Prawica nie powinna odrzucać wolnościowych ideałów
Bardzo dobrze się stało, że na prawicy zaczęła się dyskusja o tym, czy wolność – w tym zwłaszcza gospodarcza – powinna być traktowana jako pierwszorzędny składnik prawicowego spojrzenia na świat, czy też może jest tylko mniej ważnym dodatkiem, który należy traktować fakultatywnie. Problem polega na tym, że Mateusz Kukla znajduje się w tym sporze po niewłaściwej stronie.
Kluczowa dyskusja na prawicy
Debata, którą zapoczątkował niedawno Klub Jagielloński, jest zresztą i tak opóźniona, bo przecież powinna była się rozpocząć najpóźniej w momencie, gdy Mateusz Morawiecki ogłosił ze sceny w Siemianowicach Śląskich podczas kampanii wyborczej w roku 2019, że „robotnicza myśl socjalistyczna jest głęboko obecna w filozofii PiS” – partii nazywającej samą siebie prawicową. A może jeszcze wcześniej.
Dzisiaj naprzeciwko konserwatywnych liberałów – takich jak autor tego tekstu – stają dwie grupy oponentów z prawicy. Po pierwsze – zwolennicy paradygmatu narodowego, którym bliski jest raczej ordoliberalizm, a którzy sam liberalizm jasno uznają za błąd i szkodliwy system przekonań.
Druga grupa – której przedstawiciele są, jak się wydaje, liczni wśród członków i publicystów Klubu Jagiellońskiego – to zwolennicy szerokiego stosowania rozlicznych polityk publicznych, jednostronnie interpretujący naukę społeczną Kościoła jako sprzyjającą daleko posuniętemu solidaryzmowi i etatyzmowi oraz upatrujący leku na niemal wszystkie problemy w głębokiej interwencji państwa. Mniej więcej taki ma wydźwięk tekst pana Mateusza Kukli, polemizujący z moimi poglądami na rynek i wolność oraz zaliczający mnie do „starszego pokolenia” polskiej prawicy (za to powinienem się chyba obrazić), które rzekomo doktrynersko ma się trzymać liberalizmu.
Uczciwie trzeba jednak przyznać, że w jakiejś mierze różnica zdań może faktycznie wynikać z różnicy wieku, która determinuje również różnicę doświadczenia. Inaczej patrzy się na narastający interwencjonizm państwa, jeśli widziało się w ciągu swojego świadomego życia, jak po wybuchu wolności po 1989 r. sfera swobód stopniowo, ale bardzo konsekwentnie się kurczyła – a inaczej, jeśli świadome życie zaczęło się w czasach, kiedy była ona już bardzo wąska.
Co jest wrogiem Kukli: kapitalizm, wolność czy wolny rynek?
Niestety, tekst Mateusza Kukli zawiera wiele fałszywych stwierdzeń. Zacznijmy od tego, że Kukla nie pisze w nim krytycznie o wolnym rynku, systemie gospodarki rynkowej czy tym bardziej o wolności, ale generalnie o kapitalizmie. Stwierdza na przykład, że „starsze pokolenie polskich liberałów każdą krytykę kapitalizmu traktuje jak echo komunistycznej agitacji”. To sygnalizuje albo intencje autora, albo brak precyzji pojęciowej. Kapitalizm jest bowiem pojęciem szerszym niż wolność gospodarcza czy gospodarka wolnorynkowa. To gmach idei polityczno-gospodarczej, stojący w opozycji do socjalizmu czy komunizmu i posadowiony na niewzruszonej podstawie ekonomii: twierdzeniu wielokrotnie dowiedzionym empirycznie, że jedynie system oparty w ogólnym założeniu na rynkowym równoważeniu podaży i popytu jest w dłuższym okresie wydolny i zdolny do tworzenia bogactwa narodów (by odwołać się do tytułu dzieła fundamentalnego dla podstaw nowoczesnego liberalizmu gospodarczego).
Jeśli Kukla dystansuje się od kapitalizmu, to jest to znacznie dalej idący krok niż na przykład wezwanie do debaty nad granicami interwencji państwa czy ewentualnymi punktowymi ograniczeniami wolności gospodarczej z powodów społecznych. To wezwanie do podważenia samej podstawy systemu i dorobku jego klasyków, niezależnie od tego, z jakiej szkoły się wywodzą – od Adama Smitha do Henry’ego Hazlitta i Miltona Friedmana. Mam jednak nadzieję, że nie o to autorowi chodziło i że mamy po prostu do czynienia z nie do końca precyzyjnym użyciem pojęć.
Nie jestem jednak co do tego przekonany, skoro w innym miejscu Kukla pisze: „Kapitalizm, podobnie jak komunizm, nie jest doskonały – i również rodzi patologie; nie dlatego, że nie został w pełni wdrożony, lecz dlatego, że działa zgodnie ze swoimi założeniami”. Nie do końca wiadomo, czy autor ma na myśli to, że skoro żaden teoretycznie pomyślany system nie jest „doskonały” (bo człowiek nie jest doskonały), to nie jest taki również kapitalizm i mogą się w nim pojawiać patologie; czy też – że skłonność do tworzenia patologii jest niejako zaszyta w kapitalistycznym paradygmacie. Wnioskując kontekstowo, stawiam raczej na tę drugą interpretację, co ponownie wskazuje na krytykę całej doktryny kapitalizmu.
Tym bardziej że Kukla w tym zdaniu stawia w opozycji do siebie dwa kompletnie odmienne systemy o porażająco różnym bilansie, przedstawiając je jako dwie strony tej samej monety: komunizm i kapitalizm. Komunizm – z milionami ofiar na koncie, ze zrujnowanymi gospodarkami, wstrząsającą biedą i szalejącym zniewoleniem; kapitalizm – z wydobyciem milionów ludzi z biedy, radykalnym podniesieniem poziomu życia oraz idącą zwykle w parze wolnością. Doprawdy – kompletnie nietrafione zestawienie. Mało tego – gdyby być drobiazgowym, trzeba by się zatrzymać nad frazą „podobnie jak komunizm, nie jest doskonały”. Czyżby publicysta Klubu Jagiellońskiego sugerował tutaj, że komunizm ma jedynie pewne punktowe wady, ale co do zasady jest całkiem w porządku? Nie chce mi się w to wierzyć.
Przede wszystkim – zaiste, żaden pomyślany i wdrożony przez człowieka system polityczny czy społeczny nie jest „doskonały”. Doskonałe jest tylko Królestwo Niebieskie. My natomiast musimy brać pod uwagę, który system jest możliwie optymalny, a zatem który w najmniejszym stopniu sprzyja patologiom, ma najmniejszą skłonność do wypaczania się, generowania korupcji i problemów. Nie miejsce tutaj, aby drobiazgowo rozstrzygać, dlaczego wolny rynek ma w tych kwestiach przewagę nad etatyzmem. To temat na odrębną debatę. Trzeba jednak wspomnieć o choćby kilku podstawowych kwestiach.
Biurokracja, korupcja, lobbing
Po pierwsze – politycy i urzędnicy nie są nadludźmi. O ile w przypadku systemu rynkowego każdy konsument czy przedsiębiorca podejmuje decyzje na własny rachunek, to w systemie etatystycznym, z rozbudowanymi politykami publicznymi czy redystrybucją, decyzje polityków czy urzędników mają wpływ na ogromną liczbę ludzi i nie wynikają ze swobodnego wyboru tych ludzi. Podczas gdy błąd przedsiębiorcy szkodzi przede wszystkim jemu samemu, błąd, bezmyślność, niekompetencja urzędnika w systemie etatystycznym szkodzi bardzo wielu osobom bez konsekwencji dla podejmującego decyzję.
Po drugie – system etatystyczny tworzy olbrzymią pokusę korupcji oraz otwiera wielkie pole dla lobbingu. Gdy to państwo swoim głębokim zaangażowaniem reguluje drobiazgowo kolejne dziedziny życia czy działalności gospodarczej, przedstawiciele poszczególnych branż będą się starali wykorzystać te mechanizmy, aby pokonać konkurencję nie w grze rynkowej, ale poprzez wpłynięcie na decydentów tak, aby wprowadzili reguły korzystne dla danej grupy. Przykładów mamy wiele. Na takiej zasadzie wprowadzona została ustawa znana jako „apteka dla aptekarza”, podobnie lobbing oddziaływał na kształt ustawy wprowadzającej podatek cukrowy i tak dalej.
Frédéric Bastiat doskonale opisał ten mechanizm w swoim słynnym dziełku „Co widać i czego nie widać” (Ce qu’on voit et ce qu’on ne voit pas) z 1850 r., do dzisiaj pozostającym jednym z najlogiczniejszych i najmocniejszych wykładów o wyższości wolnego rynku nad etatyzmem. W rozdziale 7. „Restrykcja” Bastiat opisuje wyprawę pana Zabraniacza (Monsieur Prohibant) do paryskiej fabryki praw, aby ta zakazała kupowania tańszej stali w Belgii po to, żeby wymusić kupowanie droższej stali, produkowanej we Francji przez tegoż pana Zabraniacza.
Po trzecie – im więcej etatyzmu, tym więcej spraw, w których to nie obywatel decyduje, na co przeznaczy swoje pieniądze, ale za niego decyduje urzędnik lub polityk. To oczywiście jest w jakimś stopniu konieczne, gdy idzie o finansowanie podstawowych funkcji państwa, jednak we współczesnych etatystycznych państwach ta sfera jest zdecydowanie zbyt duża.
Po czwarte wreszcie – im więcej interwencji państwa w gospodarkę, tym mocniej zakłócone zostają naturalne rynkowe mechanizmy, regulujące ceny dóbr, co nieuchronnie prowadzi do ich deficytu. Nie ma bowiem doskonalszego mechanizmu stymulującego produkcję jakiegokolwiek dobra lub usługę niż mechanizm równoważenia podaży i popytu za pomocą wynikających z niego cen.
Kukla nie rozumie, jak działa wolny rynek
Z kilku miejsc tekstu Kukli można wnioskować, że chyba nie bardzo rozumie on, jak działa wolny rynek i czym kierują się jego uczestnicy. Weźmy następujący fragment:
„Tymczasem przedsiębiorcy, choć nie są krwiopijcami, jak lubi powtarzać lewica, nie są też herosami dźwigającymi nieboskłon. W większości to ludzie, którzy cenią niezależność finansową i chcą zarabiać szybciej, niż byłoby to możliwe na etacie. Nie mają ambicji ratowania gospodarki czy wydobywania mas z biedy – po prostu starają się maksymalizować zyski i minimalizować koszty. Wartość dodana dla społeczeństwa powstaje niejako przy okazji”.
Chciałoby się ironicznie zakrzyknąć: „Jak na to wpadłeś, Holmesie?!”. Mateusz Kukla pisze tak, jakby zdemaskował wielką tajemnicę wolnego rynku, podczas kiedy ten fragment jest kompletnym truizmem. Pierwsze słyszę, że ktoś miałby twierdzić, iż przedsiębiorcy mieliby mieć ambicję ratowania gospodarki albo „wydobywania mas z biedy”. Nie słyszałem żadnego wolnorynkowca – i z całą pewnością sam nigdy nigdzie nie napisałem – że któraś z tych motywacji napędza przedsiębiorców, aczkolwiek zapewne pojedyncze przypadki takich doktorów Judymów by się znalazły.
Oczywiste i jasne jest, że podstawową i fundamentalną ambicją przedsiębiorcy jest osiągnięcie zysku. To nie jest żadne odkrycie. To prawda, na której opiera się rynek w zasadzie od swojego zarania, a więc od tysięcy lat. Tam, gdzie próbowano odgórnie nakazywać, aby priorytety były inne, tam zawsze nieuchronnie kończyło się upadkiem gospodarki i biedą.
Równie oczywiste jest stwierdzenie absolutnie fundamentalne dla wolnorynkowych mechanizmów: że wartość dodana dla społeczeństwa powstaje „niejako przy okazji”. Na tym właśnie zasadza się piękno wolnego rynku: każdy pracuje dla siebie i swojej korzyści, zarazem pracując dla dobra wspólnego – ale nie dlatego, że ktoś tak nakazał albo uchwalił „Ustawę o obowiązkowym wspieraniu dobra wspólnego przez kapitalistycznych krwiopijców”, ale dlatego, że wolny rynek wykorzystuje najnaturalniejsze cechy ludzkiej natury, które etatystów niezmiennie obrzydzają: egoizm i chęć osiągnięcia zysku.
Kukla pisze:
„Kapitał rodzi kapitał i daje przewagę, więc wolny rynek sprzyja oligarchizacji. Czasem młode firmy z nowym pomysłem potrafią wyprzeć zasiedziałych graczy, lecz przy wysokich nierównościach staje się to niemal niemożliwe. Wielkie koncerny mogą bowiem wykupić konkurentów albo zablokować im rozwój. Tak kończy większość udanych start-upów – przejmują je giganci albo kopiują ich rozwiązania. Dlatego wizja Polski jako kraju drobnych przedsiębiorców jest nie do utrzymania bez interwencji państwa.
Część młodszej prawicy zdaje się to rozumieć. Nawet Sławomir Mentzen, pytany o rolę państwa w gospodarce, przywołuje przykład XIX-wiecznych amerykańskich monopoli, które dusiły rynek, dopóki rząd federalny nie rozbił ich odgórnie – paradoksalnie ratując w ten sposób kapitalizm przed nim samym. Czysty wolny rynek zawiera więc mechanizm autodestrukcji, który muszą równoważyć działania państwa”.
Z zagrożenia, jakie dla wolnego rynku stanowią zmowy czy monopole, doskonale zdawali sobie sprawę klasycy liberalizmu i stąd twierdzili, że państwo musi w takich sytuacjach wkraczać. Już Adam Smith dostrzegał zagrożenie monopolizacją, przy czym słusznie wskazywał, że jej przyczyny często leżą w działaniach rządów, które wspierają niektóre firmy, pompując ich pozycję. Fryderyk von Hayek między innymi w „Drodze do zniewolenia” jasno pokazywał, że państwo ma prawo i obowiązek przeciwdziałać monopolom.
Jeśli jednak wspomnieć wcześniejszy wniosek, iż nie ma systemów doskonałych, to możliwość powstania monopoli w systemie wolnorynkowym jest niebezpieczeństwem znacznie mniejszym – zwłaszcza gdy państwo ma środki do walki z nimi – niż istnienie firm państwowych w systemie etatystycznym. Takie firmy bowiem – o ile w ogóle działają w ramach konkurencji, a nie monopolu celowo przyznanego im przez państwo – stanowią konkurencję z gruntu nieuczciwą. To tak jakby na boisku sędzia jednocześnie był napastnikiem. Państwo posiada bowiem firmy i zarazem samo ustanawia reguły działania w gospodarce oraz w konkretnym sektorze.
Kukla walczy z chochołem i rzuca nietrafionymi przykładami
Skoro zaś mowa o rozbijaniu monopoli przez państwo – przy zachowaniu reguł wolnego rynku – mam wrażenie, że Kukla w dużej mierze walczy ze stworzonym przez siebie chochołem, być może myląc liberalizm z libertarianizmem i to w jego skrajnej postaci.
Pisze bowiem: „Gdyby deregulacja sama z siebie generowała bogactwo, najdynamiczniej rozwijałyby się kraje pogrążone w anarchii. Tymczasem kapitaliści mogą działać tylko tam, gdzie państwo zapewnia bezpieczeństwo, podstawowe warunki funkcjonowania, edukację, ochronę zdrowia i ogranicza negatywne skutki gospodarki, np. dla środowiska”.
Kontestowanie państwa jako takiego oraz przekonanie, że właściwie nie jest ono potrzebne, to nie jest pogląd liberalny, ale pogląd jednego z odłamów doktryny libertariańskiej, w dodatku skrajnego. Zwolennicy konserwatywno-liberalnego podejścia nie tylko nie kontestują państwa, ale nawet przeciwnie: podkreślają, że musi ono być dość sprawne, sile i zdecydowane, aby stworzyć firmom i obywatelom równe i uczciwe warunki działania. Tylko tyle i aż tyle. Jednak rozbudowany system interwencjonizmu państwowego jest przeciwieństwem takiej roli państwa, oznacza bowiem nieuchronne preferencje dla jednych, a utrudnienia dla innych.
Mateusz Kukla twierdzi, że państwo musi chronić swoje firmy przed konkurencją zagraniczną, która nie stosuje się do reguł wolnego rynku. Podaje też przykłady „dobrej” stymulacji: koreańskie czebole czy regulacje produktowe, wymagane przez UE. Oba te przykłady są kompletnie chybione. Czebole, takie jak Hyundai, Samsung czy Daewoo, są powszechnie znane jako przykład kompletnie nieefektywnych firm (w swojej najbardziej „czebolowej” fazie), które mając ochronę koreańskiego państwa, szafującego często absurdalnymi zamówieniami publicznymi, wyrodziły się w heteromorficzne potworki, produkujące wszystko – od kuchenek mikrofalowych, poprzez stal i samochody aż po statki.
Nieefektywność koreańskich gigantów była wręcz legendarna, podobnie jak – żadne zaskoczenie – powiązane z nimi afery i ich głębokie polityczne zakorzenienie. Liczbę poświęconych temu w latach 2000. artykułów w międzynarodowej prasie, takiej jak „The Economist” czy „The Wall Street Journal”, można by rachować w grubych tysiącach. Naprawdę, nie jest to wzór do naśladowania.
Podobnie złym przykładem są wymagania produktowe UE. W ogromnej części jest to czysto biurokratyczny, a nierzadko czysto ideologiczny rezultat rozdętej unijnej biurokracji, który dusi również rodzimych producentów. Mało tego – te wymagania mogą być elementem politycznej korupcji i obiektem lobbingu, będąc zatem zaprzeczeniem wolnorynkowych korzyści. Przykładem mogą być unijne regulacje dotyczące chociażby konfekcjonowania i klasyfikacji bananów (rozporządzenie wykonawcze KE 1333/2011 z grudnia 2011 r.), i tak prostsze niż poprzednie z 1994 r., zakładające określoną krzywiznę banana. Każda tego typu regulacja jest polem do działania dla lobbystów, którzy będą walczyć na przykład o zawarcie w niej wygodnych dla siebie wyjątków.
Państwo powinno chronić przedsiębiorców
Trzeba tu jednak zauważyć, że mówimy mimo wszystko o dwóch sferach działania państwa: polityce gospodarczej wewnętrznej i zewnętrznej. Faktycznie jest tak, że w wielu przypadkach polskie państwo powinno chronić naszych przedsiębiorców – ale dlatego, że ich zagraniczna konkurencja nie trzyma się reguł, których muszą przestrzegać ci rodzimi. Nie zawsze jest to jednak pożądane.
Tu dwa przykłady. Ukraińscy rolnicy – a w istocie wielcy producenci rolni – nie są zobowiązani do przestrzegania bardzo wyśrubowanych unijnych standardów produkcji żywności. Mimo to mają ułatwiony dostęp do unijnego rynku, na którym stanowią nieuczciwą konkurencję. Polskie państwo powinno ten dostęp do naszego rynku ograniczyć – niestety, nie może tego zrobić, ponieważ w tej mierze obowiązują nas unijne regulacje (a konkretnie do niedawna tzw. ATM, obecnie pod presją, aby jak najszybciej zastąpić je stałym porozumieniem DCFTA).
Z kolei chińskie samochody są znacznie tańsze od europejskich, bo i siła robocza w Chinach jest tańsza, i państwo chińskie stosuje tutaj pomoc publiczną. Ponieważ jednak koszt europejskiej produkcji motoryzacyjnej jest w dużej mierze skutkiem własnych unijnych regulacji, a Polska nie ma własnego przemysłu motoryzacyjnego – nie mamy interesu w tym, żeby stawiać bariery chińskiemu importowi. Który zresztą w wielu przypadkach nie jest już nawet importem, jako że Chińczycy zaczynają inwestować w produkcję w Europie.
Zarzut z kosmosu
W konkluzji Mateusz Kukla pisze coś zadziwiającego: „Gdy Łukasz Warzecha i inni liberalni publicyści nawołują do ograniczenia roli państwa, w praktyce nie wspierają polskich przedsiębiorców, lecz wielkie korporacje, które zyskują na tym najwięcej. Łączy się to z kolejnym problemem polskiej prawicy – bezrefleksyjną wiarą w Stany Zjednoczone, ich moc i dobrą wolę”.
Nie wiem doprawdy, z jakiego powodu Kukla przypisał mi „bezrefleksyjną wiarą w Stany Zjednoczone”, czyli pogląd, którego nie tylko nigdzie i nigdy nie wyrażałem, ale nawet przeciwnie – wielokrotnie wyrażałem pogląd dokładnie odwrotny. Co to z kolei ma wspólnego z dyskusją o pożądanym poziomie interwencjonizmu państwowego – także nie wiem.
Wiem natomiast, że przeregulowanie państwa i etatyzm nie sprzyjają polskim przedsiębiorcom, a już zwłaszcza małym i średnim, ale właśnie tym największym, w tym wielkim zagranicznym korporacjom. To one dysponują wpływami i koneksjami, umożliwiającymi oddziaływanie na polityków i urzędników w taki sposób, żeby regulacje były dla nich jak najkorzystniejsze.
Wałki, jakie właśnie te korporacje stosują w Polsce od lat, całkiem legalnie nie płacąc u nas podatków, są tego podręcznikowym przykładem. Wydaje się, że Kukla ponownie ulega w tym miejscu przeświadczeniu, że państwo to byt idealny, a nie struktura złożona z konkretnych ludzi, podatnych na nacisk, pieniądze, żądnych kariery czy tchórzliwych. Dlatego właśnie wpływ państwa na nasze życie i gospodarkę powinien być ograniczony do niezbędnego minimum.
Społeczne skutki transformacji? Nie przesadzajmy
Na koniec bodaj najbardziej kuriozalne stwierdzenie z artykułu mojego polemisty: „Sukces gospodarczy III RP okupiliśmy kosztami społecznymi, które ujawniają się do dziś: spadkiem dzietności, alkoholizmem, wzrostem przestępczości, masową emigracją czy zanikiem strategicznych branż. Transformacja nie była pasmem nieustających sukcesów, jak chcieliby widzieć ją niektórzy liberałowie”.
Brzmi to jak wyznanie wiary członka Partii Razem. Do jednego worka tej rzekomo straszliwej ceny sukcesu gospodarczego Kukla wrzuca kilka zjawisk kompletnie różnych i o różnych przyczynach.
Spadek dzietności jest problemem całego Zachodu, a przyczyny jego wyjątkowej intensywności w Polsce nie są do końca zbadane. Wiadomo, że dotyka on przede wszystkim społeczeństw zamożnych, trudno jednak uznać go za „cenę” zamożności. W przeciwnym wypadku musielibyśmy na serio zadać sobie absurdalne pytanie, czy może nie lepiej było trwać w szlachetnej biedzie, ale mieć więcej dzieci.
Rzekomo masowy alkoholizm – dziś fetysz wielkiej liczby środowisk w atmosferze sięgającej absurdu histerii – to mit. Konsumpcja alkoholu w Polsce w ostatnich latach notuje tendencję spadkową, a nasz kraj jest dopiero na 9. Miejscu wśród państw OECD (statystyka obejmująca 26 państw na 38 krajów członkowskich, z pominięciem krajów arabskich). Wiązanie tego zjawiska ze wzrostem gospodarczym jest bezpodstawne, nie ma do tego żadnych przesłanek. Faktem jest natomiast, że bogacenie się Polaków sprzyjało odejściu od mocnych alkoholi, zwłaszcza wódki, w kierunku słabszych, szczególnie piwa.
Kompletnym absurdem jest pisanie o wzroście przestępczości – fakty są dokładnie przeciwne. W 2000 r. stwierdzono 1,266 mln przestępstw, a w ubiegłym roku – 791 tys. Oczywiście w jednych kategoriach następował spadek, w innych wzrost, ale twierdzenie, że wzrost gospodarczy wywołał w Polsce wzrost przestępczości jest najzwyczajniej kontrfaktyczne.
Podobnie bezpodstawne jest wiązanie emigracji ze wzrostem gospodarczym. To po prostu sprzeczne z logiką – z zamożnego kraju się nie wyjeżdża. Masowa emigracja w latach 2000. wynikała z faktu, że państwa przyciągające Polaków – jak zwłaszcza Wielka Brytania i Irlandia – były zamożniejsze, stosunkowo bliskie i w dodatku posługiwano się tam najpopularniejszym w Polsce językiem obcym. W miarę, jak Polska się bogaciła, fala emigracji spadała. Dzisiaj mamy raczej problem z imigracją – typowy dla państw bogatszych.
Sukces gospodarczy III RP oczywiście nie wszystkim przyniósł wielkie powodzenie – to naturalne i oczekiwanie, że nie będzie żadnych przegranych, jest utopijne, a zatem niebezpieczne. Jednak twierdzenie, że został okupiony jakimś straszliwym kosztem w postaci społecznych patologii jest zwykłą demagogią.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.