresztą my też o niej w ŚCWiS opowiadamy.

Ze wszystkimi? Czy to znaczy, że zgadza się Pan także z tym, że „Zgoda” to był „polski obóz koncentracyjny dla Ślązaków”?

Kwestie nazewnictwa to jest temat do wyprostowania przez historyków. „Polski obóz koncentracyjny…” Jeśli zakładamy, że polska państwowość wtedy była, że jest ciągłość, to jaki on był, jeśli nie polski?

Myślę, że wiele znanych Panu osób powiedziałoby, że to był komunistyczny obóz, a nie polski.

Był komunistyczny, bo system był komunistyczny. To określenie jest niezwykle ważne, bowiem informuje, że tworzyli go nowi włodarze Polski, nie posiadający demokratycznej legitymacji.

W normalnych warunkach, bez pomocy Moskwy, nie mieliby szans na sprawowanie władzy w Polsce. Zawdzięczali ją Stalinowi i karnie wykonywali jego polecenia. Nie ma więc mowy o suwerenności ich decyzji.

Abstrahując od tego, jeszcze w 1945 r. do Polski przyjechał Mikołajczyk, a w 1947 r. demokratyczne PSL startuje w wyborach. Mamy z tego czasu umowy międzynarodowe, Polska była wtedy uznana przez wiele państw. Może warto byłoby zwrócić się do prawników i zapytać: „Słuchajcie, to w 1945 r. była ta Polska czy jej nie było?”.

Zresztą nie wiem, dlaczego określenie nazwy tych obozów ma być ważniejsze od badań nad ich funkcjonowaniem. Odnoszę wrażenie, że od kilku lat panuje zastój w tej materii, a my kłócimy się właśnie o nazewnictwo. Zabrzmi to może szokująco, ale wydaje mi się, że dla niektórych dosadne nazwanie tych obozów jest ważniejsze od upamiętnienia ofiar.

A w moim przekonaniu trzeba przede wszystkim pamiętać o ofiarach. Może jest czas, aby nazwać je po imieniu. Tymczasem nie do końca wiemy, jacy ludzie byli przetrzymywani w obozie w „Zgodzie”. Należałoby postawić takie pytanie badawcze, gdzieś to sprawdzić. O ile dobrze pamiętam, to w „Zgodzie” było np. kilku ludzi z Armii Krajowej. Więc to wszystko nie jest czarno-białe.

Spuśćmy ciśnienie z tej sprawy. Nie możemy cały czas płakać i żądać od kogoś przeprosin. Gdybyśmy trzymali się tej zasady, powinniśmy się domagać przeprosin za masakrę na kopalni „Wujek” od… Polski, za to, że strzelano do własnych obywateli.

Nie wiem, czy takie dyskusje prowadzą do czegoś konstruktywnego, za mało w nich jest pamięci (którą najlepiej realizują powołane do tego instytucje), a za dużo szukania wciąż winnych – choć oni już nie żyją.

Z okna Pana gabinetu można dojrzeć pomnik poległych na „Wujku” górników. Byłem raz na uroczystościach rocznicowych 16 grudnia, nawet składałem wieniec. Działałem wtedy w NZS-ie i uznałem, że trzeba w ten etos wejść. Wszystko to było bardzo patetyczne – grudniowa, mglista noc, podniosła ceremonia, składane wieńce… Czy nie uważa Pan, że jest to zbyt zaskorupiałe i zbyt nastawione na jedno, kombatanckie środowisko i oficjeli, którzy tutaj przychodzą, bo tak wypada?

Może faktycznie, jak się ogląda telewizję, to 16 grudnia wieczorem pod krzyżem-pomnikiem wygląda to patetycznie. I tak to powinno pozostać. Uroczystości trwają jednak cały dzień i biorą w nich udział różne środowiska.

Najważniejszy jest dla nas „żywy pomnik”, który widać o godzinie 11.00. Mamy wtedy 1200 dzieci i młodzieży z województwa śląskiego i z całej Polski, które biorą udział w Biegu Dziewięciu Górników, z każdej szkoły właśnie po dziewięciu. Wtedy też w całych Katowicach wyją syreny.

To jest sprawdzian naszej aktywności. Przez cały rok te szkoły przychodzą do nas na zwiedzanie i zawsze zadajemy sobie pytanie, czy coś w nich po tym zostaje. Okazuje się, że tak i dzieci chcą brać w tym udział, a tożsamość i „Wujek” są dla nich ważne. Jest to chyba jedyna tego typu impreza w Polsce z tak licznym udziałem młodzieży.

16 grudnia przez cały dzień pod krzyżem pojawiają się różne grupy związkowe. Np. o 12-tej przychodzi „Sierpień 80”, a popołudniem NSZZ „Solidarność” i „Solidarność 80”.  Najbardziej utkwiły mi w pamięci uroczystości w okresie pandemii.

Nie organizowaliśmy wtedy tych głównych obchodów. Pod pomnik przychodzili w zadumie i pokorze zwykli ludzie, aby złożyć kwiaty i wieńce. Można było wtedy dostrzec cały przekrój społeczny i polityczny.

Chciałbym dopytać o Państwa relacje z miastem Katowice. Czy miasto wystarczająco docenia historię „Wujka”? Czy nie można by z niej zrobić czegoś podobnego do tego, jak Warszawa zagospodarowuje pamięć o powstaniu warszawskim? Mamy tu punkt wspólny w postaci syren, choć w rocznicę rozlegają się nie w całym kraju, a w samych Katowicach.

Trochę idziemy tą drogą. Moim marzeniem byłoby zatrzymać miasto, tak jak w Warszawie. Miasto jest współorganizatorem naszej instytucji, która należy do niego w 49%, i tam, gdzie pomoc była bardzo potrzebna, stanęło na wysokości zadania.

A czy mogłoby jeszcze lepiej wykorzystać pamięć o „Wujku”? Myślę, że tak, że to jest taka pamięć, na której Katowice mogłyby jeszcze dużo zyskać. Gdy zapytamy statystycznego Polaka, co się mu kojarzy z Katowicami, zapewne w pierwszej kolejności padłaby odpowiedź „huty, kopalnie”, ale z pewnością w zestawieniu wysoko znalazłaby się także pacyfikacja „Wujka”.

Mimo że to tragiczna historia, to niesie kapitalny przekaz – walkę górników o wolność. Wydaje mi się, że dobrze byłoby, gdybyśmy mogli być bardziej aktywni PR-owo i mieć większe możliwości funkcjonowania w przestrzeni miejskiej.

Historia „Wujka” i 1981 r. była wielokrotnie przedmiotem zainteresowania twórców kultury. Dwa najbardziej znane dzieła to oczywiście Śmierć jak kromka chleba Kazimiera Kutza z początku lat 90. oraz późniejszy o ćwierć wieku spektakl Roberta Talarczyka grany co roku w grudniu w Teatrze Śląskim, czyli Wujek.81. Czarna Ballada. Co Pana zdaniem lepiej oddaje prawdę o tamtej epoce? A może „Wujek” jeszcze nie doczekał się swojego opus magnum?

Dzieło Kazimierza Kutza trzeba rozpatrywać w innych kategoriach. To był pierwszy po 1989 r. film, który mówił o poprzedniej epoce. Trzeba było przeprowadzić publiczną zbiórkę, żeby w ogóle powstał.

Jest to trudny, ciężki film i brakuje w nim też dynamiki. Nie spotkał się na początku z wielkim odzewem, ponieważ ludzie mieli wtedy inne problemy związane z transformacją i byli niezadowoleni z nowej postsolidarnościowej władzy. Być może powstał za wcześnie.

Nie zmienia to faktu, że był to ważny, początkowy element pamięci o „Wujku” i trafił do wielu ludzi, bo ciągle bywa powtarzany w telewizji. Może „Wujek” zasługuje na nowy film albo porządny serial. Próbujemy coś robić w tym kierunku, ale nie jest łatwo zainteresować kogoś tym tematem.

Co do Czarnej Ballady, to mam w niej osobisty udział. Lata temu, kiedy poznaliśmy się z Robertem Talarczykiem, wspólnie usiedliśmy i porozmawialiśmy. Okazało się, że temat „Wujka” jest nam obu bliski.

Narodził się wtedy pomysł na spektakl i zaczęliśmy go tworzyć. Scenariusz napisał Robert Talarczyk, ale dorzuciłem dużo elementów. Jako historyk nie zawsze się ze wszystkim zgadzałem, ale na tym właśnie polega sztuka.

Czyli Jan Paweł II wcale nie przyleciał śmigłowcem nad „Wujka”?

No, są tam takie fabularne wstawki, ale mimo wszystko jest to naprawdę dobra sztuka. To spojrzenie z perspektywy dzieciaków było dla mnie interesujące. Licencja na spektakl należy do nas i pamiętam, że pierwszą umowę podpisywaliśmy na cztery lata, a grają to już osiem, czyli nadal cieszy się zainteresowaniem.

I o to chodzi, bo naszym zadaniem jest szukanie różnych możliwości dotarcia z opowieścią o „Wujku”. Najlepiej temu służy nasza wystawa, która jest najnowocześniejszą wystawą historyczną w Polsce. No i przy jej otwarciu w 2021 r. obyło się bez skandalu.

Skandal przyciąga ludzi…

Jest w dzisiejszym świecie bardziej marketingowy i przyciąga więcej ludzi, jednak jakość jest dla nas ważniejsza. Tym bardziej, że większość odwiedzających to miejsce jest zachwycona, zwłaszcza multimediami i scenografią.

Mogę powiedzieć bez fałszywej skromności, że jest to numer jeden w Polsce. O Centrum pisał nawet „The Guardian”, a od Polskiej Organizacji Turystycznej otrzymaliśmy certyfikat „Najlepszego Produktu Turystycznego”.

Przyznam, że kiedy po raz pierwszy zobaczyłem wystawę, to miałem pewne wątpliwości. Jest multimedialna do tego stopnia, że wydawało mi się, że to taki historyczny lunapark, łącznie z prawdziwym czołgiem T-55 przebijającym mur. Zastanawiałem się czy to wszystko nie jest zbyt efekciarskie. Zmieniłem zdanie kilka lat później, kiedy zobaczyłem wystawę w Panteonie Górnośląskim. Tamta też reklamuje się jako multimedialna – co chyba obecnie jest obowiązkowe – jest jednak w istocie bardzo statyczna. Wtedy uznałem, że tutaj, w ŚCWiS, poszliście Państwo dobrą drogą.

Ta multimedialność wcale nie jest najważniejsza. Pierwsza rzecz, na którą trzeba zwrócić uwagę przy projektowaniu wystawy, to jakie ma się obiekty do dyspozycji. „Solidarność” to było tylko 16 miesięcy działalności, wiec zostało niewiele. Mamy znaczki organizacyjne, dokumenty, sztandary…

Niezbyt to ciekawe dla młodych ludzi.

No bo bądźmy realistami – o czym tutaj opowiadamy? O ludziach, którzy strajkują i śpią na styropianie. Temat sam z siebie niezbyt dynamiczny. Nad wystawą pracowaliśmy w małych zespołach, po dwie, trzy osoby. Spotkali się w nich scenografowie, ludzie od multimediów i historycy.

Na pierwszym spotkaniu to wyglądało w ten sposób, że historycy chcieli wrzucić do wystawy wszystkie książki razem z przypisami. Scenografowie z kolei w ogóle niczego by nie chcieli dawać. Trzeba było osiągnąć kompromis. Myślę, że się to udało i uzyskaliśmy dynamikę, a także pokazanie historii przez pryzmat współczesnego świata.

Jeśli ktoś przejdzie się ulicą Wincentego Pola, to zobaczy, że ŚCWiS jest obecnie zakryte rusztowaniami i że się rozbudowujecie. Proszę powiedzieć, co będzie w tej nowej części, a także czy mają Państwo dalsze plany na przyszłość?

Rozbudowa, która aktualnie ma miejsce, jest możliwa dzięki funduszom europejskim oraz urzędowi marszałkowskiemu. Będziemy tu mieć kolejne sale konferencyjne, sale warsztatowe do prowadzenia zajęć dla dzieci, bibliotekę, magazyny, a także biura, bo na razie cały czas musimy wynajmować pomieszczenia na terenie kopalni.

To będzie też takie miejsce, w którym po wyjściu z wystawy będzie można złapać trochę oddechu, spojrzeć na kopalnię z zielonego tarasu czy napić się kawy. Mam nadzieję, że te prace zakończą się w lutym 2026 r.

Przygotowujemy się teraz do zagospodarowania łaźni łańcuszkowej, czyli miejsca, w którym ks. Henryk Bolczyk odprawił mszę dla strajkujących górników. Było to bardzo prominentnie przedstawione: i w filmie Kutza, i w spektaklu Talarczyka. To miejsce powinno być dla nas tym, czym dla Gdańska jest sala BHP.

Mamy pomysł, aby jedno piętro łaźni zostawić całkowicie niezmienione, razem z ubraniami roboczymi, które tutaj nadal wiszą, tak jakby czas się tam zatrzymał. Być może dodamy do tego jakieś multimedia, ale bez naruszania tkanki historycznej tego miejsca.

Z kolei na drugim piętrze chcemy wszystko przebudować i zrobić galerię sztuki stanu wojennego. Mamy bardzo dużo obrazów z tamtego okresu i są w nich zawarte emocje artystów, którzy malowali to, co wtedy czuli. Idziemy w stronę sztuki właśnie po to, żeby poprzez nią ukazać emocje lat 80.

W niedalekiej przyszłości kopalnia „Wujek” definitywnie zakończy swoją działalność, a teren po niej zostanie zagospodarowany. Czy będzie Pan walczyć o to, żeby obronić ten obszar przed deweloperami i jak najwięcej zachować z kopalni?

Kopalnia „Wujek” jest ważnym elementem dziedzictwa technicznego Górnego Śląska. Rzeczywiście myślimy, że uda się zachować część naziemnej infrastruktury, a być może także poziom szkoleniowy 370. Podobnie – mam nadzieję – myślą miasto, urząd marszałkowski, wojewódzki konserwator zabytków oraz inne instytucje, z którymi staramy się na ten temat rozmawiać.

Moim marzeniem jest, żeby dalej jeździła tu kolejka wąskotorowa i woziła turystów, żeby było to miejsce otwarte na miasto, bez muru wokoło, po którym można swobodnie spacerować lub jeździć na rowerze. W budynkach poindustrialnych mogłyby mieć swoje siedziby firmy lub działać restauracje.

Pod jednym warunkiem: niczego nie będziemy zmieniać. Np. być może udostępnimy do zwiedzania kuźnię, ale taką, jaka teraz jest, czyli nie zostanie wywiezione stamtąd żadne urządzenie.

Czyli powinno to bardziej przypominać ostrawskie Witkowice niż Zollverein w Essen?

Tak, chciałbym, żeby ludzie mogli rzeczywiście poczuć kopalnię, a nawet zjechać pod ziemię. Będzie wtedy trzeba iść do łaźni, przebrać się, pobrać lampę i resztę sprzętu i z tym wszystkim zjechać na dół.

A co na to potencjalni deweloperzy? Rozmawiał Pan z nimi o tym?

Nie. Świat jest duży. Oni mają tyle miejsca, żeby się budować, niekoniecznie muszą to robić na „Wujku”.

Tekst jest częścią projektu pt. „imPressje Górnośląskie + Śląsk sztuką pisany vol. 2” jest dofinansowany ze środków Muzeum Historii Polski w Warszawie w ramach programu „Patriotyzm Jutra”. Wszystkie materiały w ramach projektu udostępnione są na licencji CC BY. Zachęcamy do ich  przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.