Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Czy Jordan Peterson wierzy w Boga? Synteza myśli kanadyjskiego psychologa

Czy Jordan Peterson wierzy w Boga? Synteza myśli kanadyjskiego psychologa Jordan Peterson fot. Gage Skidmore; wikimedia commons; Creative Commons Attribution-Share Alike 2.0.

Jordan Peterson. Postać wzbudzająca kontrowersje. Oskarżany o naukowy cherry picking, transfobię i antyfeminizm. Dla entuzjastów – człowiek, który pomaga znaleźć sens i życiowy porządek w chaosie później nowoczesności. Jakie jest sedno myśli Jordana Petersona? Czy za jego przekazem stoi jakaś uporządkowana doktryna?

Niepoprawny politycznie, charyzmatyczny psycholog

Urodzony 12 czerwca 1962 roku Jordan Bernt Peterson z wykształcenia jest psychologiem klinicznym. Doktorat z tej dziedziny zdobył na Uniwersytecie w Montrealu. Wykładał również na Uniwersytecie Harvarda, by następnie przenieść się na Uniwersytet w Toronto. To tam pracował najdłużej.

Jak podaje Google Scholar, Peterson opublikował ponad 180 prac naukowych. Jego wskaźnik Hirscha – statystyka liczby cytowań, której używa się do określania znaczenia danego naukowca – wynosi 59, co czyni go współcześnie jednym z najczęściej cytowanych profesorów psychologii na świecie.

Zainteresowania Petersona – jak na psychologa – były i są bardzo szerokie. W swej karierze zajmował się badaniem związku agresji i uzależnienia od substancji psychoaktywnych, interesował się psychofarmakologią, neuropsychologią oraz psychologią osobowości, by ostatecznie zasłynąć badaniem psychologicznej funkcji mitów i religii.

Jako nastolatek zaczytywał się w dziełach George Orwella, Aldousa Huxleya, Aleksandra Sołżenicyna czy Ayn Rand. Z kolei będąc studentem zafascynował się twórczością Carla Gustava Junga, Friedricha Nietzschego oraz Fiodora Dostojewskiego. Zwłaszcza ten pierwszy odcisnął na Petersonie intelektualne piętno, które wyraźnie odbija się w jego sposobie myślenia po dziś – zwłaszcza, jeżeli chodzi o jego sposób patrzenia na fenomen religii.

W Polsce stał się znany dzięki youtubowemu kanałowi Wojna Idei, na którym można było obejrzeć z polskimi napisami fragmenty wykładów i wywiadów z Petersonem. W świecie zachodnim zaś, gdy zaprotestował przeciwko tzw. Ustawie C-16, zakazującej dyskryminacji osób transpłciowych. Psycholog odmówił wówczas używania wobec studentów preferowanych przez nich zaimków.

Działo się to w Kanadzie w 2016 roku. Dwa lata później Peterson ostatecznie porzucił karierę akademicką, by skupić się na pisaniu książek, jeżdżeniu po świecie z wykładami i działalności na YouTube.

Do tej pory zostały wydane jego cztery książki (wszystkie przetłumaczone na język polski) – Mapy sensu (1999), 12 życiowych zasad (2018), Poza Porządek oraz My, którzy zmagamy się z Bogiem (2024). Omawiając jego myśl, najwięcej uwagi chciałbym poświęcić tej ostatniej. Jest to tym bardziej zasadne, że skupia ona w sobie niczym w soczewce sposób myślenia Petersona o świecie – religii, człowieku i polityce.

Jordan Peterson jest uczniem Carla Gustava Junga

To, co uderza najmocniej, gdy czyta się ostatnią książkę Petersona i słucha jego wykładów biblijnych na YT, jest przemożny wpływ Carla Gustava Junga – legendarnego szwajcarskiego psychoanalityka. Jest to wpływ na tyle duży, że bez cienia przesady można określić kanadyjskiego psychologa jungistą, czy nawet więcej – uczniem słynnego psychoanalityka.

W tym punkcie warto przypomnieć, że jedną z głównych tez Junga było przekonanie o istnieniu rzeczywistości zwanej „nieświadomością zbiorową”. W nieświadomości zbiorowej miały „znajdować się” tzw. archetypy – pierwotne, uniwersalne wzorce lub obrazy, które manifestują się w mitach, religiach, snach, sztuce i symbolach kulturowych, a nawet psychozach.

Archetypy były zdaniem Junga uniwersalne i niezależne od różnic kulturowych. Wczytując się w ten koncept, nie sposób nie dojść do wniosku, że owa nieświadomość zbiorowa – w której mieszczą się archetypy takie jak m.in.  Anima/Animus, Cień, Jaźń, Bohater, Matka czy Mędrzec – niejako poprzedza istnienie każdego poszczególnego człowieka.

Jest rzeczywistością pierwotną wobec zarówno pojedynczego ludzkiego istnienia jak i społeczności – jest więc czymś w rodzaju platońskiego nieba idei, które realizują się częściowo w rzeczywistości materialnej i są wobec tej rzeczywistości pierwotne.

Peterson w My, którzy zmagamy się z Bogiem – biorąc opowieści biblijne za źródło wiedzy o człowieku i świecie, robi dokładnie to samo co Jung – szuka w źródłowych dla chrześcijaństwa tekstach ponadczasowych i transkulturowych wzorców, które odkryte i ujawnione przez świadomość, powinny stanowić fundament budowania zarówno własnej, dojrzałej indywidualnej osobowości, jak i wspólnoty politycznej.

„Dostrzegając w jaki sposób duch ten przejawia się w najgłębszych opowieściach danej kultury, zaczynamy pojmować nieprzemijalną wartość archetypowych postaci obecnych w świecie narracji: Smoka, Chaosu, Wielkiej Matki, Wielkiego Ojca i boskiego Syna.

Opanowanie sztuki rozumienia i rozpoznawania tych postaci, gdziekolwiek się one pojawią, pozwala nam również docenić nieuchronną siłę przyciągania jaką emanują, oraz konieczność ich odrodzenia, gdyby zostały zapomniane lub w inny sposób odrzucone” – pisze Peterson w My, którzy zmagamy się z Bogiem.

Tak więc archetypy – skryte głęboko w naszej i zbiorowej podświadomości – są uniwersalnymi wzorcami, które musimy odkryć i się do nich stosować. Od tego zależy stawka tego, czy jednostki i społeczeństwa będą dążyć ku osobowościowej dojrzałości i wspólnotowej harmonii, ku pełni symbolizowanej przez Jaźń, czy też raczej stoczą się w kierunku degeneracji, upadku, chaosu i wojny.

Grzechy Adama i Ewy

Jungizm Petersona jest szczególnie uderzający, gdy przychodzi mu do komentowania sceny stworzenia Adama i Ewy oraz zarysowania różnic pomiędzy kobietą a mężczyzną: „Wszystko to wskazuje, że wieczny Bohater (sama esencja lub duch Adama) jest aktywnym procesem wychodzenia naprzeciw rzeczywistości, ujarzmiania jej, nadawania nazw oraz budowania relacji, jak opisano to w dramacie ludzkich dziejów otwierających wielką Księgę Rodzaju”.

„Ewa, z natury i woli Boga, predysponowana jest do przemawiania w imieniu uciskanych, ignorowanych i marginalizowanych, zwracając w ten sposób uwagę Adama na ich troski”. Adam jest więc tym, który porządkuje, wprowadza ład, nazywa rzeczy. Ewa zwraca uwagę na wykluczonych, tych którzy potrzebują włączenia w harmonię ustanowioną przez Adama. Ta teza, będzie miała kluczowe znaczenie w myśleniu Petersona o polityce, do czego później wrócę.

Peterson uznaje naturalną odmienność mężczyzny i kobiety, nie twierdzi jednak, że mężczyzna i kobieta są istotami o zupełnie różnym statusie ontologicznym. To nie są oddzielne gatunki. Adam i Ewa są z tego samego budulca – wszakże Ewa zostaje wyprowadzona z żebra Adama. Gdzie więc tkwi różnica?

Ewa przez fakt potencjału do bycia matką, posiadania w związku z tym innej gospodarki hormonalnej i nieco odmiennej budowy ciała, będzie realizowała człowieczeństwo w nieco inny sposób niż Adam, który jest przepełnionym testosteronem mężczyzną, predestynowanym do walki i działania w świecie „rzeczy”.

Krótko mówiąc – choć Adam i Ewa są z tego samego budulca, to „pierwiastki” z których są zbudowani przyjmują u mężczyzny nieco inne proporcje niż u kobiety i na odwrót.

Każda z tych postaci ma jednak – zgodnie z myślą Junga i podążającego za nim Petersona – swoisty cień: „Grzech Ewy? Uleganie pochlebstwom wieczne zdradliwego węża. Grzech Adama? Nieustanne dawanie posłuchu podszeptom Ewy.

Grzech pychy u obojga, przy czym w przypadku Ewy wynika on z kombinacji współczucia i narcyzmu: «Jestem matką, która może objąć wszystko». U Adama opiera się on z kolei na przekonaniu: «Mogę w nieskończoność przekształcać i przemianowywać sam porządek – a wszystko po to, aby zaimponować Ewie»”.

Adam jest więc zagrożony pokusą pychy wynikłej z przekonania o własnych kompetencjach, co może prowadzić do tego, iż jego panowanie nad ziemią stanie się tyranią – czyż nie na tym w istocie polega krytykowana przez ekologów eksploatacja przyrody przez człowieka? Co więcej, zabiegający o względy kobiety poddany jest pokusie przekroczenia porządku moralnego w celu zaimponowania Ewie.

Ewie grozi natomiast pycha, polegająca na przekonaniu, że jest ona w stanie objąć wszystkich bez wyjątku swą troską – nawet za ceną przekroczenia porządku ustanowionego w raju przez Boga. Wąż symbolizuje w tej opowieści kogoś znajdującego się na marginesie, co budzi troskę i współczucie Ewy.

Mit jest racjonalnością

Szczególnie cenna w myśli Petersona jest obrona swoistej racjonalności mitów i religii. Opowieści o bogach, grzechu i cnocie nie są w oczach Kanadyjczyka „bajkami” tworzonymi przez elity w celu dyscyplinowania swoich poddanych. Nie straciły one również racji bytu przez mający swój zalążek w oświeceniu tryumfalny pochód metody naukowej.

Oczywiście, Peterson nie odrzuca nauki. Nie uważa, że to co odkrywa – używając rzetelnej metodologii – na temat świata jest nieważne. Nic z tych rzeczy. Peterson nie ucieka w irracjonalizm. Wzywa jednak naukowców do pokory.

Wskazuje, że ich wiedza ma granice, że nie są oni w stanie objąć wszystkiego: „Naukowiec (filozof, humanista czy grzesznik) pełen pokory pada na kolana, przyznając się przed sobą samym, wobec swojej dziedziny oraz przed Bogiem do niezmierzonych głębin swojej niewiedzy”.

Naukowiec powinien więc unikać nadmiernej pewności co do własnych kompetencji w swojej dziedzinie, jak i unikać pokusy – tak częstej – ekstrapolowania odkryć tej dziedziny na całą rzeczywistość.

No dobrze, ale jaką rolę w ludzkim świecie pełni mit, religia? Przede wszystkim, nauka nie jest w stanie dostarczyć nam wystarczających uzasadnień dla ludzkiej egzystencji – jednostkowej i społecznej. Nauka nie mówi o sensie życia.

Mówi o teorii ewolucji, mechanice kwantowej, o procesach społecznych i psychicznych, ale nie daje nam powodu, dla którego mielibyśmy żyć i umierać. Nie jest też w stanie dać fundamentu pod moralność i porządek publiczny. Czymże więc jest religia? Czymże jest mit?

„W tym świetle tradycja religijna to nic innego jak objawienie tego, co nieuchronnie aksjomatyczne, choćby w formie dramatycznej i narracyjnej. Owe opowieści o jednoczącym charakterze sprawiają, że wszyscy podążają w tym samym kierunku, spoglądają na ten sam świat i odczuwają te same emocje – jest to niemal równoważne z prawdziwym, produktywnym pokojem”.

Wspólny mit jest konieczny, by powstała wspólnota. Niekończące się spory o definicje, znaczenia, fundamenty prowadzą ostatecznie do chaosu i atrofii wspólnoty. Jak pisze Peterson, „pewien stopień wiary w kosmos, ogród i samego siebie stanowi niezbędny fundament dla dalszego ruchu naprzód; fundament wręcz nieunikniony, ponieważ jedyną alternatywą jest nieskończony nawrót wątpliwości i zstąpienie w otchłań”.

Co, więcej Peterson pokazuje, że ta religijna – a co za tym idzie najgłębsza – prawda o człowieku jest wyrażalna w formie dramatycznej, teatralnej, w formie narracji i opowieści, nie zaś teorii naukowych. W tym punkcie w swoim myśleniu kanadyjski psycholog bardzo przypomina mi francuskiego myśliciela i psychoanalityka Pierre’a Legendre’a – w Europie zapomnianego, za to coraz bardziej popularnego w krajach anglosaskich.

Legendre – podobnie jak Peterson – również twierdził, że człowiek, aby ustanowić społeczeństwo i podstawę dla funkcjonowania jednostek, musi odwołać się od mitu – nauka jest w tym punkcie bezradna. Tak pisze we wstępie do jednej z niewielu wydanych po polsku książek Legendre’a, Zbrodni kaprala Lortiego, dr hab. Wawrzyniec Rymkiewicz:

„Zasada Racji, pryncypium Rozumu dla ludzkiego gatunku, jest wewnętrzną regułą myślenia mitologicznego, zgodnie z którą kładzie ono swój fundament. Człowiek, żeby stać się podmiotem, musi znaleźć dla siebie podstawę – która go poprzedza – która mu towarzyszy – i która zarazem jest mu niedostępna. Kto jej nie znajdzie, uczy Legendre, ten osunie się w otchłań bez-Rozumu albo bez-Podstawności, la dé-Raison”.

Uzasadnienie ludzkiego istnienia zdaniem Legendre’a można wyrazić wyłącznie w języku mitu. Bez tego uzasadnienia, człowiek skazany jest na dezintegrację. Jordan Peterson – przy zachowaniu wszelkich różnic w szczegółach – myśli bardzo podobnie.

W tym miejscu należy postawić pytanie: czy któraś z tradycji religijnych jest lepsza od innych? Co najlepiej odwzorowuje wieczne prawy o człowieku: chrześcijaństwo? Taoizm? Zaratusztrianizm? Buddyzm?

Peterson choć swobodnie odwołuje się do wielu tradycji religijnych – hinduizmu czy też starożytnych religii z obszaru Mezopotamii – i niczym Joseph Campbell dostrzega w nich ponadczasowe archetypy, to jednak finalnie zdaje się wskazywać – choć nie robi tego wprost – na przewagę chrześcijaństwa nad innymi tradycjami religijnymi.

Ową przewagę Jordan Peterson zdaje się widzieć przede wszystkim w nauczaniu o tym, że człowiek został stworzony na „obraz i podobieństwo Boże”. To ono jest fundamentem dla szczególnej roli jednostki na Zachodzie, niespotykanej w innych kulturach.

To dzięki niej zniesione zostało niewolnictwo, które Kanadyjczyk potępia. Choć nie wyklucza obecności wielkiej mądrości także w innych tradycjach religijnych, wydaje się, że Peterson widzi chrześcijaństwo jako najbardziej komplementarną opowieść o świecie i człowieku.

Przełożyć filozofię na politykę

Wywiedziona z religii chrześcijańskiej prawda o szczególnej godności człowieka jest dogodnym momentem, by przejść do kwestii poglądów Petersona na porządek polityczny. Na czym powinien on się opierać? Jakie – w pluralistycznym światopoglądowo świecie – mamy przyjąć aksjomaty?

Peterson – jak pisałem wyżej – podkreśla przede wszystkim szczególną rolę religijnej prawdy o „stworzeniu człowieka na obraz i podobieństwo Boże”. Jest to fundament przekonania o niezbywalnej godności człowieka na Zachodzie. Podstawa dla ochrony życia ludzkiego, przekonania o wolności i odpowiedzialności jednostki za swoje czyny.

„To właśnie z tego założenia wskazującego na dorozumianą, indywidualną wartość człowieka, wywodzimy nasz nieskończony zestaw naturalnych praw (i – nie zapominajmy, jak często nam się to zdarza – także naturalnych obowiązków)” – pisze Peterson komentując biblijny ustęp o stworzeniu człowieka.

Tak więc wolność i odpowiedzialność człowieka to zdaniem Petersona pierwszy fundament. Drugim jest fakt, że „mężczyzną i niewiastą stworzył ich” – zatem istnieją dwie płcie. Trzecim – każdy człowiek ma obowiązki wobec społeczeństwa, w którym żyje. Czwartym – porządek społeczny nie powinien być oparty o dyktat mniejszości nad większością.

Kanadyjski psycholog zdaje się w swym światopoglądzie zawieszony pomiędzy klasycznym liberalizmem w stylu Johna Locke’a a konserwatyzmem pokroju reprezentowanego przez Edmunda Burke’a. Z jednej strony podkreśla on wolność jednostki, jej odpowiedzialność, sprawczość oraz prawo do ochrony jej przed przesadnie interwencjonistycznymi zakusami państwa.

Z drugiej zaś odrzuca traktowany absolutystycznie koncept umowy społecznej. Istnieją pewne przyrodzone prawa niezależne od ludzkich arbitralnych ustaleń – jak wymieniona wyżej godność człowieka.

„Owe prawa i obowiązki nie zostały nam nadane wtórnie, na mocy jakiegoś procesu umowy społecznej – nie są nam przyznawane przez wszechwiedzące, wszechobecne i wszechmocne państwo. Stanowią one najgłębsze odzwierciedlenie tego, co daje początek trwałemu państwu i co chroni je przed groźbą nieuniknionego popadnięcia w anachronizm; przed groźbą ślepoty, gigantomanii i despotyzmu –  tą jakże straszną alternatywą dla jego rozwoju”.

To, co Petersona łączy z konserwatyzmem ewolucyjnym Burke’a, to zarysowany w powyższym cytacie dystans względem wszelkiego rodzaju inżynierii społecznej. Człowiek nie jest istotą w pełni racjonalną, jak chcieliby go widzieć niektórzy.

Kierują nim ukryte w jego podświadomości jasne i ciemne siły. O ucieleśnienie dopominają się w nim wieczne archetypy. Skoro więc człowiek nie jest tylko świadomością i nowocześnie pojmowaną rozumnością, to i porządek polityczny nie powinien się na tych optymistycznych założeniach opierać.

Kolejną rzeczą, którą łączy Petersona z Burke’m, jest ewolucjonizm. Peterson nie odrzuca jakiejkolwiek zmiany. Wzywa jednak do stosowania zasady „płotu Chestertona” – zanim coś zmienisz, zastanów się jaką funkcję „to coś” pełniło.

Czy jesteś pewien, że masz na tyle dobre rozwiązanie, by zastąpić to, co dawne i wypróbowane? A może próba wprowadzenia zmiany doprowadzi do chaosu i zaprzepaszczenia całkiem nieźle funkcjonującego porządku?

Margines musi pozostać marginesem

Jordan Peterson w interesujący sposób rozważa problem relacji normy do tego co nienormatywne, większości do mniejszości. Jest dla mnie oczywiste, że kanadyjski psycholog – choć nie mówi tego wprost – swoje rozważania prowadzi na tle charakterystycznych dla Zachodu kontrowersji takich jak pytanie o miejsce w społeczeństwie mniejszości seksualnych oraz płciowych.

„Zrozumienie, że peryferie czy też margines nie są jedynie prostą antytezą, tego co znajduje się w centrum – ani jego przeciwieństwem, jak się powszechnie zakłada – jest absolutnie kluczowe. […]  Ujmując to innymi słowy margines może istnieć wokół centrum, o ile oba te obszary zachowają pewną ostrożność.

Jeśli jednak w następstwie popadnięcia ofiary w urazy lub zgorzknienia, które niemal nieuchronnie towarzyszą życiu w cieniu ideału, margines zacznie domagać się posadowienia w centrum, wówczas zacznie się wyłaniać margines marginesu.

Gdy ideał, ten straszliwy, lecz niezbędny sędzia, słabnie – i jeśli czyni to w sposób, który może być z radością przyjęty przez wykluczonych, a nawet uciśnionych – wówczas drapieżne i pasożytnicze smoki prawdziwego chaosu gwałtownie powracają”.

Nie da się stworzyć porządku publicznego bez domieszki pewnego rodzaju przemocy symbolicznej większości nad mniejszością. Dostrzegł to już Legendre polemizując z Michelem Foucaultem o niezbędność instytucji i kultury dla kształtowania się człowieka.

Porządek ten – zdaniem Petersona – musi zostać ustanowiony zgodnie z zapisanym w społecznej nieświadomości naturalnym, archetypicznym prawem. To ów świat archetypów – wyrażany w opowieści religijnej – stanowi ideał, wzorzec, który ma kształtować społeczne imaginarium.

Peryferie zaś – homoseksualiści, transseksualiści, wszystkie osoby queer’owe – muszą pogodzić się z miejscem, które zajmują. Przypominając metaforę Jonathana Pageau, której użył komentując zjawisko niebinarności, tego typu osoby muszą pogodzić się z pełnieniem w społecznej „budowli katedralnej” roli gargulca. Jednak – jak podkreślał Pageau – ów gargulec też ma swoją rolę do odegrania. Choć jest dalej od centrum, to pozostaje integralną częścią budowli.

Z drugiej zaś strony – to już moja refleksja – społeczne centrum musi bardzo uważać, by swojej hegemonii symbolicznej nie wykorzystywać do niesprawiedliwego gnębienia mniejszości. To, że ktoś nie spełnia pewnej normy – np. normy płciowej czy seksualnej – nie oznacza, że trzeba go do spełniania owej normy przymuszać. Konserwatyści muszą to zrozumieć.

Większość ma też – w mojej ocenie – pewne zobowiązania wobec mniejszości. Nie rezygnując bowiem z ideałów i wykazując się asertywnością wobec roszczeń mniejszości domagających się zniesienia np. heteronormy, większość powinna wykazać się troską o mniejszość na tyle, na ile jest to w ramach moralności możliwe. Potrzebna jest nam archetypiczna Ewa. Jednak Ewa sprzed grzechu, nie zaś ta która wiedziona pychą, uległa kuszeniu węża.

Czy Jordan Peterson jest postmodernistą?

Intersującym elementem myślenia Petersona są jego uwagi na temat ludzkich możliwości poznawczych. Niektóre uwagi Kanadyjczyka są bowiem charakterystyczne dla myślenia… postmodernistycznego.

„Tak właśnie postrzegamy świat: aby stał się dla nas zrozumiały, a nawet uchwytny czy zauważalny, jesteśmy zmuszeni filtrować go przez mechanizm opowieści”. Dlaczego? Ponieważ „istnieje niemal nieskończona liczba sposobów kategoryzowania […] z każdym spojrzeniem na to, co nas otacza, dokonujemy selekcji faktów”.

I dalej: „W ten oto sposób porządkujemy, upraszczamy i redukujemy świat zanim się z nim zetkniemy. Takie ustalanie priorytetów nie jest jedynie biernym procesem, lecz stanowi aktywne wyrzekanie się danej rzeczy na rzecz czegoś innego”.

Czy Jordan Peterson nie popada tu w jakiegoś rodzaju epistemologiczny idealizm, sugerując, że tworząc narracje jesteśmy niejako twórcami rzeczywistości nas otaczającej? A może jest jeszcze gorzej – Jordan Peterson staje przedstawicielem postmodernizmu (który przecież tak ostro krytykuje), sugerując, że dotarcie do prawdy obiektywnej jest niemożliwe, my zaś jesteśmy uwięzieni w języku, a prawda zależna jest od przyjętej narracji?

Odpowiadając na powyższe pytanie: nie, Peterson nie jest postmodernistą. Jeżeli miałbym go przyporządkować do jakiegoś rodzaju tradycji filozoficznej, to widziałbym go jako swego rodzaju platonika.

Będąc bowiem pilnym uczniem Carla Gustava Junga, uważa, że pierwotne wobec wszelkiej możliwej narracji i opowieści są transkulturowe archetypy. Istnieją więc narracje, które lepiej lub gorzej odpowiadają wymaganiom tychże archetypów, a także i takie, które w ogóle im przeczą.

Jak wspominałem, wydaje się, że Peterson mimo wszystko faworyzuje chrześcijaństwo względem innych narracji. Tak więc, kwestia doboru i oceny różnych opowieści nie jest arbitralna. Opowieści o świecie i różne tradycje kulturowe nie są równoważne. Muszą one spełniać aprioryczne, archetypiczne wymagania zbiorowej nieświadomości.

Czy Jordan Peterson wierzy w Boga?

Na koniec chciałbym zmierzyć się z kluczowym z perspektywy twórczości Petersona pytaniem. Czy kanadyjski psycholog wierzy w Boga? Cóż, w tym punkcie – jak się zdaje – pozostaje prymusem, jeżeli chodzi o naśladowanie swojego mistrza – Carla Gustava Junga.

Szwajcarski psychoanalityk zapytany niegdyś w telewizyjnym wywiadzie o to, czy wierzy w Boga, odpowiedział: „Ja nie wierzę, ja wiem”. Najpopularniejsza interpretacja tych słów głosi, że uznał Boga jako „istniejący fakt psychiczny”. Boski archetyp jest obecny w każdej kulturze, a więc – jako fenomen społeczny i psychiczny – istnieje.

Nie miał on na myśli Boga, tak jak rozumieją go chrześcijanie – jak byt, będący źródłem i przyczyną wszystkich innych bytów, w tym fizycznego kosmosu. Oczywiście, co podkreślam – to jedna z możliwych interpretacji słów Junga.

W książce Petersona znajdują się fragmenty, które sugerowałyby, że kanadyjski psycholog rozumie Boga dokładnie w powyższy sposób – jako personifikację Jaźni, najwyższej Prawdy objawiającej się w ludzkim sumieniu. Jednak zaraz potem pisze o Bogu tak, jakby był istotą poprzedzającą człowieka, ba – wyraźnie od człowieka wyższą, będącą źródłem porządku moralnego przewyższającego jednostkę i społeczeństwo.

To jak jest z tym Bogiem Petersona? Cóż, są dwie opcje: albo Jordan Peterson rzeczywiście wierzy w osobowego Boga stwórcę kosmosu, źródło porządku, z którym człowiek może wejść w osobisty kontakt, albo uznaje Go za pierwotną rzeczywistość psychiczną obecną w nieświadomości zbiorowej, poprzedzającą istnienie każdego człowieka, ale nie mającą takiego statusu ontycznego, jak widzą to ortodoksyjni chrześcijanie.

***

Twórczość Petersona ma mankamenty. Ilość dygresji, którą popełnia w My, którzy zmagamy się z Bogiem, momentami zaburza jasność wywodu. Z kolei niektóre rozważania Petersona np. w dziedzinie filozofii języka, bez odwołania się do autorytetów z tej dziedziny – a Kanadyjczyk wszakże jest psychologiem, a nie językoznawcą – budzą pytania, czy aby nie mamy do czynienia z wątpliwymi merytorycznie wycieczkami „na cudze boisko”.

Jednak przy wszystkich mankamentach, twórczość Jordana Petersona jest prowokująca i stymulująca intelektualnie. Jego erudycja i wydobywanie z opowieści źródłowych dla naszej kultura nieoczywistych wniosków jest odświeżające. Z pewnością ostrzegałbym przed skreślaniem tej postaci tylko dlatego, że nie we wszystkim co mówi i robi, legitymuje się „akademicką poprawnością”,

Dlatego nie lekceważyłbym działalności Kanadyjczyka. Zwłaszcza biorąc pod uwagę jego popularność. Peterson jest społecznym fenomenem – to fakt, z którym niezależnie od sympatii i antypatii trzeba się zmierzyć. Moim zdaniem jego książki – czytane z odpowiednim dystansem – mogą stanowić sensowne źródło inspiracji dla duchowych poszukiwań i indywidualnych moralnych zmagań ze słabościami i chaosem późnej nowoczesności.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.