Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Polityka sprzeczna z nauczaniem Kościoła? Co katolik powinien myśleć o migrantach

Polityka sprzeczna z nauczaniem Kościoła? Co katolik powinien myśleć o migrantach źródło: Wikimedia Commons

Katolik słyszy od Kościoła – otwieraj serce i granice, a od polityków, na których głosuje – buduj mury. Jak poradzić sobie z tym dysonansem?

Tekst został pierwotnie opublikowany w obszerniejszej wersji na łamach magazynu „Plus Minus”. Dziękujemy redakcji za możliwość przedruku!

Kościół kontra politycy

Za każdym razem, gdy zabieram głos w sprawie imigracji, zmagam się z dysonansem poznawczym. Część mnie podpowiada, że otwieranie Polski na imigrantów i uchodźców radykalnie odmiennych kulturowo jest poważnym i oczywistym błędem.

Owszem, dziś korzystamy z pracy cudzoziemców – prowadzą samochody w Uberze, dostarczają jedzenie, siedzą obok nas w biurach korporacji. Ale przykłady Niemiec, Francji czy Wielkiej Brytanii pokazują, że masowej imigracji towarzyszą dezintegracja społeczna, większa przestępczość i poczucie zagrożenia na ulicach.

Jest jednak i druga strona medalu. Ta każe widzieć w każdym, kto staje u naszych granic, przede wszystkim człowieka: kogoś uciekającego przed wojną, kogoś, kto został cynicznie wykorzystany przez autorytarną władzę, albo po prostu kogoś, kto szuka lepszego życia dla siebie i swojej rodziny. I nawet jeśli ten człowiek wygląda obco, wzbudza lęk, to czy mamy prawo zakładać, że stanowi dla nas zagrożenie?

Ten dysonans jest dziś powszechny w polskim Kościele. Nic dziwnego: zdecydowana większość praktykujących katolików głosuje na partie sceptyczne wobec imigracji – PiS czy Konfederację. A jednocześnie ci sami ludzie w kościelnych ławkach słyszą apele hierarchów – Grzegorza Rysia, Konrada Krajewskiego czy Krzysztofa Zadarki – by otwierać się na imigrantów i odrzucać plemienny język.

Nie warto tego rozdźwięku ukrywać ani pod politycznym hasłem „Polska dla Polaków!”, ani pod religijnym uproszczeniem „Jezus też był imigrantem!”. To realne napięcie, z którym trzeba się zmierzyć na poziomie intelektualnym, a nie emocjonalnym.

Symboliczny był tu lipiec w Łodzi. Jednego dnia konserwatywni wierni szli w marszu Konfederacji pod hasłem „Stop imigracji”. Następnego dnia w kościele słuchali listu arcybiskupa Rysia, w którym padło zdanie: „Każdy człowiek ma prawo wybrać sobie miejsce do życia”. Chwilę później Krzysztof Bosak – również odwołując się do chrześcijaństwa – ostro skrytykował te słowa. Kto ma rację?

To nie tylko polski problem. W lutym podobny spór rozegrał się w USA: rolę Bosaka odegrał J. D. Vance, a abp. Rysia – papież Franciszek. W efekcie chrześcijanie żyją w dwóch bańkach. W kościele słyszą wezwanie do gościnności. W polityce – do budowania murów.

„Uwolnić gniew i uwolnić miłość”

Chrześcijaństwo rzeczywiście podkreśla godność i wartość człowieka – każdy jest stworzony na obraz i podobieństwo Boga. To prawda fundamentalna, ale nierzadko odczytywana w sposób zbyt idealistyczny. Jakby każdy człowiek był z natury dobry, a naszym obowiązkiem było bezwarunkowe otwieranie granic.

Tymczasem chrześcijańska wizja jest bardziej realistyczna. Ojcowie Kościoła przypominają, że nikt nie traci Bożego obrazu wpisanego w duszę – nawet największy grzesznik. Z drugiej jednak strony, człowiek może swoim życiem upodobnić się do Boga albo radykalnie się od Niego oddalić. Nie można stracić całkowicie godności człowieka, bo zawsze pozostaniemy Jego dziećmi. Możemy jednak zatracić podobieństwo niemal do zera przez własne czyny. Dlatego nie da się każdego traktować tak, jakby był wcieleniem ideału.

Z tej perspektywy troska o wspólnotę i bezpieczeństwo nie stoi w sprzeczności z miłosierdziem. Chesterton w Ortodoksji pokazał, że łączenie pozornych sprzeczności jest cechą charakterystyczną chrześcijaństwa.

Angielski eseista pisał o stosunku do zła: trzeba jednocześnie „uwolnić gniew i uwolnić miłość” – gniew wobec zła, miłość w przebaczeniu dla grzesznika.

W kontekście imigracyjnym oznacza to, że nie możemy odwracać oczu od zła popełnianego przez imigrantów na Zachodzie. Z drugiej strony – nie wolno generalizować i potępiać samych imigrantów. Chrześcijaństwo pozwala na gniew wobec zła, a zarazem na przebaczenie i zrozumienie wobec ludzi biednych, wykorzenionych i zagubionych.

Podobnie jest z naturalnymi wspólnotami – rodziną, narodem, kulturą. Nie są one sprzeczne z chrześcijaństwem. Św. Paweł w Liście do Galatów pisał, że w Chrystusie „nie ma już Żyda ani poganina”. Nie oznaczało to jednak zniesienia różnic, lecz wskazanie, że droga do wyższej tożsamości – dziecka Bożego – prowadzi właśnie przez nasze ziemskie zakorzenienia.

Na tym polega realizm antropologiczny: chrześcijaństwo uczy, że człowiek jest stworzony do dobra, ale skażony grzechem. Dlatego potrzebuje wspólnot, które go kształtują, i reguł, które chronią przed złem.

Św. Augustyn wyraził to w doktrynie ordo caritatis – porządku miłości. Najpierw troszczymy się o najbliższych, potem o dalszych. Nie dlatego, że inni się nie liczą, ale dlatego, że nikt nie potrafi kochać wszystkich w ten sam sposób. Ta myśl, rozwinięta później przez św. Tomasza, daje nam dzisiaj wskazówkę: polityka migracyjna musi ważyć prawa imigranta i prawa wspólnoty przyjmującej.

Dlatego nie można zgodzić się z tezą, że „każdy ma prawo wybrać sobie miejsce do życia” w sposób absolutny. Bo oprócz praw przybysza istnieją prawa gospodarzy. Z drugiej strony – gdy stawką jest ludzkie życie na granicy, wygoda i lęki społeczne muszą ustąpić.

Chrześcijaństwo ma więc w swoim dziedzictwie narzędzia, by radzić sobie z tym napięciem.

Trudne zadanie

Śmierć papieża Franciszka jest tutaj głęboko symboliczna. Był to papież, który w sposób najbardziej radykalny sprzeciwił się antyimigranckim nastrojom społeczeństw zachodnich. Jednocześnie był to papież, w którego encyklikach – szczególnie we Fratelli tutti – pobrzmiewa melodia świata, który na naszych oczach się kończy.

Świata zglobalizowanego, trzymanego w ryzach liberalnym, powojennym ładem. Świata, w którym Kościół mówił językiem praw człowieka w harmonii z ONZ. W tej optyce papież Franciszek był ostatnim papieżem końca historii. Leon XIV funkcjonuje już w innej rzeczywistości.

Nie należy oczekiwać od papieża, że rozwiąże kryzys imigracyjny. Kościół potrzebuje jednak pogłębionej refleksji nad migracją – takiej, która bez rezygnacji z przesłania Ewangelii będzie brała za punkt wyjścia rzeczywistość, a nie jej wyobrażenie.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.