Nawrocki grozi Rosji i Niemcom, Sikorski bije brawo, Polska odzyskuje twarz
Polska dyplomacja w ONZ pokazała siłę. Prezydent Karol Nawrocki ostro skrytykował Rosję, minister Radosław Sikorski dopełnił jego słowa, a wspólne zdjęcie obu polityków stało się symbolem, że w kluczowych sprawach potrafimy mówić jednym głosem
W Klubie Jagiellońskim często narzekamy, wytykamy błędy i mówimy, co w Polsce idzie nie tak. Czasem mam wrażenie, że to nasz sport narodowy – krytykowanie wszystkiego i wszystkich. Są jednak takie chwile, kiedy naprawdę warto odłożyć na bok ironiczne uśmiechy i po prostu powiedzieć: to był dobry dzień dla Polski. Dobry dzień dla naszej dyplomacji, ale też – szerzej – dla polskiej polityki.
ONZ – organizacja krytykowana, ale nie do zastąpienia
Każdego roku we wrześniu światowi liderzy zjeżdżają się do Nowego Jorku na szczyt Organizacji Narodów Zjednoczonych. Sama organizacja od lat budzi mieszane uczucia. Krytycy mówią, że to martwa struktura, że nie ma realnego wpływu, że decyzje Rady Bezpieczeństwa i tak blokują mocarstwa. A jednak – wszyscy jadą. Dlaczego?
Po pierwsze, to jedyne miejsce, gdzie można spotkać tak szerokie grono przywódców i dyplomatów z całego świata. Rozmowy, które w normalnych warunkach wymagałyby miesięcy przygotowań, tu odbywają się w kilka dni. Po drugie, to okazja, by zaprezentować swoje stanowisko wobec globalnych problemów. I właśnie dlatego Polacy – prezydenci i ministrowie spraw zagranicznych – co roku tam są.
Tegoroczna, jubileuszowa, osiemdziesiąta sesja była szczególna z polskiej perspektywy. Po raz pierwszy na forum ONZ przemawiał nowy prezydent Karol Nawrocki, a obok niego – dobrze już znany w światowych kręgach Radosław Sikorski, szef MSZ.
O wystąpieniu Sikorskiego sporo już powiedziano i napisano – krążyły fragmenty na portalu X, nagrania, komentarze. To jednak Karol Nawrocki zaskoczył najbardziej.
Twardy język wobec Rosji
Nowy prezydent dał się dotąd poznać jako polityk często krytyczny wobec Ukrainy. Mówił ostro o Wołyniu, kwestionował pewne elementy polityki wobec uchodźców. Wielu spodziewało się więc, że jego podejście do wojny będzie chłodniejsze niż poprzedników.
Mimo to na forum ONZ Nawrocki zabrzmiał jak rasowy antyrosyjski jastrząb. Porównał odpowiedzialność Rosji do odpowiedzialności Niemców w Norymberdze. Padły mocne słowa o imperialnym charakterze wojny, o łamaniu prawa międzynarodowego, o deptaniu praw człowieka.
I co ważne – mówił językiem zrozumiałym nie tylko dla Europy, ale też dla państw Globalnego Południa. Przypomniał, że Polska nigdy nie prowadziła polityki kolonialnej, a wręcz sama była ofiarą zaborów. To argument, który trafia do krajów mających własne doświadczenia kolonializmu.
Co ciekawe, wystąpienie Nawrockiego nie było radykalnym zwrotem, lecz raczej kontynuacją linii Andrzeja Dudy. Polska konsekwentnie od kilku lat mówi na forum ONZ: Rosja prowadzi wojnę imperialną, Ukraina broni nie tylko siebie, ale też podstawowego ładu światowego.
To właśnie ta ciągłość jest największą wartością. Bo w dyplomacji liczy się przewidywalność. A jeśli polski prezydent – niezależnie od nazwiska – mówi to samo, partnerzy wiedzą, że Polska jest wiarygodna.
Czy to znaczy, że Nawrocki zapomniał o swoich wcześniejszych ostrzejszych wypowiedziach wobec Ukrainy? Niekoniecznie. Wszystko wskazuje na to, że będzie prowadził politykę dwutorową: asertywną w kwestiach bilateralnych (Wołyń, rozszerzenie NATO i UE, sprawy historyczne), i zdecydowanie rosyjsko-sceptyczną w kwestii wojny.
To podejście pragmatyczne. Polska może twardo stawiać warunki Kijowowi tam, gdzie ma własne interesy, a jednocześnie konsekwentnie wspierać Ukrainę wobec agresji Moskwy.
Można zapytać: no dobrze, ale czy to tylko słowa? Rzeczywiście, w polityce międzynarodowej są dwa obozy. Jeden mówi: dyskurs kształtuje rzeczywistość, a kto kontroluje język, ten kontroluje sytuację. Drugi odpowiada: liczą się tylko realne decyzje, dywizje i pieniądze.
Prawda leży pośrodku. Bez słów nie da się prowadzić dyplomacji, bo to właśnie słowa tworzą ramy, w których później działają fakty. Ale jeśli za słowami nie idą działania – wówczas cała konstrukcja się rozpada. Wystąpienie Nawrockiego powinno być więc traktowane jako początek, fundament pod dalsze decyzje.
Nie można pominąć też szerszego kontekstu. Tego samego dnia swoje mocne wystąpienie miał Donald Trump. Jego krytyka Rosji, deklaracje wsparcia dla Ukrainy i spotkanie z Zełenskim – to wszystko sprawiło, że polski głos wybrzmiał jeszcze mocniej.
Można powiedzieć, że Trump dołożył „silnik odrzutowy” do polskiej narracji. Światowe media i tak skupiały się na nim, ale zbieżność stanowisk Polski i USA w sprawie Rosji była czytelnym sygnałem: front przeciwko Moskwie nie pęka.
Symboliczne zdjęcie
I tu dochodzimy do obrazka, który obiegł Internet. Widać na nim prezydenta Nawrockiego siedzącego obok Sikorskiego, w towarzystwie ambasadora Krzysztofa Szczerskiego i ministra Marcina Przydacza. Uśmiechnięci, w dobrych nastrojach.
Nie byłoby w tym nic wielkiego, gdyby nie fakt, że jeszcze chwilę wcześniej relacje między kancelarią prezydenta a MSZ-em były pełne napięć. Spory o notatki, o ambasadorów, o samolot do Waszyngtonu. A tu nagle widzimy wspólny front. Władze zdecydowały się wrzucić zdjęcie do sieci. To znaczy, że chciały wysłać sygnał: potrafimy mówić jednym głosem.
Niektórzy uważają, że politycy to zimne maszyny, które realizują zapisane strategie. Nic bardziej mylnego. Polityka to także emocje. Gdy ktoś publicznie dogryza drugiemu, to zostawia ślad. Konflikt eskaluje.
Dlatego takie momenty jak wspólne zdjęcie z ONZ są ważne. Nawet jeśli nie ustalono przy tym żadnej wielkiej strategii, to jednak powstała chwila odprężenia. A to może powstrzymać kolejne kłótnie i ułatwić współpracę, gdy stawką będzie bezpieczeństwo państwa.
Żyjemy w czasach, gdy porozumienie polityków budzi zdziwienie, a nawet oburzenie. Elektoraty oczekują od swoich, by nie podawali ręki przeciwnikom. To efekt polaryzacji – teatr, w którym trzeba udawać, że druga strona to wcielone zło.
A przecież w wielu sprawach – jak polityka wobec Rosji – między obozami różnic praktycznie nie ma. I może właśnie dlatego zdjęcie z Waszyngtonu było tak cenne: pokazało, że w fundamentalnych kwestiach Polska potrafi mówić wspólnie.
Oczywiście nie łudźmy się – jutro znów zobaczymy kolejne spory, kolejne wzajemne uszczypliwości. Tak wygląda polityka. Ale takie momenty jak ten z ONZ tworzą minimalny kapitał zaufania. I to już dużo.
Najlepszy scenariusz? Politycy współpracują tam, gdzie podzielają swoje poglądy. To jednak nie zawsze realne w realiach tak silnej polaryzacji, jaką mamy w Polsce.
To, na co możemy więc liczyć, to publiczne wojenki (by zaspokoić emocje najbardziej rozgorączkowanej części wyborców), pod płaszczykiem których toczy się jednak w miarę normalna współpraca.
Ktoś powie, że pachnie to hipokryzją. Tyle tylko, że alternatywą jest wojna zarówno na zewnątrz, jak i za kulisami. A na to już nie możemy sobie pozwolić.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.
