Ani mentzenizm, ani dewzrost. Jaki model rozwoju dla Polski?
Polska gospodarka osiągnęła wiele w ostatnich 30 latach, ale dotychczasowy model rozwoju wyczerpuje się. Wzrost płac, starzejące się społeczeństwo i zmiany globalnej polityki gospodarczej wymagają nowego podejścia – mówi w rozmowie z Klubem Jagiellońskim Ignacy Morawski, ekonomista „Pulsu Biznesu” i współautor raportu „Nowy model rozwoju Polski.
Polski model rozwoju się wyczerpał?
Zmierza ku wyczerpaniu, choć to nie jest proces, który dzieje się z dnia na dzień, czy nawet z roku na rok. W ostatnich 30 latach osiągnęliśmy bardzo wiele. W kolejnych 10–20 latach będzie jednak trudniej utrzymać dotychczasowe tempo wzrostu, bo stoimy przed innymi wyzwaniami niż dotychczas. Wiatr coraz częściej wieje nam w twarz, zamiast sprzyjać.
Co to właściwie znaczy „model rozwoju”?
Określenie „model rozwoju” to pewne uproszczenie. To nie jest tak, że można wejść do sklepu, przejrzeć różne modele i wybrać ten, który najbardziej się podoba.
Model rozwoju to rezultat zarówno świadomych działań, jak i międzynarodowego kontekstu, na który nie mieliśmy wpływu. Używając tego terminu, chcemy zwrócić uwagę na kluczowe cechy polskiej gospodarki, które w danym momencie decydowały o jej wzroście.
Co to były za kluczowe cechy?
Przede wszystkim bardzo wysoki wzrost wydajności, osiągnięty dzięki szybkiemu otwarciu się na konkurencję zagraniczną i napływowi kapitału z zewnątrz. Polska przyjęła wyjątkowo dużo inwestycji zagranicznych – w relacji do PKB zarówno u nas, jak i w całym regionie Europy Środkowej, wskaźniki te były znacznie powyżej średniej światowej.
Zagraniczni inwestorzy nie tylko wnosili kapitał, ale też wiedzę i know-how. Potrafili wykorzystać zasoby ludzkie, którymi dysponowaliśmy, a jednocześnie stawali się punktem odniesienia dla polskich firm. Te, obserwując ich działania, uczyły się i stopniowo wprowadzały podobne rozwiązania. Następowała dyfuzja technologii – zagraniczne firmy wprowadzały innowacje, a polskie przedsiębiorstwa je adaptowały. Dzięki temu wydajność pracy rosła bardzo szybko, nawet przy relatywnie niskim poziomie inwestycji krajowych.
Otwartość na świat, import technologii oraz szybka integracja z Unią Europejską były więc jednym z kluczowych elementów naszego modelu rozwoju.
Tylko one?
Nie. Drugim ważnym elementem było dobre wykształcenie Polaków. Wynikało to zarówno z nacisku, jaki w czasach komunizmu kładziono na kształcenie techniczne, jak i z boomu edukacyjnego lat 90. i 2000. Ogromny popyt na edukację brał się z przekonania, że jest ona drogą do sukcesu, lepszego życia, wolności i stabilizacji finansowej.
I dlaczego te elementy przestają działać?
Jeśli spojrzymy na oba czynniki – dobre wykształcenie społeczeństwa oraz otwarcie się na świat w wyniku transformacji gospodarczej – to dziś ich znaczenie jest inne. Nie będziemy już przyciągać kapitału zagranicznego w takiej skali jak dotychczas, a przewaga edukacyjna została w dużej mierze wykorzystana.
Dziś jesteśmy drożsi niż kiedyś, a to oznacza, że stajemy się bardziej wymagającym krajem dla inwestorów zagranicznych. Nowe projekty inwestycyjne będą więc trudniejsze, bardziej zaawansowane, a ich liczba – w relacji do PKB – może być mniejsza.
Jeśli chodzi o edukację, pod względem poziomu wykształcenia społeczeństwa praktycznie zrównaliśmy się z krajami Europy Zachodniej i trudno tu osiągać dalsze przewagi. Dodatkowo zmienia się struktura demograficzna – coraz mniej młodych ludzi wchodzi na rynek pracy, co sprawia, że znaczenie systemu edukacji publicznej będzie malało. Rosła będzie natomiast rola kształcenia ustawicznego, w którym wciąż jesteśmy słabsi niż kraje zachodnie.
Dlatego właśnie zwracam uwagę na dwa kluczowe elementy: napływ kapitału zagranicznego i poziom wykształcenia obywateli. Oczywiście wzrost gospodarczy to złożony proces zależny od wielu czynników, ale zawsze trzeba wybrać te, które w danym momencie wydają się najistotniejsze. Dla mnie są to właśnie te dwa.
Dlaczego jesteśmy drożsi?
To naturalny proces – kraj, który się rozwija, staje się droższy. W Polsce jednak przez wiele lat ten mechanizm nie działał. Choć gospodarka rosła, pozostawaliśmy krajem niskich cen. Szczególnie w dekadzie po kryzysie finansowym, gdy wiele państw pogrążyło się w stagnacji lub notowało spowolnienie, my mocno zdewaluowaliśmy walutę. Dzięki temu staliśmy się znacznie tańsi, a zarazem bardzo atrakcyjni dla inwestorów przemysłowych i usługowych, którzy korzystali z taniej i wydajnej siły roboczej, by produkować towary i usługi na eksport.
W momencie, gdy świat przechodził wstrząs, a zachodnie firmy szukały tańszych dostawców, Polska zaoferowała im dokładnie to, czego potrzebowali. To sprawiło, że 15 lat po kryzysie przeszliśmy znacznie łagodniej niż choćby Słowacja – związana euro i pozbawiona możliwości dewaluacji – czy Czechy, które były już gospodarką bardziej rozwiniętą i droższą.
Innymi słowy, przez długi czas nie doświadczyliśmy typowego wzrostu cen względnych, czyli aprecjacji realnego kursu waluty. Teraz jednak przechodzimy ten proces w bardzo intensywny sposób. W ostatnich trzech latach realny kurs złotego – skorygowany o różnice cen między Polską a innymi krajami – aprecjował najsilniej na świecie, poza Stanami Zjednoczonymi.
W raporcie czytamy, że jednym z filarów dotychczasowego rozwoju Polski są instytucje. Podtrzymuje pan to stwierdzenie?
Tak. Zbudowaliśmy nowoczesną gospodarkę rynkową, która wymagała odpowiedniego otoczenia instytucjonalnego: prawa regulującego działalność sektora prywatnego, stabilnej waluty, w miarę stabilnych finansów publicznych, ochrony własności prywatnej i konkurencji. To wszystko udało się stworzyć. Oczywiście, często jesteśmy krytykowani za nieprzejrzystość systemu regulacyjnego czy podatkowego – i słusznie – ale mimo to jesteśmy dziś w zupełnie innym miejscu niż 30 lat temu.
Słyszę u pana umiarkowany optymizm, ale w raporcie czytamy, że tylko jedna czwarta przedsiębiorców uważa, że państwo i prawo w Polsce chronią ich własność. Może więc nie wszystko z tymi instytucjami jest tak, jak powinno?
To prawda. Instytucje, które zbudowaliśmy, dobrze sprawdziły się w uruchomieniu wzrostu gospodarczego, przyciągnięciu inwestycji zagranicznych i nadrabianiu zapóźnień rozwojowych. Jednak wciąż dają one zbyt mało pewności krajowemu kapitałowi. Nasz system prawny jest zbyt słaby, by pobudzić większe inwestycje prywatne.
Nieprzejrzysty system regulacyjny jest mniejszym problemem dla dużych korporacji międzynarodowych. Mają one własne, rozbudowane działy prawne, dobre relacje z rządami i dodatkową ochronę trybunałów międzynarodowych. Zupełnie inaczej wygląda to w przypadku małych i średnich firm, dla których brak przejrzystości prawa jest dużo bardziej dotkliwy.
No właśnie, tymczasem w raporcie pada stwierdzenie: „czas na polski kapitał”. Jak to w praktyce osiągnąć?
Dziś, 35 lat po transformacji, wśród 10 największych firm w Polsce nie ma ani jednej prywatnej firmy krajowej. A w pierwszej setce takich firm jest zaledwie niespełna jedna trzecia. Największy polski biznes wciąż zdominowany jest przez przedsiębiorstwa państwowe i zagraniczne.
Co w tym złego?
Obie formy kapitału odgrywają ważną rolę w gospodarce i nie chciałbym ich deprecjonować. Kapitał zagraniczny wnosi do naszej gospodarki wiedzę, technologie, tradycje organizacyjne i oczywiście środki finansowe. Firmy państwowe także pełnią ważną rolę – w niektórych sektorach gwarantują bezpieczeństwo i stabilność.
Ale ostatecznie wzrost gospodarczy opiera się na innowacyjności, na odwadze w eksperymentowaniu i tworzeniu nowych rozwiązań. A ten mechanizm może rozwijać się przede wszystkim w firmach krajowych, bo to one są naturalnym obszarem generowania nowych pomysłów i budowania przewagi konkurencyjnej.
Kapitał zagraniczny nie eksperymentuje?
Firmy zagraniczne nigdy nie ulokują w Polsce swoich najbardziej rozwiniętych działów – tych odpowiedzialnych za badania, wiedzę, zarządzanie. Mówiąc obrazowo, nie przeniosą tutaj swojego „mózgu”.
A firmy państwowe?
Z natury rzeczy nie są one nastawione na ostrą konkurencję i innowacyjność. Ich rolą jest przede wszystkim zapewnienie stabilności i bezpieczeństwa.
Prywatne firmy krajowe są ważne, bo to w tym obszarze możemy liczyć na największą innowacyjność i najbardziej intensywne eksperymentowanie.
Jak je do tego skłonić?
Nie ma prostego sposobu, który pozwoliłby jak na pstryknięcie palcami przyspieszyć rozwój prywatnych firm. W naszym raporcie wskazujemy jednak dwa szczególnie ważne obszary.
Pierwszy to przejrzystość systemu regulacyjnego i podatkowego oraz skuteczna ochrona własności. Dane – o których pan wspomniał – pokazują, że w Polsce odsetek przedsiębiorców uważających, iż państwo chroni ich własność, jest bardzo niski na tle Europy.
A druga rzecz, może nawet ważniejsza niż ta pierwsza, to lepsza polityka przemysłowa. Dzisiaj politykę przemysłową prowadzą wszystkie kraje. I my też musimy, bo inaczej trudno nam będzie z nimi konkurować. Możemy sobie oczywiście wyobrazić świat w którym nikt nie chroni własnego rynku, świat wolnej konkurencji, ale taki świat nie istnieje. Musimy działać w takim świecie, w jakim jesteśmy. Więc powinniśmy prowadzić bardziej efektywną politykę przemysłową.
Co to znaczy?
Mam na myśli tworzenie rynków dla innowacyjnych rozwiązań. Innowacje nie rozwijają się dlatego, bo ktoś chce, żeby się rozwijały czy dlatego, że są dobre ze społecznego punktu widzenia. Innowacje rozwijają się wtedy, kiedy są potrzebne.
Nie jesteśmy innowacyjnym krajem?
Są w Polsce branże, które są bardzo innowacyjne – na przykład handel. Polska jest jednym z nielicznych krajów europejskich, w których Amazon nie jest dominującym sklepem internetowym. Powstało u nas wiele nowoczesnych firm handlowych, ale nie dlatego, że ktoś narzucił politykę „róbmy innowacje w handlu”. One rozwinęły się, bo był na nie popyt.
A w bardziej zaawansowanych technologiach?
I właśnie tu pojawia się wyzwanie. Chcemy mieć więcej innowacji w dziedzinach zaawansowanych: w przemyśle, w ochronie zdrowia, w usługach IT. I tu kluczową rolę odgrywa państwo, które w wielu sektorach jest głównym twórcą rynku.
Weźmy taką dziedzinę jak zdrowie. W Polsce to państwo jest największym zamawiającym, więc to ono w dużej mierze decyduje, jakie technologie są wykorzystywane i jakie produkty trafiają na rynek. Cyfryzacja w relacjach pacjenta z placówkami medycznymi już się zaczęła, ale potencjał jest znacznie większy. To rynek na tyle chłonny, że może napędzać rozwój nowych, innowacyjnych firm.
Podobnie w przemyśle – choć opiera się on głównie na eksporcie, to duże inwestycje krajowe w infrastrukturę i zbrojenia tworzą przestrzeń dla rozwoju prywatnych, krajowych przedsiębiorstw.
A co z zagranicznym kapitałem?
Nie chodzi o to, żeby eliminować zagraniczną konkurencję. Bez konkurencji nie ma rozwoju, tej zagranicznej także. Chodzi jedynie o większą świadomość tego, że polskie firmy powinny brać istotny udział zamówieniach o tworzenie rynków, które mają w sobie pewną przewidywalność, pewną przejrzystą trajektorię i które mogą naprawdę zapewnić polskim firmom możliwość oferowania innowacyjnych produktów.
Wcześniej mówił pan bardziej o inwestycjach, teraz bardziej o eksperymentowaniu i innowacjach. To co jest w zasadzie tym kluczem do rozwoju Polski? Innowacje czy inwestycje?
Myślę, że inwestycje są bardziej skutkiem rozwoju, a to innowacje są driverem. Inwestycje biorą się z innowacji, z tego, że firmy chcą wytwarzać nowe produkty i poszukiwać nowych sposobów na ich wytwarzanie. To sprawia, że gospodarka się rozwija, że ludzie są bardziej wydajni. Na jedną godzinę pracy, na jedną jednostkę wysiłku przypada więcej efektów, więc innowacje moim zdaniem, czy eksperymentowanie, szukanie nowych ścieżek produkcji, to nie chodzi tylko o nowe produkty, że było jasne. Innowacje to najważniejszy czynnik rozwoju.
Rozumiem, że nie jest pan zwolennikiem tezy, którą zdaje się głosić Sławomir Mentzen, że państwo ma po prostu się odczepić od rynku i pozwolić mu działać?
Absolutnie, nie. Trudno mi sobie wyobrazić gospodarkę bez dobrze zorganizowanego państwa – aktywnego, z jasno określonymi celami.
Państwo pełni kluczową rolę nie tylko jako regulator czy obrońca prawa, ale również jako twórca rynków – czyli zamówień na innowacyjne produkty. Rozwój wiedzy i technologii od zawsze był w pewien sposób powiązany z zamówieniami państwowymi. Pierwsze uniwersytety w Europie powstawały przecież jako kuźnie kadr dla administracji królewskiej.
Także później państwo często działało jako główny zamawiający, tworząc popyt na najnowocześniejsze rozwiązania. Było też kreatorem polityki gospodarczej, wspierając finansowanie dużych inwestycji i nowych technologii.
Żeby kraj potrafił odnaleźć się w globalnym systemie gospodarczym, potrzebuje silnego podmiotu, jakim jest państwo. Jestem zwolennikiem rozwoju opartego na sektorze prywatnym, ale w tym rozwoju państwo odgrywa istotną rolę.
W raporcie czytamy: „Jesteśmy bezpieczni finansowo, ale niebezpieczni rozwojowo”. Co to znaczy?
Jesteśmy krajem bardzo stabilnym finansowo, bo mamy stosunkowo niskie zadłużenie. Jeśli zsumujemy dług publiczny i prywatny, to w relacji do PKB w Polsce jest on dużo niższy niż średnia w krajach rozwiniętych i znacznie niższy niż w wielu gospodarkach wschodzących. Do tego mamy dobrze dokapitalizowany sektor bankowy – stabilny i odporny na kryzysy.
Problem w tym, że mamy mało finansowania dla nowoczesnych przedsięwzięć. Niedawno pojawił się przykład polskiej firmy farmaceutycznej, która buduje fabrykę na Słowacji, gdzie ma produkować odpowiednik jednego z popularnych leków, takich jak Ozempic. Kredyt na tę inwestycję miał zapewnić Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju – instytucja powołana w latach 90. z myślą o krajach w transformacji, takich jak Ukraina czy Turcja.
I tu pojawia się paradoks: z jednej strony chwalimy się, że nasze PKB per capita (w parytecie siły nabywczej) jest na poziomie Japonii, a z drugiej – nasz sektor finansowy nie jest w stanie finansować nowoczesnych, innowacyjnych projektów. Wciąż musimy korzystać z pomocy międzynarodowych banków rozwojowych, instytucji, które były tworzone na początku lat 90. w celu pomocy krajom będącym w transformacji rynkowej.
To pokazuje, że pod wieloma względami wciąż jesteśmy rynkiem wschodzącym, z niedostatecznie rozwiniętymi instytucjami wspierającymi innowacje.
Dlaczego przedsiębiorcy nie chcą zaciągać kredytów? A może to banki nie chcą ich udzielać? Czemu sektor start-upów i venture capital w Polsce jest na takim poziomie?
Bo jesteśmy krajem, który jest nastawiony na import technologii i imitację, a nie na rozwijanie własnych produktów, więc nie ma takiej potrzeby. Jeżeli zajmujemy się głównie imitacją, to nie potrzebujemy ryzyka eksperymentowania.
Naśladowanie jest fundamentem wczesnego etapu rozwoju każdego człowieka i każdego społeczeństwa. Każdy, kto obserwował kiedyś dzieci to wie. Na tym polega rozwój, na naśladowaniu, tylko że w pewnym momencie to naśladowanie się kończy.
Dzieciństwo się skończyło?
Doszliśmy do takiego momentu, kiedy naśladowanie, robienie czegoś tak samo jak inni, staje się coraz trudniejsze. Wszystko to, co było łatwe do naśladowania, już zrobiliśmy, zresztą bardzo efektywnie. I teraz trzeba poszukiwać nowych ścieżek, wymyślenia nowych, własnych technologii. Problem w tym, że nie ma na to zapotrzebowania, świat nie potrzebuje naszych technologii.
Nic nie mamy światu do zaoferowania?
Oczywiście, istnieją obszary, w których Polska wypracowała kompetencje i produkty liczące się także za granicą. Weźmy choćby zarządzanie wierzytelnościami. To branża, która w Polsce rozwijała się bardzo dynamicznie i z powodzeniem weszła również na rynki zagraniczne.
Dobrym przykładem są Włochy – tamtejszy system bankowy był skostniały, brakowało konkurencyjnych i efektywnych firm skupujących należności od banków. Polskie przedsiębiorstwa potrafiły wykorzystać tę lukę i świetnie się tam odnalazły.
Trzeba jednak przyznać, że w skali globalnej nasze technologie nie są powszechnie potrzebne – świat zazwyczaj ma własne rozwiązania. Dlatego tak ważne jest, by poprzez duże zamówienia publiczne w Polsce budować nowoczesne rynki i wspierać rozwój technologii odpowiadających na potrzeby naszego społeczeństwa i państwa.
A przyjmijmy na chwilę taki scenariusz: kontynuujemy dotychczasowy model. Polityka gospodarcza nadal prowadzona jest na autopilocie, a modernizacja „przez kserokopiarkę”. Co wtedy? Jakie są konsekwencje dla rozwoju Polski?
W pewnym momencie po prostu przestaniemy się rozwijać. Tak stało się w wielu krajach. W ostatnich latach przykładem mogą być Słowacja, Estonia, Węgry, – państwa, które albo zatrzymały się w rozwoju, albo zaczęły odstawać od granicy technologicznej świata, czyli od poziomu Stanów Zjednoczonych.
Nie da się jednoznacznie wskazać, gdzie leży granica kontynuowania obecnego modelu rozwoju. Niedawno byłem na prezentacji ekspertów Międzynarodowego Funduszu Walutowego, którzy argumentowali, że polski – czy szerzej środkowoeuropejski – model oparty na imporcie technologii może działać jeszcze przez wiele lat. Ale ich konkluzja również była taka, że stopniowo powinniśmy przechodzić na źródła wzrostu oparte na wewnętrznej innowacyjności.
Musimy sobie wyznaczyć nadrzędny cel rozwoju. Nie powinniśmy myśleć wyłącznie przez pryzmat PKB, bo PKB to tylko miara, nie cel sam w sobie. Celem powinno być społeczeństwo bardziej dostępne, a przez to szczęśliwsze. To są nasze cele. PKB jest jedynie narzędziem do ich mierzenia.
To jest pana teza, a co z alternatywnymi pomysłami na rozwój, jak choćby dewzrost, o którym niedawno mówiła pani Łapniewska na kongresie Regeneracja?
Nie jestem zwolennikiem tej teorii. Dla mnie wzrost to po prostu lepsze wykorzystanie dostępnych zasobów w celu zaspokojenia ludzkich ambicji i potrzeb. Nie musi oznaczać większej konsumpcji dóbr materialnych – chodzi przede wszystkim o bardziej efektywne wykorzystanie tego, co już mamy.
Na przykład?
Choćby transformacja energetyczna. Żeby ją przeprowadzić, potrzebny jest wzrost – nowe produkty, usługi, inwestycje. Wyobraźmy sobie, że pociąg z Warszawy do Krakowa dziś jeździ na energii z węgla, a za 10–15 lat na energii odnawialnej. To jest ta sama usługa z perspektywy klienta, ale wymaga wzrostu, bo wymaga opracowania nowych technologii i sposobów działania.
Czyli dewzrost nie ma sensu?
Moim zdaniem całkowicie pomija istotę wzrostu gospodarczego, którym jest innowacja i efektywność. Idea postwzrostu zakłada, że ludzie dobrowolnie zrezygnują z części swoich ambicji, konsumpcji czy potrzeb. To mało realistyczne.
Historia krajów rozwiniętych pokazuje, że można rosnąć i jednocześnie ograniczać zużycie energii z paliw kopalnych. To nie jest łatwe ani szybkie, ale możliwe. Wzrost nie musi iść w parze z większą eksploatacją zasobów naturalnych. Wręcz przeciwnie – może polegać na tworzeniu nowych, czystszych technologii.
Dlatego uważam, że jeśli chcemy żyć bezpieczniej i szczęśliwiej, wzrost jest niezbędny.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.
Ignacy Morawski
Gabriel Czyżewski

