Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Demografii nie uratują tanie mieszkania, żłobki i 800+. Rozwiązanie leży gdzie indziej

Demografii nie uratują tanie mieszkania, żłobki i 800+. Rozwiązanie leży gdzie indziej Autor ilustracji: Bruno Dziadkiewicz

W polskiej debacie publicznej na temat dzietności zdaje się panować powszechne przekonanie, że jeżeli poprawimy warunki bytowe – zapewnimy dostępność mieszkań, zbudujemy sieć żłobków – niekorzystny trend demograficzny natychmiast się odwróci. To nieprawda. Nie da się „kupić” dzietności tylko za pomocą infrastruktury rodzicielskiej. Zanim zaczniemy zapewniać bazę materialną, powinniśmy przejść dwa inne niezbędne etapy. Bez tego, choćbyśmy wybudowali miliony tanich mieszkań i żłobków, dzietność nie tylko nie wzrośnie, ale dalej będzie regularnie spadać.

Głupie pytania, równie głupie odpowiedzi

Popularne powiedzenie głosi, że „nie ma głupich pytań, są tylko głupie odpowiedzi”. Jednak w przypadku dyskusji na temat demografii w Polsce pytań, które przeczą tej tezie, jest niestety coraz więcej.

Przykładem takiego głupiego pytania jest często przeze mnie spotykane sformułowanie następującego typu: „Ostatnie dane GUS na temat dzietności pokazują, że Polki coraz rzadziej chcą mieć dzieci. Czy kolejne programy typu 800+ je do tego skłonią?”.

Po pierwsze, zawiera ono nieuprawnione założenie, że spadająca dzietność jest dowodem na to, że kobiety nie chcą rodzić dzieci. Nie bierze się pod uwagę, że mogą istnieć jakieś inne czynniki, które sprawiają, że pomimo chęci i aspiracji dzieci w Polsce rodzi się mniej.

Wyobraźmy sobie, że słabsze wyniki PKB interpretujemy w następujący sposób: „Spada poziom produkcji w Polsce. Dlaczego Polacy nie chcą być zamożni?”. Absurd. Tymczasem w dziedzinie demografii popełniamy analogiczny błąd logiczny.

Jak wskazują w zasadzie wszystkie badania społeczne, zdecydowana większość (ponad 80%) Polaków i Polek chce mieć dzieci. I to średnio ponad dwójkę.

Po drugie, analizowane pytanie zawiera sugestię, że w płodzeniu dzieci udział biorą tylko kobiety. Tymczasem, jak celnie wskazuje bohater kultowego polskiego filmu Seksmisja: „No ale myśmy wam w tym trochę pomagali”. Do tanga trzeba dwojga. Nie można rozważać kwestii dzietności abstrahując od roli mężczyzn.

Dzieci pojawiają się najczęściej tam, gdzie kobieta i mężczyzna są w trwałym związku, najlepiej w małżeństwie. Silna rodzina, gdzie jest mama i tata, jest najlepszym środowiskiem do wychowania dzieci.

Jednak najbardziej irytującą częścią tego pytania jest sugestia, że kobiety, które nie chcą być matkami, nagle zechcą nimi zostać, jeśli otrzymają z tego powodu gratyfikację finansową. Naprawdę? Chcemy, żeby rodzicami zostawały osoby, które robią to dla pieniędzy?

Jeśli ktoś głównie z tego powodu zdecydowałby się na rodzicielstwo, to może lepiej, żeby tej decyzji jednak nie podejmował. Powinniśmy usuwać bariery dla osób, które chcą mieć dzieci, a nie nakłaniać do rodzicielstwa tych, którzy rodzicami zostać nie chcą!

Kwestie materialne to ostatni krok. Pomijamy dwa istotniejsze

Zatem jak powinniśmy podchodzić do dyskusji na temat dzietności? Otóż warto pamiętać – zabrzmi to jak truizm – skąd biorą się dzieci. Żeby na świecie pojawił się nowy człowiek, muszą zostać spełnione trzy warunki i to najczęściej etapowo, w określonej kolejności.

Po pierwsze – aspiracje. Młodzi ludzie muszą chcieć założyć rodzinę i zostać rodzicami. Po drugie – relacje. Jeśli już chcą, to muszą mieć z kim tę rodzinę założyć. A dopiero po trzecie – podstawy materialne. Trzeba mieć gdzie wychować i za co. Głównym problemem naszej debaty na temat dzietności i demografii jest to, że skupiamy się w zasadzie jedynie na tym ostatnim elemencie, zupełnie pomijając wcześniejsze etapy.

Tymczasem nawet najlepsza polityka finansowego wsparcia rodzin i rodziców oraz dostępność jakościowych usług publicznych niewiele zmienia w obszarze dzietności. Nie pomogą powszechne programy mieszkaniowe dające tani dach nad głową każdemu, kto tego pragnie, oraz nawet najbardziej elastyczny i przyjazny pracownikom rynek pracy.

To wszystko będzie nieskuteczne, jeśli potencjalni rodzice nie będą chcieli mieć dzieci albo będą chcieli, lecz nie będą potrafili tworzyć trwałych związków romantycznych.

W tym kontekście nie jest zaskoczeniem, że pomimo rosnących nakładów na politykę wspierania rodzin i usługi publiczne ułatwiające wychowanie dzieci (w tych obszarach w ostatnich latach naprawdę mamy się czym pochwalić) wskaźnik dzietności oraz bezwzględna liczba rodzących się dzieci spada, notując ostatnio rekordowo niskie wartości. Jeśli nie zmieni się sytuacja w obszarze aspiracji, a zwłaszcza relacji, ten stan rzeczy będzie się tylko pogarszał.

Jak zatrzymać spadek aspiracji rodzicielskich? Kultura, patriotyzm, religia

A zatem co musimy zrobić, aby długofalowo liczba rodzących się nad Wisłą dzieci zaczęła rosnąć? Pierwszym etapem jest praca w obszarze aspiracji rodzicielskich. Chodzi o to, by wśród priorytetów życiowych młodych ludzi założenie rodziny było na jak najwyższym miejscu.

Pomimo że aspiracje rodzinne cały czas są w Polsce na całkiem wysokim poziomie, to w ostatnich dekadach powoli acz systematycznie spadają. Trzeba zatem podjąć działania, które ten spadek zatrzymają.

Ważnym elementem pozytywnie wpływającym na aspiracje rodzicielskie jest budowanie prorodzinnej kultury afirmującej rodziny i rodzicielstwo Można narzekać, że dzisiejsza kultura masowa, a zwłaszcza produkcje tworzone przez płatne platformy streamingowe, buduje negatywny obraz małżeństwa i rodziny.

Można też jednak zastanowić się, co jako państwo i społeczeństwo możemy z tym zrobić. A możemy całkiem sporo. Według Mapy wydatków państwa przygotowanej przez Fundację Republikańską w 2020 roku na kulturę i media z budżetu państwa wydano prawie 16 mld zł. Do tego dochodzą wydatki samorządów oraz prawie coroczna dotacja w wysokości kilku miliardów złotych na media publiczne.

Wyobraźmy sobie, co by było, gdyby powyższe środki przeznaczyć na budowanie pozytywnego obrazu rodziny i rodzicielstwa? Co by było, gdyby dotacja przekazywana z budżetu państwa na media publiczne, zamiast być wykorzystywana do produkcji partyjnej propagandy, została spożytkowana na nakręcenie nowoczesnego serialu promującego rodzicielstwo? (Koszt produkcji jednego odcinka popularnych seriali waha się od kilkuset tysięcy do kilku milionów złotych).

Sądzę, że w długiej perspektywie moglibyśmy obserwować realne zmiany postaw i sposobów postrzegania rodziny. To z kolei mogłoby wpływać na wybory i aspiracje kolejnych roczników młodych ludzi.

Oczywiście zdaję sobie sprawę z faktu, że obecne produkcje TVP nie są oglądane przez dzisiejszych 20- czy 30-latków. Jednak w przeszłości media publiczne produkowały seriale, które były masowo oglądane w płatnych serwisach VOD i nie ma powodu, żeby dobry, wysokobudżetowy serial afirmujący rodzicielstwo nie miał powtórzyć tych sukcesów.

Jednak aspiracje rodzinne to nie tylko kultura masowa. Jak wskazuje wiele badań, wpływa na nie też osobista znajomość szczęśliwych rodzin oraz… poczucie patriotyzmu (zarówno tego ogólnonarodowego, jak i lokalnego). Oznacza to, że działania budujące tożsamość i dumę z miejsca, w którym żyjemy, również wpływają na dzietność. W tym punkcie pole do działania dla władz na różnych szczeblach oraz organizacji społecznych jest bardzo duże.

Pozytywny wpływ na aspiracje rodzicielskie ma też religia. Zarówno w aspekcie indywidualnej religijności, jak i wzrastania w społeczności, której religia jest ważną częścią. Chcemy, żeby było więcej dzieci? Dbajmy o to, by symbole religijne były obecne zarówno w sferze publicznej, jak i w odwołaniach kulturowo-obyczajowych.

Kryzys relacji. Pomóc może zakaz smartfonów, edukacja i… CPK

Drugim obszarem wpływającym na dzietność są relacje. Chodzi oczywiście o kwestię powstawania trwałych związków. Jeżeli nie mamy osoby, z którą czujemy się na tyle bezpiecznie, że chcemy razem budować swoje szczęście, łącznie z przekazaniem życia, to nawet najsilniejsze aspiracje rodzinne i najbardziej prorodzinna kultura nie pomoże.

To właśnie ten obszar najmocniej wpływa na spadające wskaźniki dzietności. Coraz więcej kobiet w wieku rozrodczym nie założyło rodziny ani nawet nie jest w żadnym stałym związku.

W ostatnich latach notujemy rekordowo dużą liczbę singli – osób niebędących w żadnej relacji romantycznej. I to mimo że często te osoby chciałyby taki związek stworzyć. Przyczyn tego stanu rzeczy jest kilka.

Po pierwsze, kolejne roczniki młodych ludzi wchodzących w dorosłość mają problemy z budowaniem nie tylko relacji damsko-męskich, ale jakichkolwiek relacji. Przyczynia się do tego m.in. rosnący czas spędzany w wirtualnym świecie.

Nie bez znaczenia jest też fakt rozjeżdżania się światów kobiet i mężczyzn. I to zarówno w sensie geograficznym (kobiety częściej mieszkają w dużych miastach, a mężczyźni poza nimi), aspiracji edukacyjnych i statusu społecznego (wśród absolwentów studiów jest prawie dwa razy więcej kobiet niż mężczyzn), jak i postrzegania świata (widać to chociażby wtedy, gdy analizujemy preferencje wyborcze młodych kobiet i młodych mężczyzn).

Budowaniu trwałych relacji nie sprzyja też coraz późniejsze dojrzewanie kolejnych roczników (fakt potwierdzony badaniami medycznymi i psychologicznymi). Współcześnie coraz później bierzemy odpowiedzialność za swoje życie.

Na pierwszy rzut oka wydaje się, iż niewiele można tutaj zrobić. Na szczęście nie jest aż tak źle. Możliwości działania jest wiele. Po pierwsze, należałoby ograniczyć korzystanie ze smartfonów w szkołach – byłoby to solidne wsparcie dla budowania prawdziwych relacji off-line.

Po drugie, należy dodać do programów szkolnych elementy wiedzy psychologicznej dotyczące budowania trwałych relacji międzyludzkich opartych na szacunku i kompromisie. W końcu – co może jest mniej oczywiste – należy dbać o zrównoważony rozwój całego kraju.

Chociażby realizując projekty takie jak CPK, który może przyczynić się do zmniejszenia dysproporcji geograficznych pomiędzy kobietami i mężczyznami. Ważne jest również unikanie w sferze społecznej działań, które budują konflikty pomiędzy płciami.

Powyższe działania, chociaż nie kojarzące się bezpośrednio z polityką demograficzną, z pewnością mogłyby długofalowo wspierać powstawanie trwałych i szczęśliwych rodzin. A to w konsekwencji – co oczywiste – prowadziłoby do wzrostu liczby rodzących się dzieci.

Mieszkania? Tak, ale dopiero na końcu

I dopiero wtedy, jeżeli spełnimy warunki dotyczące aspiracji i możliwości tworzenia relacji, możemy myśleć o podstawach materialnych. Jest to oczywiście ważny obszar. Jednak potencjalną barierą staje się dopiero wówczas, gdy mamy dwoje ludzi będących w trwałym związku i chcących zostać rodzicami.

W ostatnich latach w kwestii materialnej bazy rodzicielskiej nastąpiła bardzo duża poprawa. Mimo to dalej obserwujemy demograficzny regres. Dlaczego? Ze względu na pogorszenie się sytuacji w dwóch pierwszych obszarach.

Jeśli chodzi o poprawę w dziedzinie „materii”, to największą barierą jest dostępność cenowa mieszkań. Bez posiadania „własnego kąta” rzeczywiście trudno myśleć o posiadaniu potomstwa.

Natomiast trzeba znów bardzo mocno podkreślić: jeśli chcemy w długiej perspektywie odwrócić trend spadającej dzietności, musimy najpierw porządnie zadbać o aspiracje rodzicielskie, o trwałe relacje społeczne. Dopiero na końcu możemy martwić się kwestią mieszkań, żłobków etc.

Niestety, patrząc na sytuację tu i teraz, w ciągu najbliższych kilku czy kilkunastu lat, ze względu na kształt piramidy wieku i spadającą liczbę kobiet w wieku rozrodczym, liczba rodzących się dzieci nie wzrośnie, a jednocześnie będziemy notować spadek liczby osób w wieku produkcyjnym. Przyczyną tego stanu rzeczy jest fakt, że obecni 30-latkowie to osoby urodzone w latach 90. XX wieku, a są to roczniki wyraźnie mniej liczne niż te z lat 80. tegoż stulecia.

Jak załatać demograficzną lukę tu i teraz? Po pierwsze Polonia!

Wiemy zatem, jak można by poprawić sytuację demograficzną w dłuższej perspektywie. Co jednak z niwelowaniem skutków tych zjawisk w krótszym czasie? Wszakże już teraz – zwłaszcza na rynku pracy – zaczynamy powoli odczuwać skutki negatywnych trendów demograficznych. Cóż, wydaje się, że nie pozostaje nam nic innego jak zaprosić do Polski osoby z zewnątrz.

Tutaj jednak – biorąc pod uwagę doświadczenia innych krajów – powinniśmy działać w sposób bardzo ostrożny i przemyślany. Powinniśmy starać się, by zapraszane przez nas osoby były nam jak najbliższe kulturowo.

Wobec tego pierwszym „zasobem” zagranicznym, po który powinniśmy sięgnąć, powinni być Polacy i mieszkające na całym świecie osoby mające polskie korzenie. Według różnych szacunków jest ich ok. 20 mln (zatem więcej niż co trzecia osoba polskiego pochodzenia mieszka poza Polską).

Nie chodzi jedynie o dokończenie tzw. repatriacji Polaków ze Wschodu (co oczywiście należy zrobić) – wśród nich zostało jeszcze kilkadziesiąt tysięcy osób, które czekają na możliwość powrotu do Polski. Powinniśmy podejść do sprawy zdecydowanie szerzej.

Polska jest dzisiaj jednym z najlepszych na całym świecie miejsc do życia. Należymy do czołówki światowej pod względem bogactwa i perspektyw rozwoju. Jesteśmy miejscem bezpiecznym, mamy dobrą kuchnię i przyjaznych ludzi (chociaż tak bardzo lubimy narzekać). Nawet klimat zaczyna być bardziej przyjazny aniżeli w wielu krajach np. południa Europy.

Dla wielu osób polskiego pochodzenia, szukających swojego miejsca do życia, Polska może okazać się całkiem atrakcyjną opcją. By sprowadzić naszych rodaków z emigracji do kraju, musielibyśmy do nich dotrzeć – i to skutecznie – z informacją o tym, jak bardzo kraj, który opuszczali ich przodkowie – najczęściej „za chlebem” – zmienił się w ostatnich latach. Trzeba by im pokazać, że to co mają zagranicą, jest dziś dostępne również w ich ojczyźnie.

Często słyszę, że realizacja tego postulatu jest nierealna. Pada argument, że ci ludzie, gdyby chcieli wrócić do Polski, to dawno by to zrobili. Jednak skąd możemy to wiedzieć, jeśli do tej pory nawet nie spróbowaliśmy ich tu sprowadzić?

Państwo polskie, poza nielicznymi wyjątkami, nie przeprowadziło żadnej kampanii zachęcającej do przyjazdu, skierowanej do Polaków i osób polskiego pochodzenia mieszkających w innych krajach. Nie ma też jakiejkolwiek instytucji czy nawet konkretnych procedur, które takie powroty miałyby ułatwiać.

Co gorsza, jak wskazują doświadczenia przedstawicieli najnowszej fali migracyjnej (po akcesji Polski do UE), często chęć powrotu kończyła się w momencie kontaktu z polskimi instytucjami, które działały tak, jakby chciały naszych rodaków do tego powrotu zniechęcić.

Warto zatem spróbować o Polonię realnie powalczyć. Byłoby to działanie zdecydowanie prostsze i tańsze niż większość postulatów i dotychczas prowadzonych polityk mających na celu poprawę wskaźników demograficznych.

Imigranci? Tak, ale pod warunkiem, że chcą się asymilować

Jeśli jednak (co bardzo prawdopodobne) powyższe działania nie przyniosą szybkiego efektu, wystarczającego by zapewnić dalszy rozwój naszej gospodarki i zapełnić lukę na rynku pracy, musimy zacząć myśleć również o imigracji. Nie chodzi jednak o niekontrolowane otwarcie naszych granic dla przybyszów z całego świata. Chodzi o bardzo konkretną, celowaną punktowo politykę imigracyjną.

Po pierwsze, powinniśmy do pracy szukać osób w krajach i społecznościach jak najbliższych nam kulturowo. Po drugie, powinniśmy zapraszać do siebie ludzi mających konkretne, poszukiwane na rynku pracy umiejętności (prawdziwych „lekarzy” i „inżynierów”), przyjmując jednocześnie zasadę, że są u nas mile widziani, dopóki tutaj pracują.

Po trzecie, warto zadbać o skuteczną politykę integracji i asymilacji tych przybyszów, a zwłaszcza ich dzieci. Jeśliby zostali z nami na dłużej, powinni stać się częścią naszego społeczeństwa, akceptując naszą kulturę, nasze normy, zwyczaje i przekonania.

***

Zatem podsumujmy. Przede wszystkim skończmy z pesymistyczną wizją głoszącą, że negatywne trendy demograficzne są nieuchronną koniecznością dziejową i nie da się ich odwrócić. Zacznijmy działać długofalowo.

Jeśli chcemy zmienić alarmujące tendencje związane z dzietnością (a szerzej trendy demograficzne) w Polsce, nie możemy skupiać się tylko na kwestiach ekonomicznych, ale musimy zadbać o trzy obszary determinujące dzietność. I to w odpowiedniej kolejności.

Po pierwsze, kreując prorodzinną kulturę i prestiż rodzicielstwa, powinniśmy zadbać o silne aspiracje rodzicielskie. Po drugie, przeciwdziałając rozpadowi więzi społecznych, musimy dbać o silne relacje i związki romantyczne, które są niezbędne do powstawania małżeństw i rodzin. Po trzecie wreszcie, musimy zadbać o to, by rodziny miały gdzie i za co wychowywać swoje – oby jak najliczniejsze – potomstwo.

To w długiej perspektywie. A w krótszej? Przedstawmy ofertę powrotu dla 20 mln Polaków mieszkających na całym świecie i spróbujmy zasypać lukę nieuchronnie powstającą na rynku pracy przyjmowaniem osób mających konkretne kompetencje oraz potencjał asymilacji z polskim społeczeństwem.

Tekst jest częścią tez zawartych w książce „Jak uniknąć demograficznej katastrofy” autorstwa Bartosza Marczuka i Michała Kota, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Prześwity 12 września tego roku. Książka zawiera obszerne rozwinięcie wszystkich tez zawartych w niniejszym artykule.