Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

„Prowadź mnie Światło” – część piąta: Konwertytów Obcowanie

„Prowadź mnie Światło” – część piąta: Konwertytów Obcowanie J.H. Newman; źródło: wikimedia commons; Public Domain

Brzozowski nawraca się dzięki Newmanowi – przed śmiercią przyjmuje sakramenty, odbywa spowiedź, powraca do Kościoła – nie dlatego, że angielski konwertyta „przekonał go” do katolicyzmu. To osobowość Newmana odcisnęła się na jego życiu tak mocno, to spotkanie z żywym człowiekiem przyprowadziło Brzozowskiego z powrotem do domu.

Kultura fontann

Jest martwa, nieruchoma tafla wody. Ot, sporych rozmiarów kałuża. Nagle pod jej dnem uruchamia się mechanizm i woda zaczyna tańczyć. To, co jeszcze przed momentem wydawało się spokojną, martwą sadzawką okazuje się fontanną.

Wysokie strumienie podskakują, rozpryskują się na wszystkie strony, wykonują ruchy do muzyki, której nie słychać (dookoła jest tylko szum wody) – można ją tylko zobaczyć. A potem wszystko się uspokaja. My jednak już wiemy, że tylko na chwilę. „Obcowanie świętych” – jedna z najgłębiej zapomnianych prawd wiary, ma swoje odbicie, swoją realizację w mechanizmie fontanny.

Każdy akt świętości, męczeństwa, modlitwy to jedna kropla wody. Tu nic nie ginie. Wszystkie chwile cierpienia i w ufności przeżywanych zwątpień. Poświęcenia, których nikt nie zauważył. W milczeniu i z uśmiechem przyjęte obelgi i niesprawiedliwe zarzuty. Prace, które trwają latami, ukryte przed światem, niewydające owoców. Kap, kap, kap. Najszerszym strumieniem płynie ta świętość, której nie widać. Milczenie jest najszerszym korytem.

I czasami pod powierzchnią zbiornika, do którego spływają wszystkie te krople, uruchamia się mechanizm. Pod samo niebo wytryskuje strumień fontanny. Jakieś wielkie dzieło. Jakiś spektakularny akt heroizmu. Przechodnie zatrzymują się i patrzą na nie z podziwem. A potem fontanna się uspokaja, ludzie ruszają dalej. Ale krople nie przestają skapywać. Bo bez nich, bez tego stałego, niekończącego się strumienia świętości nie byłoby tych spektakularnych pokazów.

Jeden z początków

John Henry Newman założył oratorium, do którego kilkadziesiąt lat później zaczęła uczęszczać matka Johna R. R. Tolkiena. Tam nawróciła się na katolicyzm, tam przyjmowała, wraz ze swoimi synami sakramenty. Jej anglikańska rodzina odwraca się od niej. Zostaje sama, popada w coraz większą biedę. Warunki, w jakich żyje sprawiają, że zaczyna chorować na cukrzycę. W końcu przedwcześnie umiera.

Jedna z wielu, milczących i niezauważalnych dla świata męczennic Kościoła Katolickiego. Wiemy o niej tylko dlatego, że jej syn okazał się być genialnym pisarzem. Ale nie byłoby jego największego dzieła, „Władcy Pierścieni” – dzieła, jak pisał w jednym z listów – „głęboko i intencjonalnie katolickiego” – gdyby nie odwaga i męczeństwo jego matki. I wcześniej – wytrwałości w dążeniu do prawdy przez Johna Henry’ego Newmana. I jeszcze mnóstwa innych, z różnych stron skapujących do sadzawki „Świętych Obcowania” kropel.

Każde wielkie katolickie dzieło jest od nich zależne i w nich zanurzone. Jak wszystko w Kościele – nie jest niczyim aktem własności. Pozostaje, owszem, efektem spełnionej indywidualności, ale jest też spłatą długu zaciągniętego u wspólnoty. Czymś przynależnym jej całej. Bo to ona bierze udział w tworzeniu, na co dzień, każdy na swój sposób i w miarę własnych zadań, katolickiej kultury. Kontynuacji, rozwijania „myśli Bożej” w dziejach świata.

Stanisław Brzozowski: „Kościół nie jest instytucją ludzką (…) Kościół jest samym życiem jako tworzenie wiecznej prawdy i realności. Wszystko, co człowiek przeżywa, jest krokiem naprzód albo wstecz, jest przyrostem światła albo mroku. Wszystko: zmagania woli, które upływają bez świadka, bez słowa, niewypowiedziane, niedające się wypowiedzieć – nic z nich nie ginie. Oto jest organizm nadprzyrodzony, który rośnie tymi samotnymi czynami duszy, chroni je i zachowuje na wieki”.

Człowiek, a nie jego „stanowisko”

Brzozowski spotkał Newmana twarzą w twarz. Spotkał go w jego pisaniu, które było spełnieniem, realizacją najgłębszej indywidualności świętego kardynała. Nie rozwijanymi przez niego teoriami. Nie owocami pracy jego intelektu. Ale nim samym.

Był on bowiem jedną z tych postaci, które wywołują niepokój w najgłębszych warstwach duszy obcującego z ich dziełem człowieka. Po zetknięciu się z którymi nie jest się już tym samym człowiekiem. Coś się w nas przemogło, coś wypowiedziało. Jakieś wielkie TAK, lub równie stanowcze NIE. Tak czy inaczej, to nie nasz umysł zetknął się z jakąś ideą. To nie wyobraźnia zachowała intrygujący obraz. To nasza istota została wewnętrznie przeistoczona.

Brzozowski nawraca się dzięki Newmanowi – przed śmiercią przyjmuje sakramenty, odbywa spowiedź, powraca do Kościoła – nie dlatego, że angielski konwertyta „przekonał go” do katolicyzmu. To osobowość Newmana odcisnęła się na jego życiu tak mocno, to spotkanie z żywym człowiekiem, konkretyzacją idei, wysiłku duchowego i intelektualnego w zrealizowanej biografii, przyprowadziła Brzozowskiego z powrotem do domu.

„Osoba Newmana wrasta w samo jego stanowisko myślowe. W pewnym momencie, chcąc mówić o stanowisku Newmana, będziemy musieli mówić o Newmanie”.

Jest w dziejach tego nawrócenia mnóstwo wątków, które zasługują na wymienienie. Zebrał je wszystkie w antologii tekstów „Jest Bóg, żyje Prawda. Inna twarz Stanisława Brzozowskiego” prof. Maciej Urbanowski. Chciałbym się tutaj przyjrzeć tylko jednemu odcieniowi tego procesu. Moim zdaniem, najważniejszemu z nich wszystkich.

Ambicja zbawienna

Konwersja Brzozowskiego była aktem pokory. Sama w sobie wymagała wyznania grzechów, rozliczenia się z błędami. Ale tym, co doprowadziło go do momentu, w którym upadł na kolana była ambicja. Szalona i święta, gwałtowna jak charakter ojca Barberiego. To „coś”, co mają w sobie wszyscy gwałtownicy, którzy porywają Królestwo Niebieskie.

Brzozowskiego bolała zaściankowość polskiej kultury. Jej wtórność, zdziecinnienie. Poczucie, że nic, co się napisze po polsku nie stanie się uniwersalnie ważne. Że jest w warstwie, w pokładach tego języka coś takiego, co nie pozwala mu być twórczym.

Jeżeli coś trwałego zostawił po sobie ten myśliciel w polskiej historii, to właśnie tę złość. I odpowiadająca jej ambicję by wybić się (wreszcie!) na uniwersalność. I to ona, ta właśnie ambicja, kieruje jego wzrok na katolicyzm. W jaki sposób można nadać temu, co się tworzy, wymiar absolutny?

Katolicyzm, z symboli polskiego zaścianka, „parafiańszczyzny”, nabiera w oczach Brzozowskiego kształtów obietnicy powszechności. Tam, gdzie wcześniej widział mur, objawił mu się most. „Nie ma kulturalnego samopoznania bez zrozumienia katolicyzmu”.

Ani w Polsce, ani w Europie. Katolicyzm jest faktem – od tego wychodzi Brzozowski. Faktem naszej konstytucji duchowej. Możemy się na niego wściekać i obrażać, ale tylko jak człowiek, który uważa, że jest za wysoki albo za niski, złorzeczy na swój wzrost.

I Brzozowski akceptuję tę rzeczywistość. Może i na początku z rezygnacją, ale potem z rosnącym zadziwieniem i ekscytacją. Kościół okazuje się żywym działaniem. Wirem, nurtem, ruchem. Przekształcającą wchodzących do niego rzeczywistością. Tym miejscem, w którym człowiek może zrealizować swoje najważniejsze dzieło – własną indywidualność.

To wszystko, co wnosi on z zewnątrz – nie tylko cechy osobowości, ale także swoją narodowość, swoje uwarunkowanie w historii, zostaje porwane dalej i wyżej. Kościół katolicki okazuje się być środowiskiem „przebudowy nie tylko pojęć, ale przede wszystkim tych dziedzin duszy, z których wydobywa się wola, rodzi się i odnawia charakter”.

I to co ze sobą robimy, to w jakim kierunku się przemieniamy nabiera znaczenia absolutnego i wartości uniwersalnej, mocą samego faktu. Nie czekamy już na „nihil obstat” świata i jego autorytetów.

„Jesteśmy tym, czym jesteśmy; chociażby wszyscy żyjący byli pewni zdania co do nas, mogłoby być ono błędne i nie mieć znaczenia. My sami i tylko my sami stykamy się z własną rzeczywistością i jedynie my sami możemy ją zgubić lub ocalić”.

Lubię jak zaklęcie te trzy litery

Brzozowski wracając do Kościoła zrealizował wielkie pragnienie nie tylko swoje, ale całej kultury polskiej. Wybicia się na uniwersalność. Powrotu na orbitę „primum mobile”, pierwszych poruszeń kultury i cywilizacji. A doprowadził go do tej konwersji – konwersji podwójnej, na katolicyzm i „znaczenie absolutne” – John Henry Newman.

„Lubię jak zaklęcie te trzy litery: J. H. N. (John Henry Newman)”.

I to rzeczywiście było zaklęcie. Coś jak „Sezamie, otwórz się!”. Środowisko najgłębszych przemian, narzędzie ostatecznych realizacji ludzkiej osobowości, świecie pierwszych poruszeń, prawd absolutnych i uniwersalnych znaczeń. Kościele rzymsko-katolicki, otwórz się. I pozwól mi wejść.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.