Edukacja zdrowotna. Kolejna „reforma” przeprowadzona byle jak
Od początku września byliśmy świadkami wielkiej kampanii plebiscytowej, która miała rozstrzygnąć o tym, czy projekt minister Barbary Nowackiej zyska poparcie większości uczniów i ich rodziców. Dlaczego edukacja zdrowotna została wprowadzona w pośpiechu, bez odpowiedniego przygotowania nauczycieli czy choćby dostarczenia im podręczników? Spór wokół tego przedmiotu może zadecydować o modelu edukacji i wychowania polskich dzieci w kolejnych latach.
„Nowoczesny przedmiot”, ochrona przed „szurią” czy „podstęp” Nowackiej?
Edukacja zdrowotna jest od kilku miesięcy przedmiotem zagorzałego sporu. Spór, tym głośniejszy, że w sposób zdecydowany włączył się w niego Kościół katolicki, na czele z Episkopatem, który wystosował do wiernych list apostolski przestrzegający przed zapisywaniem dzieci na zajęcia:
„W programie zajęć z edukacji zdrowotnej są treści wartościowe, takie jak troska o zdrowie fizyczne, higienę psychiczną czy rozpoznawanie zagrożeń. Jednak są też treści, które nie są zgodne z wiarą katolicką i narażają dzieci i młodzież na ryzyko poważnych niebezpieczeństw, mogących wpływać na całe ich życie, a także życie rodziny”.
Duchowni argumentują, że program przedmiotu stanowi zagrożenie dla katolickiej wizji rodziny, małżeństwa oraz dojrzałości dzieci i młodzieży. Podkreślają, że temat małżeństwa i rodziny został zmarginalizowany, a uwypuklono treści dotyczące tożsamości płciowej czy środowisk LGBTQ+, których wizja nie jest zgodna z nauką Kościoła.
„Zajęcia poruszające tak istotne i wrażliwe kwestie powinny powstać w oparciu o szeroką debatę społeczną. (…) zwracamy się do Was, Drodzy Rodzice wyznający katolicką wiarę, abyście głęboko rozważyli proponowane zajęcia z edukacji zdrowotnej i nie wyrażali zgody na udział swoich dzieci w tych zajęciach”.
Samo Ministerstwo Edukacji Narodowej w oficjalnych dokumentach pisze następująco: ,,Edukacja zdrowotna to nowoczesny przedmiot, którego celem jest wyposażenie dzieci i młodzieży w rzetelną wiedzę, umiejętności oraz postawy umożliwiające skuteczne dbanie o zdrowie własne i innych osób we wszystkich jego wymiarach: fizycznym, psychicznym, społecznym, środowiskowym i cyfrowym. (…) Edukacja zdrowotna to odpowiedź na pogarszające się wskaźniki zdrowia i dobrostanu zarówno dzieci i młodzieży, jak i dorosłych”.
W ostrzejszych słowach wypowiada się minister Barbara Nowacka, która w listopadzie 2024 r. podczas posiedzenia Sejmu stwierdziła, że „kto jest przeciwko rzetelnej edukacji zdrowotnej, reprezentuje porno lobby”, a w innym wywiadzie zobowiązała się „chronić szkołę przed szurią”.
Główną oś sporu stanowią dwa rozdziały podstawy programowej przedmiotu: „Edukacja seksualna” oraz „Dojrzewanie”. Zwolennicy edukacji zdrowotnej upatrują w niej remedium na największe problemy młodzieży. To „szansa na przełamanie barier i wyrównywanie szans edukacyjnych, świadomościowych. Tak naprawdę jest to jeden wielki program przeciwdziałania wszelkim formom przemocy. (…) Jest to warunek konieczny zdrowych relacji społecznych i przyszłości naszego społeczeństwa” – przekonuje Konrad Ciesiołkiewicz, członek państwowej komisji ds. pedofilii, na kanale Ministerstwa Edukacji Zdrowotnej.
Z kolei przeciwnicy wprowadzenia tego przedmiotu twierdzą, że starają się obronić młodzież przed indoktrynacją i deprawacją, której kolejnym, systemowym elementem jest wprowadzenie do szkół edukacji zdrowotnej. Na przykład Ordo Iuris pisze o „podstępnym planie Nowackiej”, upatrując w nowym przedmiocie strategii „mającej służyć przeforsowaniu w polskim systemie oświatowym permisywnej edukacji seksualnej pod pozornie niewinnym hasłem «edukacji zdrowotnej»”.
Skąd się wzięła edukacja zdrowotna?
By dotrzeć do początku tej historii, musimy cofnąć się do kwietnia 2024 r.. Wtedy to minister Nowacka na konferencji prasowej ogłosiła początek prac nad nowym przedmiotem, który miałby zastąpić dotychczasowe wychowanie do życia w rodzinie (WDŻ).
Następnie powołano zespół ekspertów pod przewodnictwem prof. Zbigniewa Izdebskiego, który zajął się przygotowaniem podstawy programowej nowego przedmiotu. Ten etap zakończono wraz z końcem czerwca, by już 3 lipca zorganizować publiczne wysłuchanie.
Eksperci, którzy na zlecenie MEN stworzyli projekt podstawy programowej, mieli okazję zapoznać się z opiniami przedstawicieli ponad 50 stowarzyszeń, organizacji i instytucji zajmujących się edukacją zdrowotną młodych osób. Część uwag miała zostać uwzględniona w ostatecznym projekcie.
Przygotowane projekty rozporządzeń wprowadzających do szkół nowy przedmiot zostały skierowane do konsultacji publicznych i międzyresortowych 31 października 2024 r. Projekt zakładał obowiązkowe nauczanie przedmiotu już od najbliższego roku szkolnego, czyli od 1 września 2025 r. w klasach IV-VIII oraz w szkołach ponadpodstawowych.
Konsultacje zakończyły się z dniem 21 listopada 2024 r. Jak raportuje MEN do podstawy programowej edukacji zdrowotnej dla szkół podstawowych i ponadpodstawowych przesłano łącznie 119 opinii, z czego 53, jak wyliczył portal demagog.pl, były głosami negatywnymi. Do rozporządzenia dotyczącego nauczania w szkołach treści na temat wiedzy o życiu seksualnym człowieka zgłoszono osiem stanowisk, w tym pięć negatywnych.
W raporcie MEN czytamy także, że „wpłynęło około 25 tys. protestów i sprzeciwów dotyczących przedmiotu edukacja zdrowotna (odnoszących się w większości do 2 z 10 działów tematycznych przewidzianych w projekcie rozporządzenia w zakresie podstawy programowej kształcenia ogólnego w zakresie przedmiotu edukacja zdrowotna tj. działów: «Dojrzewanie» i «Zdrowie seksualne» lub obowiązkowości tego przedmiotu”.
Koalicja na Rzecz Ocalenia Polskiej Szkoły podaje, że do MEN wpłynęły petycje podpisane łącznie przez ponad 200 tys. osób. Resort edukacji po przeanalizowaniu opinii wprowadził nieco korekt, usuwając część zapisów, a część rozszerzając. Najważniejszą zmianą było wycofanie się z obowiązkowości przedmiotu.
W wypowiedziach medialnych minister Nowacka tłumaczyła ten ruch mówiąc, że obecnie przedmiot będzie nieobowiązkowy, aby uniknąć „politycznej awantury”. Część komentatorów upatruje tu jednak politycznej rachuby – była minister zdrowia Izabela Leszczyna wprost stwierdziła, że „edukacja zdrowotna padła ofiarą kampanii prezydenckiej”.
6 marca 2025 r. minister Nowacka oficjalnie podpisała projekty rozporządzeń w sprawie podstaw programowych dla nowych przedmiotów – edukacji zdrowotnej oraz obywatelskiej. Ministerstwo Edukacji Narodowej oraz Ośrodek Rozwoju Edukacji zaczęły udostępniać materiały dla nauczycieli i rodziców.
1 września edukacja zdrowotna pojawiła się jako przedmiot nieobowiązkowy w szkołach podstawowych i ponadpodstawowych. Proces wprowadzania nowego przedmiotu przebiegł błyskawicznie: od ogłoszenia pomysłu w kwietniu 2024 roku do rozpoczęcia pierwszych zajęć minęło niespełna półtora roku. A wszystko to w klimacie nieustającego kulturowego i politycznego sporu.
Co zawiera podstawa programowa edukacji zdrowotnej?
Od początku września uczniowie uczęszczają na zajęcia edukacji zdrowotnej, na które zostali zapisani automatycznie. Rodzice (lub pełnoletni uczniowie) mieli czas do 25 września, by zrezygnować z zajęć. Jeżeli nie zrobili tego we wskazanym terminie, dzieci będą musiały uczęszczać na zajęcia do końca roku, bez możliwości późniejszej rezygnacji.
Podstawa programowa przedmiotu obejmuje 11 działów:
- Wartości i postawy.
- Zdrowie fizyczne.
- Aktywność fizyczna.
- Odżywianie.
- Zdrowie psychiczne.
- Zdrowie społeczne.
- Dojrzewanie (tylko w szkole podstawowej).
- Zdrowie seksualne.
- Zdrowie środowiskowe.
- Internet i profilaktyka uzależnień.
- System ochrony zdrowia (tylko dla szkół ponadpodstawowych).
Zakres przedmiotu jest naprawdę szeroki i interdyscyplinarny. Dzieci mają zdobyć dzięki niemu szereg istotnych informacji i kompetencji, takich jak rozpoznawanie zagrożeń cyfrowych, radzenie sobie ze stresem i emocjami, umiejętność rozpoznawania konsekwencji zdrowotnych złego odżywiania i braku aktywności fizycznej, umiejętność rozpoznawania manipulacji czy znajomość efektów zmian klimatycznych.
Większość treści nie wzbudza żadnych kontrowersji. Wiemy, że młodzież doświadcza dziś problemów zdrowia psychicznego, jest uzależniona od smartfonów, często nie wie, jak prawidłowo się odżywiać i uprawiać sport.
„Pierwszy raz jest rzetelny przedmiot, który ma szansę mówić kompleksowo o zdrowiu młodego człowieka i przygotować go do życia – od młodości do wieku senioralnego” – słowa wiceminister edukacji Katarzyny Lubnauer mają więc pewną podstawę.
Czytając opinie do przedmiotu, przesłane przez konserwatywne organizacje społeczne, zauważymy, że krytyka tematów spoza działu edukacji seksualnej pojawiała się sporadycznie i podkreśla głównie fakt, że tożsame treści pojawiają się w podstawie programowej innych przedmiotów.
Ordo Iuris, które wyraża radykalny sprzeciw wobec edukacji zdrowotnej, ograniczyło się do stwierdzenia, że ,,zagadnienia z szeroko pojętej profilaktyki zdrowotnej były i są obecne w dotychczasowej podstawie programowej kształcenia ogólnego. Tematyka ta omawiana jest już na etapie wychowania przedszkolnego.
Znajdziemy ją również we wszystkich dalszych etapach edukacji – zarówno w szkole podstawowej w klasach I-III i IV-VIII oraz w szkołach ponadpodstawowych. Kwestie te podejmowane są na przedmiotach takich jak biologia, przyroda, chemia, wychowanie fizyczne, edukacja dla bezpieczeństwa oraz wychowanie do życia w rodzinie”.
Poza szczegółowymi zarzutami czy wątpliwościami, wyrażanymi głównie przez konserwatywnych rodziców i ekspertów, niezwykle istotnym wydaje się cały kontekst wprowadzania edukacji zdrowotnej.
Ministerstwo zlikwidowało WDŻ, którego treści wpisane były w kontekst przygotowania do budowania trwałego związku i zakładania rodziny. Aktualnie edukacja seksualna jest natomiast elementem nauczania o szeroko pojętym zdrowiu – fizycznym, psychicznym, środowiskowym, społecznym.
Przedmiot przestawia więc akcenty i skupia uwagę uczniów na dbałości o zdrowie jako wartości nadrzędnej. Nikt nie przeczy temu, jaką wartość ma zdrowie, jednak zwłaszcza dzisiaj w obliczu kryzysów rodziny i relacji, ogromnej samotności czy fatalnych wskaźników demograficznych, wydaje się to pomysłem nieroztropnym. Zwłaszcza, że WDŻ wyrzucono bez jakiejkolwiek ewaluacji.
Problemem nie jest więc przedmiot jako taki, ale jego część – bardzo delikatny temat edukacji seksualnej, o której nie da się mówić w sposób neutralny światopoglądowo. Równie dużym kłopotem (chyba także dla samego przedmiotu i jego trwałości) jest tryb, w jakim zmiany są przeprowadzane.
Nowy przedmiot bez podręczników i wykwalifikowanych nauczycieli
Załóżmy, że celem, który przyświeca ministerstwu we wprowadzaniu jakichkolwiek zmian, nie są kalkulacje polityczne, ale dobro dzieci i chęć ich ochrony. MEN od początku prac nad programem zapowiadał, że przedmiot zostanie wprowadzony 1 września 2025 r. Przyjrzyjmy się bliżej temu, w jaki sposób spełniono obietnicę.
Mimo iż zajęcia trwają już od prawie czterech tygodni, do dnia dzisiejszego nie ma żadnego podręcznika, którym mogliby się posiłkować nauczyciele – na stronach rządowych znajdziemy jedynie pojedyncze scenariusze i materiały dydaktyczne do niektórych tematów, a także przykładowy program zajęć. Po przyjrzeniu się zamieszczonym treściom zauważymy, że jest to zbiór różnych opracowań w większości nie przygotowanych konkretnie dla edukacji zdrowotnej, a często np. dla zajęć zlikwidowanego WDŻ.
Jak czytamy na stronie MEN: „W Ministerstwie Edukacji Narodowej prowadzone są dwa postępowania w sprawie dopuszczenia do użytku szkolnego podręczników do edukacji zdrowotnej. Są to podręczniki do szkoły ponadpodstawowej”. Wygląda więc na to, że nauczyciele klas podstawowych podręcznika szybko się nie doczekają, skoro nie są prowadzone nawet prace w tym kierunku.
Dobry nauczyciel i specjalista w swojej dziedzinie z pewnością poradzi sobie nawet i bez podręcznika. Problem jednak w tym, że nauczyciele nie otrzymali też odpowiedniego przygotowania do nauczania przedmiotu.
Według rozporządzenia, uprawnieni do nauczania edukacji zdrowotnej są: „nauczyciele biologii, przyrody, wychowania fizycznego, wychowania do życia w rodzinie oraz nauczyciele psycholodzy. Ponadto osoby, które ukończyły studia przygotowujące do wykonywania zawodu lekarza, lekarza dentysty, farmaceuty, pielęgniarki, położnej, diagnosty laboratoryjnego, fizjoterapeuty, ratownika medycznego, albo studia w zakresie zdrowia publicznego, dietetyki albo żywienia człowieka i posiadają przygotowanie pedagogiczne”.
Biorąc pod uwagę obszerność podstawy programowej edukacji zdrowotnej, trudno oczekiwać, by nauczyciel wuefu czy biologii był specjalistą w zakresie higieny cyfrowej czy radzenia sobie z emocjami.
Obawy potwierdza Daniela Bartosiak z Mazowieckiego Samorządowego Centrum Doskonalenia Nauczycieli, koordynator ds. edukacji zdrowotnej, która mówiła w programie „Wykrywacz kłamstw” TVP: „Uczciwie rzecz ujmując, nauczyciele mogą czuć się nieprzygotowani do nauczania tego przedmiotu, przynajmniej w niektórych obszarach. Nie wszyscy są dokładnie wyedukowani w każdym dziale, bo jeżeli zerkniemy na informacje, kto może nauczać przedmiotu, to wiemy, że to powinno być wieloosobowe nauczanie. Nauczyciel wuefu może nie znać szczegółów dotyczących zdrowia środowiskowego albo systemu opieki zdrowotnej. Biolog może nie do końca orientować się w aktywności fizycznej itd.”.
W 2025 r. Ministerstwo Edukacji Narodowej podpisało umowy na realizację kwalifikacyjnych studiów podyplomowych dla nauczycieli w zakresie edukacji zdrowotnej z 11 uczelniami. Studia rozpoczęły się wiosną 2025 roku, co oznacza, że pierwszych absolwenci kierunku będą gotowi do pracy dopiero wiosną przyszłego roku.
Nietrudno zgadnąć, na kogo spadnie najwięcej gromów. To nauczyciele zmierzą się z ogromem materiału, brakiem pomocy dydaktycznych, oczekiwaniami dzieci i pretensjami rodziców.
Nowy przedmiot postanowiono wprowadzić od razu we wszystkich klasach, na obu poziomach nauczania. Na żadnym etapie przygotowania nie słychać było, że ministerstwo choćby rozważa przeprowadzenie pilotażu programu, wprowadzając go np. w wybranych szkołach, lub w skali całego kraju, ale tylko w wybranych klasach i odpowiednio dobierając treści.
Ministerstwo Edukacji nie dba o dobrostan psychiczny uczniów?
Pojawia się wiele sygnałów, że to, że edukacja zdrowotna została wprowadzona powszechnie w szkołach w całej Polsce, przysparza dyrektorom szkół sporych problemów. Ministerstwo sugeruje, by organizować zajęcia edukacji zdrowotnej na pierwszych lub ostatnich godzinach lekcyjnych, by dzieci nieuczęszczające nie miały „okienek”.
W wielu szkołach, zwłaszcza tam, gdzie klas jest sporo, nie uda się w ten sposób zorganizować zajęć. Dzieci muszą więc czekać , a szkoła musi zorganizować im do tego przestrzeń i opiekę.
O kolejnym problemie minister Nowacką alarmowała, jeszcze wtedy, gdy przedmiot miał być obowiązkowy, Rzecznik Praw Dziecka, Monika Horna-Cieślak. WDŻ, które zostało zastąpione przez edukację zdrowotną, realizowane było w każdym roku szkolnym w wymiarze 14 godzin rocznie. Edukacja zdrowotna przewiduje natomiast 1 godzinę w tygodniu przez 6,5 roku nauki, co oznacza, że uczniowie uczęszczający na zajęcia spędzą w szkole więcej czasu.
Rzeczniczka argumentuje: „Jest to o tyle istotne, że w projekcie podstawy programowej edukacji zdrowotnej zapisano, że uczniowie mają na tym przedmiocie uczyć się utrzymywać swój dobrostan psychiczny przez prowadzenie zdrowego stylu życia, w tym troskę o relacje społeczne i równowagę między obowiązkami a czasem wolnym. Wydaje się jednak, że paradoksalnie cel ten nie został uwzględniony przez projektodawców przy wprowadzaniu edukacji zdrowotnej”.
Słowa pani rzecznik są o tyle istotne, że spora część treści nowego przedmiotu jest już w jakiś sposób obecna w innych przedmiotach, a na 2026 rok ministerstwo szykuje kompleksowy przegląd i zmiany we wszystkich programach nauczania. Naturalnym krokiem wydawałoby się skorelowanie w czasie wprowadzenia edukacji zdrowotnej z innymi zmianami.
Ministerstwo z jednej strony odchudza programy nauczania, likwiduje zadania domowe, by odciążyć dzieci,a z drugiej dodaje nowy przedmiot, którego większość treści mogłoby uzupełnić obowiązujące przedmioty.
Nowy HiT w szkole?
Z perspektywy pierwszych czterech tygodni funkcjonowania edukacji zdrowotnej w szkołach można pomyśleć, że kierownictwo resortu edukacji zrobiło wszystko co mogło, by zniechęcić młodzież i rodziców do zapisywania się na nowy przedmiot. Grzechem numer jeden jest pośpiech. Znany polskiej szkole nie od dziś, powtarzany przy okazji praktycznie każdej systemowej zmiany i budzący grozę, głównie wśród dyrektorów i nauczycieli.
Trudno uwierzyć, że minister Nowacka nie przewidziała kontrowersji, które wywoła pomysł zmiany WDŻ na edukację zdrowotną. Wątpliwości u części rodziców wzbudziła już samo przesunięcie akcentów z wartości takich jak rodzina czy małżeństwo na dbałość o zdrowie.
Odsłonięcie kolejnych szczegółów podstawy programowej oraz ogłoszenie, że przedmiot ma być obligatoryjny, jedynie dolewało oliwy do ognia, który nie gaśnie do dzisiaj. Kontrowersyjne i delikatne tematy wymagają dyplomacji i rozmowy, a nie forsowania ich siłą. Wiedzą o tym rodzice, wyborcy, a tym bardziej powinni o tym wiedzieć politycy.
Nawet jeśli zgodzimy się z ministerstwem, że wiadomości zawarte w edukacji zdrowotnej są kluczowe, a przedmiot należy wprowadzić jak najszybciej, to resort wie także, że dwa kontrowersyjne rozdziały wywołują sprzeciw oraz falę rezygnacji z przedmiotu. MEN mogłoby najpierw wprowadzić treści niekontrowersyjne i dać sobie czas na wypracowanie kompromisu co do pozostałych.
Kiedy obserwujemy cały ten proces, a także funkcjonowanie przedmiotu w szkole, nasuwa się przykre wrażenie, że celem nie było optymalne przygotowanie wszystkich do wprowadzenia ważnego przedmiotu. Najwyraźniej ministerstwu chodziło po prostu o jak najszybsze wprowadzenie elementów edukacji seksualnej do szkół.
Trudno też uciec od skojarzeń z HiT-em – przedmiotem, który także budził sporo kontrowersji, mimo iż był poniekąd lepiej przygotowany, chociażby poprzez dostępność podręczników do jego nauki. Historię i teraźniejszość do programu nauczania w szkołach ponadpodstawowych w 2022 r. wprowadził minister edukacji i nauki w rządzie PiS Przemysław Czarnek.
Jego następczyni już na początku 2024 r. obiecała likwidację przedmiotu. Od września 2024 r. uczniowie, którzy rozpoczęli naukę w klasie I szkoły ponadpodstawowej, nie uczyli się już się przedmiotu historia i teraźniejszość.
W 2025 r. HiT zastąpiła edukacja obywatelska, wprowadzona zresztą tym samym rozporządzeniem co edukacja zdrowotna. Czy edukacja zdrowotna utrzyma się dłużej niż HiT? Pewnie wszystko zależy od tego, kto stanie na czele resortu edukacji w kolejnych latach.
A może potrzebna jest szeroka reforma całej podstawy programowej?
Czas biegnie, kierownictwa w ministerstwie się zmieniają, a schematy działań pozostają te same. Politycy nieustająco traktują szkołę jako pole światopoglądowych sporów i walki o poparcie, mało kto liczy się z nauczycielami, rodzicami, czy uczniami, którzy co parę lat muszą mierzyć się z niespodziankami w programie nauki. Edukacja zdrowotna jest kolejnym przykładem, jak nie przeprowadzać reform w polskiej szkole.
Warto jednak wyciągnąć z niej jakieś wnioski i zebrać obserwacje. Pozytywnym aspektem jest na pewno aktywizacja rodziców. Zawsze warto przypominać, że konstytucyjnym prawem i obowiązkiem rodziców jest wychowywanie dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami, a szkoła ma pełnić w tym zakresie funkcję pomocniczą.
Niebagatelnym argumentem zwolenników szybkiego wprowadzenia obowiązkowej edukacji zdrowotnej jest troska o dzieci z rodzin dysfunkcyjnych, które w sposób szczególny narażone są na przemoc i zaniedbania. Ale naiwnie byłoby sądzić, że jedna lekcja w tygodniu zapobiegnie takim problemom i zastąpi czujność oraz pracę wychowawców, szkolnych pedagogów i psychologów.
Maszyna ruszyła, przedmiot obowiązuje, a niebawem dowiemy się, ilu uczniów zdecydowało się na niego uczęszczać. Minister zapowiedziała na koniec 2025 roku ewaluację. Miejmy nadzieję, że zostanie ona przeprowadzona solidnie.
Warto zacząć od wypracowania porozumienia ze wszystkimi rodzicami i przygotowania propozycji, która będzie uwzględniała różne wrażliwości i przekonania rodziców, a przede wszystkim szanowała ich prawo do decydowania o wychowaniu własnych dzieci.
Jak wspomniałam, na 2026 r. szykowany jest projekt pod nazwą „Reforma26. Kompas Jutra”, czyli kompleksowa reforma całej podstawy programowej. Stawia to kolejną wątpliwość: dlaczego tak spieszono się z wprowadzeniem edukacji zdrowotnej, skoro i tak czeka nas całościowa zmiana?
Czasu nie cofniemy, warto jednak gruntownie przeanalizować podstawy programowe wszystkich przedmiotów i mądrze rozdysponować materiał. „Rozprowadzenie” go po różnych przedmiotach to pomysł, który mógł przynieść lepszy efekt niż nowy przedmiot, z którego wielu uczniów z pewnością się wypisze.
W alternatywnej wizji biolog opowiedziałby o dojrzewaniu i zdrowym odżywianiu, informatyk o cyberbezpieczeństwie i higienie cyfrowej, wuefista o aktywności fizycznej, a temat zmian klimatycznych omówiłby geograf. Oczywiście w podstawie programowej są treści, których tak łatwo nie przypiszemy do konkretnej lekcji, wciąż jednak wydaje się to łatwiejszym i sensowniejszym rozwiązaniem niż obciążanie całą obszerną tematyką jednego nauczyciela.
Edukacja seksualna a szacunek wobec przekonań rodziców
Edukacja seksualna to temat delikatny i wrażliwy, bardzo dobrze więc, że rodzice chcą brać za niego odpowiedzialność. Szkoła i rządzący muszą uznać nadrzędną rolę rodziców w wychowaniu dzieci.
Jeżeli uważamy, że treści obecne w rozdziale o edukacji seksualnej są wartościowe, należy przygotować podstawę w taki sposób, by uwzględniała ona głosy wszystkich grup, a przede wszystkim szanowała ich wartości. Bardzo dobrze podsumowują to specjaliści z Instytutu Profilaktyki Zintegrowanej:
„Od dziesięcioleci wiadomo, że obszar seksualności jest jednym z obszarów najsilniej polaryzujących polskie społeczeństwo. Widzimy to m.in. w gorących dyskusjach o aborcji, o antykoncepcji, o związkach partnerskich, o zagadnieniach tożsamości seksualnej i płciowej, czy wreszcie o modelu edukacji w obszarze seksualności. (…) Polaryzacja w społeczeństwie nie dotyczy tego, czy przekazywana wiedza jest oparta na wynikach badań naukowych, czy nie. Rodzice powszechnie pragną, by to, czego uczone są ich dzieci, miało dobre podstawy naukowe”.
Z pewnością na początek warto, by ministerstwo założyło, że rodzice nie są głupi czy zacofani, ale chcą wychowywać swoje dzieci według wyznawanych przez siebie wartości. Naturalnie, pod tym względem ludzie różnią się między sobą. Demokracja polega również na tym, że szanujemy prawo do tych różnic. A wprowadzanie czegokolwiek wbrew woli i prawom części rodziców, zwłaszcza w sposób arogancki i siłowy, z pewnością nie sprzyja temu, by wzbudzić ich zaufanie i zachęcić do współpracy.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.
