Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Polska osiągnie najwyższy deficyt budżetowy od 1989 roku. Czy to źle? Niekoniecznie

Polska osiągnie najwyższy deficyt budżetowy od 1989 roku. Czy to źle? Niekoniecznie Minister Finansów Andrzej Domański; źródło: wikimedia commons; CC BY 3.0 PL

Według szacunków Ministerstwa Finansów planowany deficyt na 2025 r. wyniesie prawie 300 mld złotych, tj. 7,3% PKB Polski. Nominalnie to najwyższy deficyt od 1989 r.! Czy to oznacza, że są powody do niepokoju o stan narodowej gospodarki? Nic z tych rzeczy. Politycy i komentatorzy straszący zgubnymi skutkami rosnącego długu publicznego nie mają racji. Dług, deficyt, koszt obsługi długu – to wszystko działa zupełnie inaczej, aniżeli przedstawia się nam w popularnych debatach na ten temat.

Rekordowy deficyt budżetowy nie oznacza katastrofy

Z wyższym deficytem, w relacji do PKB, aniżeli ten prognozowany na najbliższy rok, mieliśmy do czynienia tylko w kryzysowym 2020 r. Przejęty sytuacją gospodarczą Polski jak zawsze wydaje się prof. Leszek Balcerowicz, który od co najmniej kilkunastu lat przy okazji każdej informacji o deficycie budżetowym przepowiada Polsce katastrofę, kryzys czy drugą Grecję. Niedawno w programie „Kontrapunkt” stwierdził, że „utrzymywanie wysokiego deficytu to droga donikąd”.

Przewidywane przez niego czarne scenariusze jednak się nie sprawdzają. W XXI w. Polska przez łącznie 18 lat wykazywała deficyt budżetowy powyżej 3% PKB. Według unijnych reguł fiskalnych taki deficyt uważany jest za nadmierny. Co więcej, po 1989 r. nie było roku, w którym nie odnotowalibyśmy deficytu budżetowego! Nie inaczej jest tym razem. Mimo tego gospodarka nadal ma się całkiem nieźle.

Który dług jest prawdziwy?

W tym roku deficyt budżetowy jest wyjątkowo wysoki. To oznacza szybki wzrost długu publicznego, który zgodnie z danymi Eurostatu osiągnął już 57,4% polskiego PKB. Zbliżamy się do progu 60%, którego nasze państwo, zgodnie z prawem, nie powinno przekraczać.

Szkopuł jednak w tym, że dług publiczny osiąga taki poziom, tylko jeśli obliczany jest zgodnie z unijną metodologią (tzw. dług EDP, czyli dług sektora instytucji rządowych i samorządowych). Jednocześnie Ministerstwo Finansów okresowo publikuje informacje o państwowym długu publicznym (PDP, tj. zadłużenie sektora finansów publicznych po konsolidacji).

Jest on wyraźnie niższy od długu EDP i obecnie wynosi 46,3% PKB. Czemu Ministerstwo Finansów prowadzi podwójną statystykę? Dlatego, że PDP określa wysokość zadłużenia, którego limit wynika z art. 216 Konstytucji RP. Wciąż daleko nam do osiągnięcia tego pułapu.

Co więcej, mimo wskazania w ustawie zasadniczej konkretnej wartości maksymalnego zadłużenia (60% PKB), jej twórcy dali sobie sporo swobody przy ustalaniu, co należy traktować jako PDP. Zasady jego obliczania sprecyzowane są „ledwie” na poziomie ustawy. Jeśli potrzeba polityczna będzie wymagała, można je zmienić w każdej chwili.

Jeśli nie potrafimy ustalić, który poziom długu publicznego jest tym właściwym, to wzrost zadłużenia w najbliższych latach o kolejne kilka lub kilkanaście punktów procentowych nie powinien doprowadzić Polski do ruiny. Warto zwrócić uwagę na fakt, że w długoletniej perspektywie poziom długu publicznego jest wyjątkowo stabilny.

Według statystyk dostępnych na gov.pl w 2004 r. dług EDP w relacji do PKB wynosił 45,1%. Mimo że od tamtego czasu sytuacja ekonomiczna Polski znacząco się poprawiła, a dług EDP wynosi obecnie 57,4% PKB, każda kolejna opozycja regularnie straszy ukrytymi problemami i nadciągającą gospodarczą katastrofą.

Obecnie przoduje w tym Mateusz Morawiecki, który regularnie mówi o „deficycie grozy”. Były premier przekonuje, że gdy przekroczony zostanie konstytucyjny próg 60% długu względem PKB, Polska straci wiarygodność wśród inwestorów, a koszt obsługi długu publicznego wystrzeli w górę.

Nic takiego się nie wydarzy. Polsce wciąż jest daleko do unijnej średniej. W całej Unii Europejskiej poziom zadłużenia wynosi 81,8% PKB, w strefie euro – 88% PKB.

Kryzys zadłużeniowy nie chce nadciągnąć

Pomimo wysokiego deficytu liczby wskazują, że Polska nie ma czego się obawiać. Obecnie nasze państwo posiada korzystną strukturę długu publicznego. Jeszcze nigdy w historii poziom zadłużenia zagranicznego Polski nie był tak niski. Według statystyk dostępnych na stronie gov.pl w czerwcu 2025 r. udział długu zagranicznego w jego ogólnej strukturze wyniósł tylko 20,6% (371,5 mld złotych).

Spadek udziału jest obecnie wynikiem różnic kursowych oraz wzrostu długu krajowego. To oznacza, że prawie 80% wartości wszystkich obligacji jest emitowanych w złotych polskich. Do tego strategia zarządzania długiem zakłada utrzymanie udziału długu w walutach obcych poniżej 25%.

Istotna jest również zmiana, jaka zaszła na przestrzeni dekady. Jeszcze w 2014 r. poziom długu zagranicznego był na poziomie rekordowych 35%. Było to niebezpieczne dla krajowej gospodarki m.in. dlatego, że potencjalne duże wahania kursów walut, w których był emitowany dług zagraniczny, mogły nadmiernie zwiększyć koszt jego obsługi.

Co więcej, Polska posiada obecnie rekordowe rezerwy walutowe. Na koniec lipca 2025 r. oficjalne aktywa rezerwowe Polski, zarządzane przez Narodowy Bank Polski, wynosiły 223,5 mld euro, czyli 953,5 mld złotych polskich. Kluczowa jest również zmiana w ilości posiadanych aktywów.

Zaledwie w ciągu dwóch lat ich wartość wzrosła o prawie 80 mld euro. W październiku 2023 r., gdy obecna koalicja rządząca przejmowała władzę, rezerwy wynosiły „tylko” 166 mld euro. Teoretycznie, nawet jeśli Polska spłaciłaby „od ręki” cały dług zagraniczny, nadal posiadałaby znaczną część zgromadzonych aktywów rezerwowych.

Wysoki deficyt nie oznacza wysokich odsetek od długu

Emisja skarbowych papierów wartościowych, potrzebnych do obsługi zaplanowanego na ten roku deficytu budżetowego, wiąże się z koniecznością spłaty odsetek, które Polska będzie musiała zapłacić tym, który kupili polskie skarbowe papiery wartościowe.

Jednak należy wiedzieć, że od papierów wartościowych, które zostaną wyemitowane przez państwo w tym roku, odsetki zostaną zapłacone dopiero w następnych latach, gdy nadejdzie czas ich spłaty. Dopiero przyszłe budżety będę uwzględniały te kwoty.

Rekordowe koszty obsługi długu publicznego, które Polska poniosła w 2024 r. (ok. 80 mld złotych), a także koszty obsługi przewidywane na 2025 r. (ok. 100 mld złotych), to wartość odsetek spłacanych od papierów wartościowych, które w większości zostały wyemitowane kilka lat temu.

Nie ma powiązania pomiędzy tegorocznym wysokim deficytem budżetowym a wzrastającym w ostatnich latach kosztem obsługi długi publicznego. Dlaczego jednak te koszty rosną ? Przede wszystkim z uwagi na wysoki poziom stóp procentowych ustalony przez NBP.

W ostatnich trzech latach zarówno wysokość oprocentowania obligacji skarbowych, jak i stóp procentowych jest najwyższa od 20 lat. Choć to się zmienia. Wraz z trwającą od 2023 r. obniżką stopy referencyjnej równolegle następuje obniżka wartości oprocentowania obligacji skarbowych.

 

Oprocentowanie 10-letnich obligacji skarbowych od 1995 r. Źródło: https://stooq.pl/

Wysokość stopy referencyjnej NBP od 1995 r. Źródło: https://stooq.pl/

Ze względu na relatywnie niską inflację, która w lipcu 2025 r. wyniosła 3,1%, niewykluczona jest dalsza obniżka stóp procentowych przez Narodowy Bank Polski. To pociągnie za sobą spadek oprocentowania skarbowych papierów wartościowych o zmiennej stopie oprocentowania, a w konsekwencji obniży koszty obsługi długu publicznego.

W tym roku stopa referencyjna została już obniżona przez NBP z 5,75% do 5%, a dodatkowo nie są wykluczone jej dalsze obniżki. To oznacza, że koszty obsługi długu publicznego przewidziane w projekcie budżetu na ten rok będą zdecydowanie niższe niż zakładane 100 mld złotych.

Koszt obsługi długu ma swoje pozytywy. Także dla obywateli

Warto nadmienić, że wysokie koszty obsługi długu publicznego nie oznaczają wyłącznie negatywnych skutków dla polskiej gospodarki. Z perspektywy państwa najbardziej problematyczne jest znalezienie pieniędzy na spłatę papierów wartościowych, które zostały wyemitowane w walutach obcych.

W takiej sytuacji państwo polskie musi znaleźć dewizy, których samodzielnie nie kreuje, żeby wykupić zapadalne papiery dłużne. Do tego trzeba wziąć pod uwagę wahania kursowe, które zwiększają koszty obsługi zadłużenia zagranicznego.

W przypadku papierów wartościowych emitowanych w polskich złotych nie istnieje problem braku waluty. Niezależnie od tego, czy oprocentowanie od obligacji skarbowych jest w okolicy 1,5% (jak w czasie pandemii), czy powyżej 8% (jak w trakcie kryzysu energetycznego jesienią 2022 r.), państwo, jako jedyny emitent złotego, może wykreować każdą ilość pieniędzy, by wypłacić należne odsetki.

Trzeba też mieć świadomość, do kogo one trafiają. Według danych Ministerstwa Finansów ponad 70% wartości skarbowych papierów wartościowych jest w posiadaniu krajowych podmiotów, do tego 32% wartości skarbowych papierów wartościowych zostało zakupione przez krajowy sektor pozabankowy.

Czyli co trzecia złotówka przeznaczona na obsługę długu publicznego trafia m.in. do drobnych ciułaczy, którzy zgromadzone przez siebie oszczędności inwestują w obligacje skarbowe. Koszty obsługi długu publicznego, które ponosi państwo, są jednocześnie korzyścią dla jego obywateli.

Pomimo tego wciąż istnieją ekonomiści, którzy z niezrozumiałych powodów od lat przeliczają dług publiczny na mieszkańca Polski, sugerując, że dług publiczny jest długiem obywateli i nadejdzie taki dzień, w którym każdy z nas będzie musiał w końcu wyłożyć pieniądze, których nie ma, aby spłacić wspólne zadłużenie.

Wysoki deficyt to kłopoty w Unii Europejskiej

W obecnej sytuacji wysoki deficyt budżetowy i wzrastający dług publiczny jest przede wszystkim problemem politycznym, zwłaszcza na poziomie unijnym. W zeszłym roku Unia Europejska przeprowadziła reformę unijnych reguł fiskalnych, ponieważ dotychczasowe zasady w ogóle nie spełniały swojego zadania.

Chociaż nie zmieniły się podstawowe reguły zarządzania długiem publicznym zapisane w traktacie z Maastricht i państwa członkowskie nadal powinny dążyć to tego, aby nie przekraczał on 60% PKB, a deficyt budżetowy był niższy niż 3% PKB, to przebudowane zostały zasady, według których kraje członkowskie powinny planować budżet oraz zarządzać wpływami i wydatkami państwa, aby osiągać traktatowe cele.

Dodatkowo w wyniku reformy organy unijne uzyskały więcej kompetencji w zakresie kontroli planów budżetowych państw członkowskich. Na podstawie tych uprawnień, w następstwie wniosku Komisji, w lipcu 2024 r. Rada Unii Europejskiej wszczęła procedurę nadmiernego deficytu wobec Polski ze względu na jej deficyt budżetowy, który w 2023 r. wyniósł 5,1% PKB.

W ramach tej procedury Rada zaleciła, aby Polska zlikwidowała nadmierny deficyt do 2028 r., a nominalna stopa wzrostu wydatków netto nie przekraczała 6,3% w 2025 r., 4,4% w 2026 r., 4,0% w 2027 r. i 3,5% w 2028 r. Już dzisiaj wiemy, że przy uwzględnieniu planowanych wydatków państwa i dotychczasowych wpływów z podatków, unijne zalecenia wobec Polski pozostaną tylko na papierze.

Nierealizowanie tych planów oznacza ryzyko zwiększania politycznych nacisków z Unii Europejskiej na to, aby jednak w najbliższych latach planować budżet w taki sposób, żeby redukować wydatki oraz zwiększać dochody państwa. Łącznie z groźbami kar finansowych.

Czy jest szansa, że te groźby się zmaterializują? Wątpliwe. Mimo że unijne reguły fiskalne obowiązują od ponad 30 lat, a państwa członkowskie regularnie je naruszają, dotychczas na żadne z nich nie została nałożona kara finansowa.

Dlatego też w najbliższych latach Polska nie zmieni polityki fiskalnej. Drastyczna polityka zaciskania pasa, świecąca tryumfy w polskiej i europejskiej polityce po wybuchu wielkiego kryzysu finansowego, już się nie powtórzy. Według analityków Banku Pekao deficyt budżetowy Polski wyniesie 6,8% PKB w 2026 r. i 5,7% PKB w 2027 r. bez negatywnych konsekwencji.

Nawet jeśli pojawi się spór z unijnymi organami o zachowanie dyscypliny fiskalnej, naturalnym sojusznikiem Polski jak zawsze będzie Francja, która regularnie notuje deficyt powyżej 3% PKB. W tym roku wyniesie on 5,6% PKB. Paryż zapowiada, że deficyt będzie przekraczał unijny próg przynajmniej do 2029 r.

***

Polsce zatem nie grozi grecki scenariusz ani finansowa katastrofa. Owszem, w kolejnych latach deficyt budżetowy będzie wysoki, ale nie oznacza to, że stoimy nad przepaścią. Jak wskazuje dr Michał Możdżeń, choć źródła wzrostu deficytu są wielowymiarowe, sytuacja wciąż pozostaje pod kontrolą.

Jeśli pojawią się problemy, to raczej w sferze polityki niż ekonomii. Bruksela może próbować naciskać na cięcia wydatków czy podwyżki podatków, a na naszym krajowym podwórku zawsze znajdą się „eksperci” podsuwający szkodliwe pomysły.

Mimo to Polska ma dość przestrzeni fiskalnej i narzędzi, aby pomimo wzrastającego długu publicznego zachować stabilność. Zamiast straszyć kryzysem, lepiej dostrzec fakty: sytuacja jest bezpieczna, a nasza gospodarka ma mocne podstawy, by nadal się rozwijać.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.