Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Podział na sacrum i profanum jest niekatolicki. Mimo to, gitary w kościele to błąd

Podział na sacrum i profanum jest niekatolicki. Mimo to, gitary w kościele to błąd Śpiewnik gregoriański z klasztoru św. Marcina w Tibães (Portugalia); źródło: wikimedia commons; CC BY-SA 4.0

Muzyka podczas mszy ma być wykonywana demokratycznie przez wszystkich, ma być radośnie, głośno, a przede wszystkim po coś. Muzyka ma uszczęśliwiać nowożeńców, wzruszać żałobników, nawoływać do nawrócenia, a ponad wszystko – poprawiać nastrój. Problem polega na tym, że muzyka, którą słyszymy w Kościele, coraz mniej ma wspólnego z katolicyzmem.

Aby mówić o tym, czym jest i jaka być powinna muzyka liturgiczna, trzeba wciąż powracać do tego, czym tak naprawdę jest liturgia. Dopiero uświadomienie sobie tego daje nam odpowiednią perspektywę do ujrzenia roli i charakteru muzyki jej towarzyszącej.

Muzyka liturgiczna nie jest bowiem „tylko” muzyką, nie jest też żadną „oprawą”, lecz, jak naucza Sobór Watykański II, integralną częścią liturgii (KL 112). Tę zaś tak definiuje kard. Ratzinger: „Liturgia jest antycypowaną Paruzją, jest wchodzeniem »już« w nasze »jeszcze nie« – jak to przedstawił Jan w opisie wesela w Kanie. Godzina Pana jeszcze nie nadeszła, jeszcze się nie dokonało wszystko to, co ma nadejść, jednak na prośbę Maryi – Kościoła – On już teraz daje nowe wino. Antycypując, już teraz daje dar swej godziny” (Ratzinger, 2012: 515).

Liturgia jest zatem wejściem wieczności już teraz w naszą doczesność. Kto zaś ją sprawuje? Sam Chrystus i, jak powiada List do Hebrajczyków, wstawia się On nieustannie za nami przed obliczem Ojca:

„Chrystus bowiem wszedł nie do świątyni, zbudowanej rękami ludzkimi, będącej odbiciem prawdziwej [świątyni], ale do samego nieba, aby teraz wstawiać się za nami przed obliczem Boga, nie po to, aby się często miał ofiarować jak arcykapłan, który co roku wchodzi do świątyni z krwią cudzą. Inaczej musiałby cierpieć wiele razy od stworzenia świata. A tymczasem raz jeden ukazał się teraz na końcu wieków na zgładzenie grzechów przez ofiarę z samego siebie” (Hbr 9,24–26).

A zatem to nie my sprawujemy liturgię, tylko Kościół na ziemi uczestniczy w tej wiecznej, niebieskiej, w jedności z Chrystusem, na tej zasadzie, na jakiej jest Ciałem Chrystusa, a Chrystus jego Głową.

Protestantyzacja Kościoła

Teraz, gdy zarysowaliśmy pokrótce, czym jest liturgia, skupmy się na tym, czym w niej jest muzyka i jakie ma znaczenie. Wyjaśnienie zacznę jednak od tego, jak jest to znaczenie pojmowane w tradycji protestanckiej, a to dlatego, że we współczesnej praktyce muzyki liturgicznej w Kościele katolickim właśnie to rozumienie funkcjonuje najczęściej i błędnie jest pojmowane jako ujęcie własne, katolickie.

Mamy więc w protestantyzmie położony bardzo silny akcent na związek muzyki ze słowem Bożym. Ma ona być kerygmatem, ma więc też postawione jako cel ewangelizowanie. Drugą cechą charakterystyczną protestanckiego rozumienia roli muzyki liturgicznej jest bardzo mocne ukierunkowanie jej już przez Lutra na ludzkie emocje.

Ojciec reformacji bardzo poważnie podszedł do antycznej teorii etosu mówiącej, że muzyka może nie tylko wyrażać poszczególne emocje, ale też na nie wpływać, a nawet je w człowieku wywoływać. Luter rozciąga zatem tę moc oddziaływania muzyki na wszystkie władze duszy i czyni z niej oręż w walce z grzechem.

Proszę zauważyć, że w ujęciu katolickim to łaska pomaga zwalczyć grzech, a więc autor ten postawił muzykę w miejsce łaski. Ta pierwsza staje się w jego ujęciu swego rodzaju kagańcem na ludzkie popędy, środkiem do uśmierzania smutku lub wywoływania radości, do której każdy chrześcijanin jest, według Lutra, absolutnie zobowiązany.

W sytuacji, gdy luteranizm zakwestionował nie tylko katolicką naukę o naturze i łasce, ale także, w ogromnym stopniu, katolicką sakramentologię i soteriologię, oczywiste się stało, że muzyka i jej działanie zajęły w dużym stopniu miejsce łaski udzielanej za pośrednictwem sakramentów.

Nic zatem dziwnego, że skoro dał jej tak wysokie miejsce w swoim systemie, a także w liturgii (ta protestancka nie była przecież sprawowaniem sakramentów, bo one „nie działają”, raczej tylko zgromadzeniem się wiernych po to, by wesprzeć się Słowem Bożym, muzyką i śpiewem), to cała tradycja protestancka będzie odtąd bardzo wyraźnie nastawiona na dbanie o jakość muzyki liturgicznej.

Tak wysoka jej pozycja w protestantyzmie utrzyma się aż do naszych czasów, niezależnie od tego, jak potoczyły się jej losy w poszczególnych odłamach spadkobierców Lutra, czy dana gmina chrześcijańska będzie dążyć do wykonywania muzyki liturgicznej przez wysoko wyspecjalizowanych muzyków kościelnych, czy raczej do „egalitaryzmu muzycznego” i kłaść nacisk na konieczność wspólnego wkładu w śpiew wszystkich uczestników liturgii.

Jak pisze bowiem Albert Schweitzer w swojej sławnej monografii Bacha, analizując sytuację muzyczno-liturgiczną kościoła luterańskiego, sam Luter wahał się początkowo, czy muzykę liturgiczną powierzyć raczej wykształconym muzykom, czyli postawić na wysoką jej jakość artystyczną, czy raczej pójść w stronę uczestniczenia całego ludu w wykonywaniu, z konieczności, jak najprostszych pieśni, tak by każdy był w stanie ich się nauczyć.

Jak wiemy, nie rozstrzygnął ostatecznie tego dylematu, dostrzegając zalety obydwu rozwiązań. W dalszej historii kościoła luterańskiego wydawano zarówno śpiewniki przeznaczone dla wyspecjalizowanych wykonawców, w których melodia chorału protestanckiego była ukryta w głosie tenorowym (a więc były to klasyczne motety), jak i z utworami przeznaczonymi do wykonywania przez cały lud. Harmonizacja w tych drugich była maksymalnie uproszczona, a znana powszechnie melodia chorałowa znajdowała się w najlepiej słyszalnym głosie górnym, tak by wszyscy mogli się włączyć w śpiew.

Minęło już ponad 500 lat od czasów reformacji, tymczasem w Kościele katolickim widać przeniesienie zarówno protestanckiego rozumienia celów, jak i cech muzyki liturgicznej. Mamy więc taką, której nadrzędnym celem jest wzbudzanie emocji, jednocześnie redukujemy przy tym całą sferę ludzkiej religijności wyłącznie do nich.

Dodatkowo naczelną i obowiązującą powszechnie emocją ma być radość, podczas gdy wierni przecież nie tylko nie mają obowiązku zawsze być rozradowani, jak też należy to podkreślić – budowanie pobożności na najbardziej zmiennym i nietrwałym fundamencie, jakim są ludzkie emocje, jest pomysłem chybionym.

Przekleństwo użyteczności i aktywizmu

Mamy też obecnie w Kościele katolickim do czynienia z sytuacją ikonoklazmu muzycznego, którego Luter szczęśliwie uniknął. Mianowicie traktuje się muzykę liturgiczną wyłącznie jako użytkową, mającą specjalne zadanie do wykonania – ma nas właściwie ukierunkować, nawrócić i zewangelizować, ewentualnie stworzyć odpowiedni nastrój do budowania wspólnoty przez złączenie głosów w jednej pieśni.

Wykluczone jest natomiast i obłożone anatemą jakiekolwiek „koncertowanie”, mające, w powszechnym przekonaniu, charakter czegoś zbędnego i próżniaczego, bo przecież nie przyczynia się do budowania konkretnego dobra. Jest to podejście zupełnie niepoparte nakazami dokumentów kościelnych, które wskazują jako główny cel muzyki liturgicznej chwałę Bożą i uświęcenie wiernych. Niestety, powyższe podejście jest niemal powszechne w sferach kościelnych.

Pojawiło się ono oczywiście na gruncie niepisanego dogmatu o rzekomych intencjach Soboru Watykańskiego II, który miał chcieć zaktywizowania wszystkich wiernych podczas liturgii. Tymczasem, jak zwraca uwagę kard. Ratzinger, sobór stawia postulat czynnego uczestnictwa (participatio actuosa), a nie powszechnej aktywności czy, jak to ujmuje Orygenes, aktywizmu (participatio activa).

Czynne uczestnictwo nie oznacza przecież, że wszyscy będą w każdym momencie musieli wykonywać jakieś czynności (np. również śpiewać). Ma to być przede wszystkim zjednoczenie się wewnętrzne z jedyną ofiarą Chrystusa, tak, by Jego akcja w liturgii – ofiarowanie się – stało się naszym, a więc byśmy ostatecznie sami stali się Ciałem Chrystusa (Tenże: 136-141, 645-647).

Narzucenie więc obowiązku na wiernych, by wszyscy śpiewali wszystko, zabija muzykę, a także często, jak to wprost zauważa kard. Ratzinger, samą modlitwę: Bądźmy jeszcze bardziej konkretni: „faktem jest, że istnieje wiele osób, które mogą lepiej śpiewać »sercem« niż »ustami«, którym jednak śpiew mających dar śpiewania ustami może naprawdę rozśpiewać serce, tak że w duszy sami także śpiewają i to wdzięczne słuchanie staje się razem ze śpiewem kantorów jedną chwałą Bożą. Czy rzeczywiście trzeba zmuszać do śpiewania kogoś, kto nie jest do tego zdolny, i w ten sposób zmuszać do milczenia jego serce i serca innych?” (Tenże: 491).

Samo milczenie czy słuchanie podczas liturgii nie oznacza przecież braku czynnego uczestnictwa. Na naszym gruncie niemal dokładnym przeniesieniem modelu protestanckiego śpiewania zharmonizowanych w czterogłosie chorałów, w którym schola dyskretnie dośpiewuje podstawę harmoniczną, a główną melodię wykonuje cały lud, jest coraz popularniejszy śpiewnik Niepojęta Trójco.

Wpisuje się on w eksperyment społeczno-muzyczny polegający na udemokratycznieniu śpiewu kościelnego i zatarciu różnicy pomiędzy śpiewem chóru i śpiewem ludu. Podczas gdy w tradycji Kościoła jasna była przez wieki zasada ścisłego i hierarchicznego podziału ról podczas liturgii i było jasne, które fragmenty śpiewa kapłan, które kantor, które chór a które lud. Chór przy tym był zawsze pojmowany jako reprezentacja całego ludu Bożego.

Ucieleśnić liturgię

Przejdźmy teraz do zarysowania pokrótce, jaka jest katolicka koncepcja muzyki liturgicznej. Święty Augustyn również podejmuje wątek antycznej teorii etosu, ale przekształca ją w duchu chrześcijańskim i ujmuje w teologicznych kategoriach. Otóż dusza ludzka poddana jest skutkom grzechu pierworodnego, które polegają m.in. na tym, że człowiek odwrócony jest od Boga, a zwrócony całym sobą ku rzeczom stworzonym. Na tym polega jego grzeszność.

Nie dlatego, że świat i rzeczy stworzone miałyby być same w sobie złe, tylko dlatego, że człowiek zaczyna ich pragnąć w sposób nieuporządkowany, oddalając się jednocześnie od Boga, podczas gdy właściwą koleją rzeczy byłoby pragnąć rzeczy ze względu na to, że stanowią środek do osiągnięcia celu ostatecznego. Przykładowo pożywienie nie stanowi celu samego w sobie, lecz środek do podtrzymywania życia, a to z kolei – środek do tego, by osiągnąć cel ostateczny, którym jest zjednoczenie z Bogiem. Tymczasem człowiek odwraca się od celu ostatecznego, którym jest Bóg, a całkowicie zwraca się ku rzeczom stworzonym.

Rolą zaś muzyki, zdaniem św. Augustyna, jest wsparcie nas w odwróceniu się od rzeczy stworzonych i zwróceniu ku samemu Stwórcy. Taki jest właśnie chrześcijański etos muzyki. Jej moc bierze się stąd, że ona sama, wskazując na porządek w niej zawarty, odzwierciedla ład zawarty w harmonii stworzenia, a więc wskazuje na logos zawarty w świecie i całym dziele stworzenia, czyli w jakimś sensie samego Boga.

Kardynał Ratzinger rozwija dalej teologię muzyki liturgicznej, wychodząc od podziału sztuk dokonanego przez Fryderyka Nietzschego, mianowicie na dionizyjskie i apollińskie. Muzyka dionizyjska to ta, która ma oderwać człowieka od zmysłów i doprowadzić do ekstazy, czyli zjednoczenia z bóstwem. Muzyka apollińska to taka, której działanie polega na scalaniu władz człowieka i harmonizowaniu ich, a więc w jakimś stopniu na porządkowaniu ludzkiej natury.

Jaka zatem powinna być katolicka muzyka liturgiczna? Otóż powinna wziąć to, co najlepsze, z obu tych rodzajów sztuki, czyli powinna, z jednej strony, odpowiadać rozumnej naturze człowieka, na podobieństwo określenia ukutego przez św. Pawła – rozumnej służby (logiké latreía) Bożej, a z drugiej – ułatwiać człowiekowi przekraczanie jego natury. Powinna zatem zarówno rządzić się rozumnymi zasadami kompozycji, które z kolei odzwierciedlają Boży logos zawarty w stworzeniu (sztuka apollińska), jak i umożliwiać wzniesienie się ludzkiej natury ponad jej własną kondycję, w myśl zawołania: Sursum corda (sztuka dionizyjska).

Wreszcie najszczytniejszym, zdaniem kard. Ratzingera, celem muzyki liturgicznej jest ucieleśnienie liturgii. Ta ostatnia jest rzeczywistością bosko-ludzką, niebiańsko-ziemską, podobnie i muzyka, posiadając naturę fizyczno-duchową (składa się przecież z fizycznych dźwięków, ale już porządek, który w sobie zawiera, i jej liczbowa struktura są zakorzenione w Boskim umyśle).

Stanowi więc doskonałe ucieleśnienie i szatę kultu, który sprawujemy na ziemi, a także kontynuację Wcielenia. To bowiem nie dokonało się tylko raz w historii, w „pełni czasów”, ale dokonuje się cały czas w posłudze i liturgii Kościoła.

Katolik świętuje codziennie

Kolejnym zagadnieniem pomagającym nam zrozumieć sens i znaczenie muzyki liturgicznej jest kwestia opozycji sacrum-profanum. Warto pamiętać, że pojęcia te, w rozumieniu dwóch absolutnie wykluczających się wzajemnie sfer, nie są chrześcijańskie. Jeśli przejrzy się dokumenty kościelne, to Kościół nigdy nie wypowiadał się, używając tych kategorii w takim właśnie rozumieniu.

Skąd zatem znalazły się one zarówno w języki potocznym, jak i teologicznym? Opozycja sacrum-profanum powstała w kręgu myślicieli takich jak Émile Durkheim, Rudolf Otto i Mircea Eliade i stąd została zaszczepiona na grunt katolicki. Jest zatem w teologii katolickiej ciałem obcym.

Jak zatem Kościół pojmował i pojmuje wzajemne relacje pomiędzy sacrum profanum? Dla katolików opozycja świecki–święty jest fałszywa, bo to, co świeckie, nie oznacza bowiem tego, co nie-święte. Samo słowo pro-fanum nie zawiera żadnego pejoratywnego wydźwięku, oznacza jedynie pewne oddzielenie, „to, co znajduje się przed świętością, przed jej progiem”.

Opozycja sacrum–profanum zakłada, że to, co jest świeckie, jest jednocześnie opuszczone przez Boga, a nawet w jakimś sensie Jemu się przeciwstawia. Tymczasem wszystko, co znajduje się przed progiem świętości, jest dobre już z tego względu, że jest stworzone.

Zbędny balast piękna

Pamiętając zatem o tym uporządkowaniu rozumienia pojęć sacrum profanum, możemy dopiero przejść dalej do ewentualnej oceny przydatności danej muzyki do liturgii. Kardynał Ratzinger posługuje się oczywiście pojęciami sacrum profanum w ocenie muzyki, ale jednocześnie proponuje zastąpienie ich opozycją świąteczny-powszedni, gdyż ono w bardziej zrozumiały sposób opisuje charakter danej muzyki, bez niekatolickich konotacji.

Jednocześnie analizując przyczyny obecnego kryzysu muzyki liturgicznej, kard. Ratzinger dochodzi do wniosku, że mamy obecnie do czynienia z ikonoklazmem muzycznym w Kościele. Pozwolę sobie w tym miejscu zacytować obszerniejszy fragment jego rozważań:

„Wewnętrzny kryzys współczesnego chrześcijaństwa polega na tym, iż stracono z oczu »prawowierność«, rozumianą w myśl tej definicji, którą sformułował Sobór Nicejski II, a ikonoklazm uznano za rdzennie chrześcijański. Wydawać się może, że w obliczu zaistniałej sytuacji pozostała nam jedynie rozpaczliwa schizofrenia radości ze szczęśliwego dziejowego nieporozumienia albo narodziny nowego obrazoburstwa.

Jak doszło do tak jednomyślnego uznania przez współczesnych ekspertów wrogości wobec sztuki i purytańskiego funkcjonalizmu za pierwotnie chrześcijański? Dostrzegam dwa źródła tego rodzaju poglądów. Pierwszym jest fakt, że przejściu od Starego Testamentu do Wspólnoty Jezusa Chrystusa towarzyszyło porzucenie świątyni i uznanie przestrzeni codzienności za najwłaściwsze miejsce dla sprawowania nabożeństw.

Krytyka kultu, rozpoczęta przez proroków Izraela, została przez Jezusa nie tylko podjęta, ale wyostrzona: wypędzając ze świątyni handlujących w niej kupców, Chrystus doprowadził bowiem do jej symbolicznego zburzenia. Nic dziwnego, że ukrzyżowanie Jezusa poza miastem (Hbr 13,12) zostało przez jego uczniów zinterpretowane jako początek nowego kultu i jednocześnie zerwanie ze starym.

Stąd wnioskuje się dziś, że chrześcijaństwo, chcąc być wiernym Chrystusowi, musi przeciwstawiać się świątyni, kultowi i kapłaństwu, że poza przestrzenią codzienności nie istnieje w nim żadna inna świętość ani żadne święte miejsce, i wreszcie, że chrześcijańskie nabożeństwa mają być włączone w sferę profanum, w sferę powszedniości.

Gdzie natomiast ponownie pojawia się kult i kapłaństwo, tam mamy do czynienia z powrotem do tego, co przedchrześcijańskie. Takie sprofanowane rozumienie specyfiki chrześcijaństwa pociąga za sobą doskonale nam już znane konsekwencje.

Pierwszą z nich jest negacja świątecznego charakteru chrześcijańskiego nabożeństwa oraz odrzucenie tradycyjnej, zbyt „sakralnej” muzyki kościelnej. Drugą natomiast jest wymóg zwykłości i powszedniości chrześcijańskiego nabożeństwa oraz warunek przynależenia towarzyszącej mu muzyki do sfery profanum”

Przyznam się, że dopiero znalazłszy ten fragment rozważań Josefa Ratzingera, doznałam prawdziwej ulgi, bo oto ktoś wreszcie nazwał po imieniu zjawisko, którego jesteśmy świadkami w naszych kościołach, a które trudno było właściwie do tej pory zdiagnozować. Powszechnie bowiem doświadczanym zjawiskiem jest pewien niepisany wstyd dotyczący zbyt uroczystej muzyki liturgicznej, która bywa traktowana jako zbędny balast i rozrzutność.

Przypomina to ewangeliczną scenę, w której Maria rozbiła flakon z drogocennym olejkiem, by namaścić Jezusa, a Judasz zgorszony powiedział na to: Czemu to nie sprzedano tego olejku za trzysta denarów i nie rozdano ich ubogim? (J 12,3–8).

Dodatkowo do utrwalenia tej sytuacji przyczynia się także język kościelny, który np. w kalendarzu liturgicznym wprowadził pojęcie „okres zwykły”, podczas gdy wiemy, że życie chrześcijanina powinno być nieustannym świętowaniem. Potwierdza to intuicja zawarta w dawnych, łacińskich nazwach dni tygodnia, które brzmiały: feria prima, feria secunda itd. Szczególnie zaś dotyczy to liturgii katolickiej, która, jak o tym wspominałam wyżej, jest włączeniem się w wieczne niebiańskie świętowanie.

Jeśli zatem w ten sposób spojrzymy na nią i przynależną jej muzykę, to współczesne piosenki kościelne, tworzone chyba od razu z założeniem, że mają być „zwykłe” i „codzienne”, niczym nieróżniące się od tych śpiewanych przy ognisku, stanowią w liturgii jeśli nie obrazę Boską, to na pewno element nielicujący z jej doniosłością.

Odrębnym problemem, choć zbliżonym, jest sprawa inkulturacji. Konstytucja o Liturgii Świętej Sacrosanctum concilium oraz instrukcja Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów Liturgia rzymska i inkulturacja określają tę ostatnią jako dostosowanie śpiewów liturgicznych do tradycji i ducha tych ludów, plemion i narodów, które mają swoje własne, odrębne tradycje muzyki religijnej. Tymczasem obecnie mamy do czynienia z tendencją do zmiany zakresu znaczenia tego pojęcia.

Przez inkulturację zaczyna się rozumieć również przemianę muzyki kościelnej krajów z wielowiekową tradycją katolicką i muzyczną, tak by upodobnić ją do „muzyki świata”. Muzyka kościelna i śpiew liturgiczny mają być „inkulturowane” we współczesne języki artystyczne i muzyczne.

Problem polega przede wszystkim na tym, że współczesny język muzyczny nie nadaje się zupełnie do liturgii katolickiej. Nawet skądinąd pobożni katoliccy kompozytorzy piszący współczesną muzykę sakralną, tworzą ją w takim kształcie, który przeczy zasadom jej dotyczącym.

Warto nieustannie powracać do tego, co o muzyce kościelnej i liturgicznej napisał św. Pius X w swoim motu proprio Tra le Sollecitudini. Dokument ten, jak wszystkie zawierające prawdziwą naukę Kościoła, charakteryzuje się tym, że zawsze jest aktualny:

„Ponieważ jednak muzyka nowoczesna wyrosła na służbie u świata, dlatego tym bardziej trzeba uważać na to, by kompozycje, na których wykonywanie w kościele się pozwala, nie były przesiąknięte duchem tego świata, ani też przeplatane reminiscencjami z teatru i nie wzorowały się, nawet w zewnętrznych swych formach, na światowych kompozycjach” (Pius X, Motu proprio Tra le Sollecitudini, 5.).

Tekst stanowi fragment książki p.t. Rozbite zwierciadło. O muzyce w czasach ponowoczesnych wydanej przez Wydawnictwo Tyniec w ramach serii Biblioteka Christianitas. Czasopismo „Pressje” udzieliło patronatu medialnego tej publikacji. Tytuł, lead i śródtytuły zostały nadane przez redakcję.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.