Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

A co, jeśli Rosja zaatakuje w 2027? Albo chaos, albo rząd jedności narodowej

przeczytanie zajmie 4 min
A co, jeśli Rosja zaatakuje w 2027? Albo chaos, albo rząd jedności narodowej autor ilustracji: Bruno Dziadkiewicz

W obliczu konstytucyjnego kryzysu polska klasa polityczna stoi przed jednym z najtrudniejszych testów: przygotowaniem ustroju na ewentualną rosyjską agresję. Zagrożenie nie sprowadza się tylko do obcych czołgów i dronów – równie groźny może być paraliż wynikający z własnych podziałów politycznych.

Pytanie o to, czy Rosja zdecyduje się zaatakować Polskę, stało się stałym elementem debaty publicznej, a polityka zbrojeń — częścią ogólnonarodowego konsensu. Choć po 2023 roku rządząca koalicja zmieniła wiele kierunków polityki prowadzonej przez Prawo i Sprawiedliwość, w obszarze obronności mamy do czynienia z ciągłością: ministerstwo kierowane przez Władysława Kosiniaka-Kamysza kontynuuje kurs zapoczątkowany wcześniej.

Trzeba pamiętać, że Rosja od dawna łączy agresję militarną z działaniami dezinformacyjnymi i społecznymi, które służą osłabianiu przeciwników od wewnątrz. Najskuteczniejszym posunięciem agresora bywa nie tylko atak zbrojny, lecz także wykorzystanie lub wywołanie wewnętrznych kryzysów, by sparaliżować obronę i zdyskredytować ofiarę na arenie międzynarodowej.

Co przyniesie 2027 rok?

Od połowy 2025 roku coraz poważniej rozważano możliwość rosyjskiej agresji na Polskę w 2027 roku. Data ta wydaje się szczególnie niebezpieczna, bo zbiega się z terminem wyborów parlamentarnych.

Konstytucja RP przewiduje w takiej sytuacji możliwość wprowadzenia stanu wojennego (art. 229), który – w przeciwieństwie do innych stanów nadzwyczajnych – nie ma ograniczenia czasowego. Co więcej, art. 228 ust. 7 zakazuje organizacji wyborów w czasie stanu nadzwyczajnego oraz przez 90 dni po jego zakończeniu, automatycznie przedłużając kadencję organów władzy.

Możliwe są więc dwa scenariusze. Pierwszy – niemal absurdalny – to organizacja wyborów w warunkach wojny, bez wprowadzenia stanu wojennego. To oznaczałoby złamanie konstytucji i kompromitację państwa, które w obliczu agresji zajmuje się głosowaniem zamiast obroną niepodległości.

Bardziej prawdopodobny jest drugi wariant: wprowadzenie stanu wojennego, który szybko stałby się źródłem politycznych sporów. Pojawiłyby się oskarżenia, że rząd wykorzystuje go, by zablokować spodziewane zwycięstwo opozycji. Przedłużający się stan wyjątkowy mógłby być przedstawiany jako próba „zabetonowania” władzy przez liberalno-lewicową koalicję.

Niemożliwe? Przypomnijcie sobie COVID-19

Pandemia pokazała, jak łatwo takie napięcia eskalują. Spór o „wybory kopertowe” i omijanie konstytucyjnych ram za pomocą konstrukcji prawnych typu „stan epidemii” ujawniły, że każda decyzja w sytuacji kryzysowej bywa natychmiast interpretowana jako nadużycie władzy.

COVID-19 pokazał, jak krucha jest polityczna zgoda w obliczu kryzysu. Pierwsze tygodnie pandemii przyniosły jedność, lecz szybko wróciliśmy do polskiej codzienności – wzajemnych oskarżeń i partyjnych gier. Historia uczy, że podobnie bywało wcześniej: w czasie II wojny światowej emigracyjne władze w Londynie były podzielone, a w kraju różne formacje niepodległościowe nierzadko zwalczały się nawzajem.

Podziały te mogą powrócić także dziś. Nie brakuje głosów bagatelizujących zagrożenie rosyjskie, a w sytuacji inwazji łatwo mogłyby pojawić się teorie podważające nawet tożsamość agresora.

Polska jako republika bananowa

Przykład Ukrainy pokazuje, jak Kreml wykorzystuje takie napięcia. Kadencja prezydenta Wołodymyra Zełenskiego została przedłużona ponad konstytucyjny termin, co natychmiast podchwyciła rosyjska propaganda, przedstawiając go jako „dyktatora”. W Polsce byłoby jeszcze łatwiej. Działania obecnej koalicji – jak siłowe przejęcie TVP, ignorowanie wyroków Trybunału Konstytucyjnego czy groźby wobec prezesa NBP – dostarczyły argumentów, które rosyjskie media z pewnością użyją do kreowania obrazu Polski jako państwa niedemokratycznego.

W takim kontekście każda decyzja o stanie wojennym czy przedłużeniu kadencji rządu mogłaby zostać odebrana nie jako konieczność obronna, lecz jako pretekst do oskarżeń o autorytaryzm. A to wprost wpisywałoby się w narrację Kremla, który mógłby przedstawiać wojnę z Polską jako „walkę z reżimem pozbawiającym obywateli praw wyborczych”.

Nie brakuje też scenariuszy z pozoru absurdalnych, jak ten, w którym rosyjski atak na Polskę w 2027 roku część środowisk politycznych uzna za „bratnią pomoc” dla Donalda Tuska, skoro Putin niegdyś nazwał go „naszym człowiekiem w Warszawie”. Takie wizje brzmią fantastycznie, ale nie są niemożliwe — poziom debaty o rosyjskim zagrożeniu dawno osiągnął dno, a obie strony wykorzystują go instrumentalnie.

W przypadku faktycznej inwazji ostatnim, czego Polska potrzebuje, byłby spór o przeprowadzenie wyborów. Skracanie kadencji parlamentu zawczasu to czysta fikcja – nie wiemy przecież, czy atak rzeczywiście nastąpi w 2027 roku. Potrzebujemy więc innego rozwiązania.

Celem mojego artykułu nie jest straszenie. Scenariusze, które opisuję, są realnie jeśli nie w 2027 r. to później. Nie można być państwem szykującym się do wojny obronnej, które jednocześnie tkwi w taki poważnym kryzysie ustrojowym jak nasze. Niestety tak dzisiaj wygląda rzeczywistość.

Rząd jedności narodowej

Inspiracji dostarcza historia. W 1920 roku, w obliczu ofensywy Armii Czerwonej, powołano Rząd Obrony Narodowej Wincentego Witosa, który skupił wszystkie główne siły polityczne i zapewnił państwu zdolność do działania w chwili krytycznej.

Podobny mechanizm można by dziś wprowadzić konstytucyjnie: wraz z ogłoszeniem stanu wojennego kończy się kadencja dotychczasowego gabinetu, a powołuje się nowy, z udziałem wszystkich klubów parlamentarnych. W takiej formule nie byłoby miejsca na oskarżenia o zawłaszczenie władzy – rząd jedności narodowej miałby legitymację całego Sejmu.

Dodatkowo, aby uniknąć sporów kompetencyjnych, ministrowie spraw zagranicznych i obrony narodowej powinni być powoływani przez prezydenta, co gwarantowałoby spójność działań w najważniejszych obszarach. Dzięki temu także decyzja o zakończeniu stanu wojennego miałaby charakter ponadpartyjny, bo wychodziłaby z gabinetu złożonego zarówno z koalicji, jak i opozycji.

Taki rząd jedności narodowej gwarantowałby nie tylko podział odpowiedzialności między wszystkie ugrupowania, lecz także eliminowałby oskarżenia o celowe przedłużanie stanu wojennego. Skoro wnioski do prezydenta składałby gabinet z udziałem opozycji, decyzja o jego utrzymaniu czy zniesieniu miałaby ponadpartyjny charakter.

Można rozważyć dodatkowe mechanizmy, które zwiększałyby zaufanie: stopniowe poszerzanie udziału opozycji w rządzie czy rotację na stanowisku premiera między koalicją a opozycją. Takie rozwiązania ograniczałyby pokusę monopolizacji władzy i wzmacniałyby legitymację państwa w czasie kryzysu.

Owszem, zmiana konstytucji wymaga trudnej większości w Sejmie i Senacie, lecz w obliczu możliwej wojny oraz groźby paraliżu politycznego powinna być traktowana jako wspólny obowiązek wszystkich sił politycznych.

Nawet jeśli z dzisiejszej perspektywy rozwiązanie, które proponuje, wydaje się fantazją, to jednak już zagrożenia, jakie opisałem, są jak najbardziej realne. I to przez ich pryzmat powinniśmy patrzeć na konieczność radykalnych zmian.

Przygotowanie Polski na 2027 rok to nie tylko kwestia obrony militarnej, ale i stworzenia ram ustrojowych, które pozwolą uniknąć wewnętrznego chaosu. Tylko wtedy kraj sprosta podwójnemu zagrożeniu: rosyjskiej agresji i politycznemu kryzysowi w samym sercu państwa.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.