Prawica ukąszona liberalnym populizmem. Czas odrzucić stereotypy transformacji
Wśród najbardziej popularnych prawicowych publicystów w Polsce panuje konsensus – wolny rynek jest odpowiedzią na większość problemów. Jeśli zaś w gospodarce pojawią się trudności, to zazwyczaj dlatego, że państwo lub Unia Europejska przeszkadzają przedsiębiorcom i obywatelom w budowie wielkiej Polski. Zgodnie z tymi przekonaniami domaganie się solidaryzmu społecznego oznacza wypisanie się z prawicy. To błędne myślenie.
Szeroki konsensus
Jan Rokita w rozmowie z Konstantym Pilawą krytykował PiS za politykę rozdawnictwa. Łukasz Warzecha na portalu Klubu Jagiellońskiego przestrzegał niedawno przed młodą, nieliberalną prawicą i pisał o potrzebie ochrony polskich przedsiębiorców. Z kolei Tomasz Wróblewski, dawny redaktor naczelny „Rzeczpospolitej”, w swoich podcastach regularnie nawołuje do deregulacji i powrotu do wolnego rynku.
To tylko przykłady szerszego konsensusu obecnego wśród polskiej prawicy, szczególnie starszego pokolenia. Panuje w niej przekonanie, że kapitalizm jest ekonomiczną koniecznością, a jeśli w gospodarce pojawiają się problemy, to dlatego, że nie został on jeszcze w pełni wdrożony.
Choć identyfikuję się z prawicą i wychowywałem się m.in. na tekstach Rafała Ziemkiewicza, to ten konsensus uważam za szkodliwy. Wolnorynkowe idee rozwiązują część problemów, ale nie są lekarstwem na wszystko. Co więcej, same generują wiele patologii.
Mit przedsiębiorcy
Pieniądze to nie wszystko to film z 2001 roku z Markiem Kondratem w roli głównej. Bohater, odnoszący sukcesy przedsiębiorca z Warszawy, trafia na popegeerowską wieś, gdzie zderza się z „prostym ludem”. PRL-owskie filmy przedstawiały ludzi pracy jako uczciwych i pracowitych, a przedsiębiorców jako cwaniaków i leni. Tutaj role są odwrócone – pomysłowość i przebojowość bohatera kontrastują z nieporadnością mieszkańców wsi, pozbawionych inicjatywy i niedostosowanych do realiów III RP.
Przedsiębiorca za punkt honoru stawia sobie rozkręcenie biznesu w nowym miejscu. Po analizie rynku wpada na pomysł produkcji taniego wina. Wieś wychodzi więc z alkoholizmu, wykorzystując… alkoholizm panoszący się po sąsiednich wsiach. Historia kończy się happy endem: lokalna społeczność zostaje wprowadzona do kapitalistycznego świata.
To fikcja oparta na stereotypach transformacji. Problem w tym, że gdy czytam teksty Łukasza Warzechy, mam wrażenie, że traktuje ten model kapitalizmu zupełnie serio. Wystarczy, by państwo nie przeszkadzało przedsiębiorcom, a oni – niczym bohater filmu – mieliby czynić cuda, bo przecież „chcieć to móc”, a „na Polaka nie ma cwaniaka”.
Tymczasem przedsiębiorcy, choć nie są krwiopijcami, jak lubi powtarzać lewica, nie są też herosami dźwigającymi nieboskłon. W większości to ludzie, którzy cenią niezależność finansową i chcą zarabiać szybciej, niż byłoby to możliwe na etacie. Nie mają ambicji ratowania gospodarki czy wydobywania mas z biedy – po prostu starają się maksymalizować zyski i minimalizować koszty. Wartość dodana dla społeczeństwa powstaje niejako przy okazji.
Komunizm wytworzył wiarę w kapitalizm
W krajach byłego ZSRR krąży powiedzenie: „Zawsze wiedzieliśmy, że wszystko, co partia mówiła o komunizmie, było kłamstwem. Nie wiedzieliśmy tylko, że wszystko, co mówiła o kapitalizmie, było prawdą”. Dobrym obrazem tego mechanizmu jest anegdota Rafała Ziemkiewicza. Wspominał on, że w PRL-u, gdy Jerzy Urban mówił o bezdomnych w USA, nikt w jego otoczeniu nie wierzył w te słowa, uznając je za propagandę.
Być może właśnie dlatego starsze pokolenie polskich liberałów każdą krytykę kapitalizmu traktuje jak echo komunistycznej agitacji. Przedsiębiorca jawi się im jako ktoś odważny, niemal bohater walczący z reżimem – choć dziś biznesmeni są raczej częścią systemu niż jego przeciwnikami.
Strach przed komunizmem leży więc u podstaw radykalnego liberalizmu gospodarczego. To tłumaczy, dlaczego każda próba odejścia od wolnorynkowych pryncypiów jest od razu postrzegana jako krok ku centralnemu planowaniu i zamordyzmowi.
Twierdzenie, że problemy w gospodarce wynikają z „niedoboru kapitalizmu”, przypomina tłumaczenia komunistów, którzy zrzucali winę na brak „prawdziwego” komunizmu. Jedni i drudzy uciekali w idealizm, zamiast przyjąć, że źródłem części problemów jest sama natura systemu. Kapitalizm, podobnie jak komunizm, nie jest doskonały – i również rodzi patologie; nie dlatego, że nie został w pełni wdrożony, lecz dlatego, że działa zgodnie ze swoimi założeniami.
Rynek sam się wyniszczy
Nadmiar regulacji czy obciążeń fiskalnych może utrudniać prowadzenie biznesu, ale państwo, które zapewnia przedsiębiorcom infrastrukturę, ramy prawne i ochronę ich interesów, nie jest ich największym wrogiem. Nie są nimi też pracownicy ani konsumenci. Najpoważniejszym zagrożeniem dla każdej firmy jest inne przedsiębiorstwo działające w tym samym segmencie rynku.
To właśnie tu toczy się najbrutalniejsza walka. Omijanie przepisów, unikanie podatków czy szukanie tańszej siły roboczej to tylko narzędzia w tej rywalizacji. Przegrana w niej jest głównym powodem upadku firm. Ale stawka jest ogromna: ten, kto przejmie segment rynku, może później płacić dowolne podatki i hojnie wynagradzać pracowników.
W tej bezwzględnej konkurencji tkwi siła kapitalizmu – w teorii zwycięża rozwiązanie najtańsze i najefektywniejsze, z korzyścią dla społeczeństwa. Nassim Taleb pisał obrazowo: świetna restauracja w mieście istnieje dzięki temu, że wcześniej upadło tam wiele innych, z których właściciele wyciągali wnioski, aż w końcu ktoś stworzył miejsce naprawdę dobre.
Ale mechanizm ma też drugą stronę. Kapitał rodzi kapitał i daje przewagę, więc wolny rynek sprzyja oligarchizacji. Czasem młode firmy z nowym pomysłem potrafią wyprzeć zasiedziałych graczy, lecz przy wysokich nierównościach staje się to niemal niemożliwe. Wielkie koncerny mogą bowiem wykupić konkurentów albo zablokować im rozwój. Tak kończy większość udanych start-upów – przejmują je giganci albo kopiują ich rozwiązania. Dlatego wizja Polski jako kraju drobnych przedsiębiorców jest nie do utrzymania bez interwencji państwa.
Część młodszej prawicy zdaje się to rozumieć. Nawet Sławomir Mentzen, pytany o rolę państwa w gospodarce, przywołuje przykład XIX-wiecznych amerykańskich monopoli, które dusiły rynek, dopóki rząd federalny nie rozbił ich odgórnie – paradoksalnie ratując w ten sposób kapitalizm przed nim samym. Czysty wolny rynek zawiera więc mechanizm autodestrukcji, który muszą równoważyć działania państwa.
Kapitału nie tworzy kapitalizm, tylko ludzie
W 1989 roku w Polsce wydarzyło się coś więcej niż tylko wprowadzenie kapitalizmu – zostaliśmy włączeni do globalnej gospodarki. To miało swoje plusy: dostęp do bogatych, nowoczesnych rynków. Ale i ogromny minus: słabe kapitałowo polskie firmy musiały konkurować z zachodnimi gigantami, niczym Dawid z Goliatem.
Polska stanęła więc na równych zasadach do nierównej gry. Sukces gospodarczy III RP okupiliśmy kosztami społecznymi, które ujawniają się do dziś: spadkiem dzietności, alkoholizmem, wzrostem przestępczości, masową emigracją czy zanikiem strategicznych branż. Transformacja nie była pasmem nieustających sukcesów, jak chcieliby widzieć ją niektórzy liberałowie.
Model rozwoju oparty na niskich kosztach pracy się wyczerpał. Nie dlatego, że „młodzi są leniwi”, ale dlatego, że po prostu brakuje już ludzi. Rodzice potencjalnych dzisiejszych pracowników ograniczali liczbę dzieci, by zwiększyć konkurencyjność, popadali w alkoholizm albo wyjeżdżali z kraju w czasach 20-procentowego bezrobocia. Ratunkiem mogliby być imigranci, lecz często nie są tak dobrze wykształceni jak Polacy korzystający z darmowej edukacji.
Dywidenda płynąca z dużej liczby zdrowych i wykształconych, a przy tym tanich pracowników, się skończyła. Trudno uwierzyć, by deregulacja prawa pracy czy prywatyzacja dały nam nową przewagę. Wręcz przeciwnie – prywatyzacja zdrowia i edukacji mogłaby pozbawić nas resztek kapitału ludzkiego. Dałaby krótkoterminowe oszczędności i więcej pieniędzy w kieszeniach, ale nie ma gwarancji, że te środki trafiłyby w inwestycje prorozwojowe.
Mogłyby równie dobrze zasilić fundusze zagraniczne, zostać wydane na luksusy lub ulokowane w nieruchomościach poza Polską. To nie zarzut wobec przedsiębiorców, lecz fakt: oczekiwanie, że nadwyżki w ich kieszeniach automatycznie wzmocnią krajową gospodarkę, to myślenie życzeniowe.
Jeśli chcemy trwałego rozwoju, część środków powinna być przeznaczana na budowę silnego państwa i zdrowego społeczeństwa – bo to one tworzą stabilne otoczenie dla biznesu. Gdyby deregulacja sama z siebie generowała bogactwo, najdynamiczniej rozwijałyby się kraje pogrążone w anarchii. Tymczasem kapitaliści mogą działać tylko tam, gdzie państwo zapewnia bezpieczeństwo, podstawowe warunki funkcjonowania, edukację, ochronę zdrowia i ogranicza negatywne skutki gospodarki, np. dla środowiska.
Przykład Doliny Krzemowej pokazuje to wyraźnie. Ten jeden z najbogatszych regionów świata nie powstał dzięki deregulacji, lecz bliskości uniwersytetu i państwowych zakładów wojskowych. Sam tranzystor – fundament rozwoju komputerów – powstał w laboratorium finansowanym w ramach rządowych regulacji. W czysto wolnorynkowych warunkach byłoby to mało prawdopodobne, bo biznes niechętnie inwestuje w badania trwające dekady i obarczone ryzykiem, że nic z nich nie wyniknie.
Liberalny populizm
Pryncypialne trzymanie się zasad wolnego rynku bywa przedstawiane jako dowód twardej, realistycznej postawy. W praktyce oznacza to jednak ideologiczne podejście, które naraża nas na rozgrywanie przez państwa potrafiące kalkulować chłodno i działać poza regułami wolnego handlu.
Od kryzysu 2008 roku gospodarki Zachodu są stymulowane „luzowaniem ilościowym”, czyli pompowaniem w system dodrukowanego pieniądza. Dzięki temu rosły wielkie korporacje, zwłaszcza cyfrowe giganty, które dziś praktycznie nie mają konkurencji. Podobnie Chiny – także część „wolnego” rynku – hojnie dotują swoje firmy tanimi kredytami. To pozwala im sprzedawać produkty po dumpingowych cenach i wypierać konkurencję grającą „czysto”. Jak więc polskie firmy mają rywalizować z podmiotami na „państwowych sterydach”?
Dobrym przykładem jest kariera Jakuba Midela – typowego polskiego „średniego przedsiębiorcy”. Nie wytrzymując konkurencji z azjatyckim importem, porzucił branżę tekstylną i zajął się flipowaniem mieszkań. Jego przedsiębiorczość znalazła ujście nie na globalnym rynku, ale w kieszeniach Polaków kupujących własne mieszkania.
Dotacje mogą oczywiście działać nieefektywnie, jak pokazuje choćby przykład KPO. Mogą też dusić gospodarkę, jeśli wspierane przedsiębiorstwa blokują rozwój. Nie brakuje jednak dowodów, że państwo potrafi być motorem wzrostu – jak w przypadku południowokoreańskich czeboli. Sama wolna gra rynku nie gwarantuje rozwoju, a bywa, że go destabilizuje, prowadząc np. do baniek spekulacyjnych.
Interwencja państwa nie musi polegać tylko na pompowaniu pieniędzy. Mogą to być regulacje chroniące rodzimych producentów przed silniejszymi konkurentami. Tak działa Unia Europejska, wprowadzając wysokie wymogi dla towarów sprzedawanych na jej rynku. To rozwiązanie niedoskonałe – restrykcje utrudniają życie Amerykanom i Chińczykom, ale obciążają też europejskie firmy i nie chronią słabszych gospodarek, takich jak polska, przed potężnymi graczami z Zachodu.
Sięganie po takie półśrodki pokazuje słabość unijnych instytucji. Istnieje bowiem mocniejsze narzędzie, którego sama nazwa wywołuje lęk wśród możnych – cła. To one bywały przyczyną wojen i to od nich zaczęła się amerykańska wojna o niepodległość. Burzliwe dyskusje wokół polityki Donalda Trumpa pokazują, że globalna gospodarka to brutalna arena, gdzie każdy walczy o swoje interesy i odchodzi od zasad wolnego handlu, gdy tylko mu to pasuje.
W takim świecie deregulacja i „wolność gospodarcza” nie są ratunkiem, lecz zagrożeniem – bo pozbawiają państwo narzędzi ochrony. To populistyczne hasła, które dają proste odpowiedzi na skomplikowane problemy. Gdy Łukasz Warzecha i inni liberalni publicyści nawołują do ograniczenia roli państwa, w praktyce nie wspierają polskich przedsiębiorców, lecz wielkie korporacje, które zyskują na tym najwięcej. Łączy się to z kolejnym problemem polskiej prawicy – bezrefleksyjną wiarą w Stany Zjednoczone, ich moc i dobrą wolę.
Polska gospodarka nie potrzebuje państwa, które odczepi się od biznesu. Potrzebuje państwa, które aktywnie wspiera swoje firmy i dba o ich interesy w trudnym, globalnym otoczeniu – nawet jeśli oznacza to odejście od klasycznych zasad wolnego rynku.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.

