Rafał Trzaskowski zszedł na poziom Tomasza Lisa. Wierzy, że przegrał przez media i Hołownię
Rafał Trzaskowski podczas wywiadu na Campus Academy 2025; źródło: zrzut ekranu z https://www.youtube.com/watch?v=BdIXOlt2NKo
Krytykanckie media, zbuntowani koalicjanci i „trendy, które nie sprzyjają kandydatom, którzy są dobrze przygotowani do swojej roli” – tak Rafał Trzaskowski rekonstruuje swoją wyborczą porażkę. Jeśli rzeczywiście tak sądzi, to znaczy, że informacje o świecie czerpie z konta Tomasza Lisa.
Rafał Trzaskowski udzielił pierwszego wywiadu po przegranych wyborach. Podczas Campus Academy z prezydentem Warszawy rozmawiali Agnieszka Wiśniewska, Piotr Witwicki i Wojciech Szacki, czyli przedstawiciele szeroko rozumianego obozu liberalnego, ale nie platformerscy propagandyści.
Włodarz stolicy przyszedł tam z jasno określoną, z góry założoną agendą; pytania prowadzących traktował frywolnie, by nie powiedzieć, że miejscami po prostu je ignorował. Jeśli wypowiedzi Trzaskowskiego miały faktycznie jego główne powyborcze stanowisko, to znaczy, że Platforma Obywatelska po raz kolejny obrała kurs na ścianę.
Żadne odpowiedzi są gorsze niż proste
Prezydent Warszawy – pytany o powody wyborczej porażki – przyznał, że nie lubi przyczynkarskich odpowiedzi. Tych prawdziwych – jego zdaniem – należy bowiem szukać w długofalowych trendach. Jakich?
„Pamiętajcie, że trendy dzisiaj w Europie, trendy na świecie, nie sprzyjają kandydatom, którzy są dobrze przygotowani do swojej roli, którzy reprezentują środek, którzy cyzelują słowa, którzy nie są przyzwyczajeni do tego, żeby lawirować, oszukiwać albo robić bez przerwy skróty” – stwierdził Trzaskowski.
To jest właśnie piękny pokaz głębi refleksji w PO. Niby mówią, że nie można się obrażać na wyborców, że nie wolno się nabijać z inaczej głosujących, ale nie są w stanie powstrzymać się od wielkopańskich deklaracji, z ducha Geremkowych, których clou sprowadza się do mniej więcej do przekonania: „No dobrze, ludzie nie wiedzą, kto tak naprawdę zasługuje na głosy, ale trudno, musimy się z tym pogodzić”.
W ciągu ponad godzinnej rozmowy wiceprzewodniczący Platformy kilkukrotnie powiedział, że dziś wygrywają ci, którzy mają „proste odpowiedzi na skomplikowane problemy”, stawiając siebie w roli tego, który łaknie niuansu.
Nawet jeśli tak jest, to nie tu leży problem włodarza stolicy. Trzaskowski bowiem w większości przypadków albo nie ma żadnej odpowiedzi, albo ma wszystkie naraz. Trudno właściwie wyekstrahować z tego polityka jakieś poglądy, pomijając fakt, że zawsze chce być w głównym nurcie.
Prezydent Warszawy ze słabo skrywaną pretensją wyrzucał mediom i – jak rozumiem – również opinii publicznej, że mówiły, iż zmienił on retorykę na bardziej prawicową, np. w sprawie granicy. Mówił, że o to pytali go ludzie, a poza tym podział na prawicę i lewicę nie oddaje rzeczywistości.
Zostawiam na boku przeterminowane mody z historii idei. Czy gdy wyborcy na oddalonych od stolicy salach i halach chcieli się od Trzaskowskiego dowiedzieć, co zrobi w sprawie nielegalnej migracji, to czy naprawdę nie czuł, że nie ma im nic do zaoferowania? Że powtarzanie doraźnie sklejonych formułek nie odrobi dystansu we wiarygodności, jaki dzieli go w tym temacie od prawicy?
Winne media i koalicjanci
Słuchając wypowiedzi Trzaskowskiego, miałem nieodparte wrażenie, że – poza „trendami” – wini za swoją porażkę koalicjantów obecnego rządu i liberalne media. Sobie nie ma nic do zarzucenia, no może tylko to, że jest zbyt erudycyjny (naprawdę to powiedział!).
Przedstawiciele tych pierwszych, przeprowadzając rozmowę z prezydentem Warszawy, co i rusz spotykali się z uszczypliwościami – niby w konwencji żartu, ale pod szyderczą odczuwalna była niekłamana pretensja.
Trzaskowski opowiadał, jak to media wytykały mu zmęczenie, a powinny podziwiać jego tytaniczną pracę; wyraźnie sugerował, że Nawrocki miał od nich taryfę ulgową, bo „przecież gdybym ja coś takiego zrobił, to byłaby taka jazda”. Jak dodał, media „są wiecznie niezadowolone”.
Rozumiem, że najlepsze media to takie, które nie przeszkadzają, nie psują dobrego humoru, tylko wiernie kibicują, bo przecież nie można być „wiecznie niezadowolonym”. Rafał Trzaskowski z pewnością to pamięta, ale niedawno funkcjonowała w Polsce telewizja, która zachowywała się w ten sposób wobec głównych rywali włodarza stolicy, i bynajmniej im to nie pomogło.
Co przewrotne, ale bardzo charakterystyczne, politykom PO nigdy nie schodzą z ust slogany o wolnych mediach. Rozumiem, że chęć kultywowania wolności dziennikarskiej dalej jest w tej partii obecna, tylko trzeba limitować poziom swojego niezadowolenia.
Drugim winnym są jak zawsze źli koalicjanci. Trzaskowski stwierdził, że tylko PSL zachował się jak trzeba przy okazji wyborów prezydenckich. To kuriozalna opinia, biorąc pod uwagę fakt, że Szymon Hołownia ledwo zdążył powiedzieć „dobry wieczór” podczas swojego przemówienia po pierwszej turze, a już zadeklarował poparcie dla kandydata KO.
Mimo najszczerszych chęci nie wiem, co jeszcze marszałek Sejmu mógł zrobić. No może poza przeprosinami, że w ogóle śmiał wystartować.
Z Magdaleną Biejat było trudniej, bo wicemarszałek Senatu chciała się spotkać i porozmawiać o tym, czy Trzaskowski zrealizuje część z jej postulatów. To w istocie bezczelne, żeby wystawiać na taką próbę obrońcę demokracji, ale koniec końców i Biejat poparła kandydata KO, bo ten złożył obietnicę bez pokrycia, mówiąc, że zgadzają się co do problemu z mieszkaniami.
Jeśli Trzaskowski naprawdę w ten sposób tłumaczy swoją porażkę, to znaczy, że kłamie, gdy mówi, że nie interesuje go, kto co pisze w mediach społecznościowych. Z oglądu rzeczywistości wynika bowiem, że informacje o polityce czerpie z twitterowego konta Tomasza Lisa.
Zwieranie szeregów nie pomoże
Prezydent Warszawy uważa, że również dziś niespójność rządu to problem, za przykład podając piątkowe głosowania części posłów Polski 2050 de facto za dalszym procedowaniem niemiłych rządowi projektów: prezydenckiego o CPK i obywatelskiego o obowiązkowej religii lub etyce.
Trzaskowski widzi remedium w tym, by koalicja „mówiła jednym głosem”. W domyśle: głosem Platformy Obywatelskiej.
Dziś jak nigdy aktualne są słowa prof. Jarosława Flisa: „Platforma ma poczucie, że jako jedyna cokolwiek rozumie. Najlepiej gdyby mogła rządzić sama, ale niestety ciemni Polacy nie poznali się na jej wyjątkowości”.
Politycy Koalicji Obywatelskiej uważają, że koalicjanci to jedynie kula u nogi, w dodatku założona na własne życzenie. Działacze PO naprawdę wierzą, że rządzą dzięki nieodgadnionemu geniuszowi Donalda Tuska, który na marszu w październiku 2023 roku łaskawie pozwolił głosować na Trzecią Drogę.
Postawa Trzaskowskiego to oczywista konsekwencja takiego przekonania. Jeśli uważasz, że Hołownia i Kosiniak-Kamysz są w Sejmie nie dlatego, że byli wiarygodni jako partia środka, a jedynie dlatego, że wyciągnąłeś ich za uszy, to trudno takiego partnera szanować.
O tym, jak błędne jest to myślenie, Koalicja Obywatelska może przekonać się już za dwa lata. Na razie jednak postanawia się psuć sobie dobrych nastrojów. W końcu, jak powiedział Trzaskowski, to nie on popełnił błędy.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.