Polska jest dziś na pasku obcych mocarstw. Dokładnie jak w XVIII wieku
Bernardo Bellottto ps. Canaletto, Elekcja Stanisława Augusta, źródło: wikimedia commons; CC BY-SA 4.0
Polska jest krajem ustrojowo, politycznie i mentalnie całkowicie otwartym na kształtowanie swojej polityki wewnętrznej przez siły zewnętrzne. Nieuniknione jest, że inne kraje będą z tego korzystać naszym kosztem.
Donald Tusk i jego ponure żarty
Tuż przed pierwszym spotkaniem z prezydentem Karolem Nawrockim premier Donald Tusk przekazał mediom: „Będę rozmawiał o tym, żebyśmy nie dali się nigdy rozgrywać przez nikogo. Ani przez naszych wrogów, ani przez naszych przyjaciół”. To słuszne założenie zabrzmiało jak wyjątkowo ponury żart. Wszystko przez kontekst.
Po pierwsze, o odporności na zewnętrzne wpływy mówił polityk, który w przeszłości wielokrotnie otwierał na nie Polskę, w celu osiągania namacalnych korzyści w polityce krajowej. Dość przypomnieć rozgrywkę prowadzoną przeciwko prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu w 2008 r., tuż po tym, jak zmarły tragicznie w Smoleńsku polityk, pełnił rolę głównego negocjatora Traktatu Lizbońskiego i przez ponad dwa lata reprezentował III RP na unijnych szczytach.
Donald Tusk, chcąc zastąpić prezydenta w Brukseli i jednocześnie ośmieszyć na arenie krajowej, rozpoczął wielomiesięczną wojnę podjazdową z głową państwa. Pół biedy, gdy premier odcinał prezydenta od dostępu do rządowego samolotu. Gorzej, gdy Tusk zakazał – jak to miało miejsce w połowie października 2008 r. – przekazania kancelarii prezydenta przepustek i znaczków umożliwiających wejście na posiedzenie Rady Europejskiej.
Po czym kancelaria Kaczyńskiego poprosiła o nie władze Francji, sprawującej wówczas prezydencję w Unii. Pałac Elizejski odmówił. Ale gdyby chciał zagrać na nosie szefowi polskiego rządu, mógłby podjąć dokładnie odwrotną decyzję.
Tak polski prezydent i premier rozgrywali się wzajemnie (acz premierowi wychodziło to zdecydowanie lepiej) do momentu, gdy należało się porozumieć w kwestii obchodzenia kolejnej rocznicy wymordowania w Katyniu przez Sowietów polskich oficerów i urzędników.
Strona rosyjska, będąca oficjalnym organizatorem uroczystości, już w styczniu 2010 r. wystosowała zaproszenie do Donalda Tuska. Jednocześnie twardo odmówiono zaproszenia Lecha Kaczyńskiego. Pełniący honory gospodarza Władimir Putin nie życzył sobie obecności osoby, która tak źle się o nim wypowiadała m.in. dwa lata wcześniej w Tbilisi podczas rosyjskiej inwazji na Gruzję.
Polski premier na to przystał i 7 kwietnia udał się do Katynia jedynie z delegacją rządową. Prezydent postanowił nie ustępować i poleciał z własną delegacją na własne uroczystości 10 kwietnia. Jak tragicznie się to skończyło, wszyscy wiemy. Jeśli wyciągnięto z tych wydarzeń jakieś wnioski na przyszłość, co do „rozgrywania” Polski przez siły zewnętrzne, to do dziś są one trudno zauważalne.
Deklaracja Donalda Tuska – „żebyśmy nie dali się nigdy rozgrywać” – brzmi jak ponury żart także w kontekście ostatnich tygodni, gdy żyjemy oczekiwaniem na wybuch nowej wojny między premierem a prezydentem – o przepustki, samoloty, krzesła oraz uroczystości. Na razie ograniczyła się ona do demonstrowania, z kim ma ochotę rozmawiać Donald Trump.
Notabene ten fakt rodzi uzasadnioną obawę, że w przyszłości, gdy będą ustalane warunki rozejmu z Rosją, nie tylko nastąpi to ponad głową Warszawy. Również treść warunków poznamy dopiero po ich wejściu w życie.
Nawoływania, by nie dać się rozgrywać, podobnie jak odwoływanie się do patriotyzmu i wspólnego interesu, nic nie dadzą. Tak samo presja mediów czy opinii publicznej, bojącej się o bezpieczeństwo kraju i własne.
Polska pozostanie niezdolna do mówienia jednym głosem w polityce zagranicznej, i tak już bardzo rachitycznej. Co gorsza nie będzie potrafiła chronić swej sceny politycznej przed nawet bardzo daleko idącymi ingerencjami innych państw.
Polska powraca do XVIII wieku
Jak na dłoni bowiem widać, iż w III RP dokonuje się coś zasługującego na nazwę resetowania jej do „ustawień fabrycznych”. Tych, które miała wpisana w swój ustrój Rzeczpospolita szlachecka.
Gdyby chcieć wskazać najważniejsze z nich, można by zacząć od trwałego prymatu polityki wewnętrznej nad zagraniczną. Ta ostatnia pozostawała okazjonalnym dodatkiem.
W czasach pokoju istniała po to, aby ogół szlachecki mógł się napawać poczuciem, że Polska jest potężna i wiele znaczy w Europie. Jak choćby po wjeździe poselstwa kierowanego przez kanclerza Jerzego Ossolińskiego do Rzymu w listopadzie 1633 r. Wówczas Wieczne Miasto olśniono bogactwem ubiorów, hojnością i złotymi podkowami, specjalnie gubionymi przez konie. Z tego Polska dumna jest do dziś.
W tym czasie europejskie mocarstwa budowały sieci stałych placówek dyplomatycznych na całym kontynencie, prowadzonych przez zawodowych dyplomatów. Równie szybko rozbudowywano siatki szpiegowskie.
Informacja i dyplomacja w połączeniu z silną armią stawały się głównymi narzędziami budowania pozycji państw na Starym Kontynencie. Rzeczpospolita nawet nie próbowała iść tą drogą, ograniczając się do okazjonalnych poselstw w momentach krańcowego zagrożenia.
Nie potrafiono więc ani zawiązywać korzystnych dla Polski sojuszów, ani dzięki dyplomacji zapobiegać najazdom wrogów. Nie zbudowano nawet sieci informatorów, dzięki którym król, sejm i senat regularnie dowiadywaliby się, co dzieje się w innych krajach Europy. Nie utworzono więc rzeczy stanowiącej standard już w XVII w. dla Francji, Anglii, Habsburgów, Szwecji, a nawet malutkiej Brandenburgii.
W Warszawie wiedza króla, jego otoczenia, senatorów i posłów o świecie była szczątkowa. Czerpano ją z własnych podróży i doświadczeń, opowieści innych podróżników oraz kupców, od nielicznych własnych poselstw i przede wszystkim od dyplomatów będących na służbie innych krajów. Strategiczne decyzje podejmowano na podstawie nie wiedzy, lecz wyobrażeń.
Obok ograniczenia polityki zagranicznej do absolutnie niezbędnego minimum i nieustannego braku na nią funduszy, kolejnym z ustawień fabrycznych dawnej Rzeczypospolitej było całkowite koncentrowanie się na sporach wewnętrznych. Towarzyszyło temu sukcesywne osłabianie władzy wykonawczej.
Jednocześnie w ustroju państwa zapisano otwarte zaproszenie dla innych krajów do ingerowania w jego sprawy wewnętrzne. Była nim wolna elekcja. Od połowy XVII w. pozwalano, żeby korzystał z niego każdy mający ochotę i godzono się na rosnący wpływ sił zewnętrznych na wewnętrzną scenę polityczną.
Skupione wokół największych rodów magnackich stronnictwa nauczyły się, że łatwiej odnosi się sukcesy, gdy otrzymuje się wsparcie i pieniądze z innych stolic. Począwszy od końcówki rządów Jana Kazimierza rzeczą oczywistą było, że wspierające króla stronnictwo pobiera subwencje od władcy Francji Ludwika XIV i stara się wykonywać zalecenia jego ambasadora, rezydującego w Warszawie. Natomiast opozycję sponsorował i nią zarządzał cesarz Leopold I Habsburg.
Z biegiem lat sytuacja się komplikowała, ponieważ brać na utrzymanie polskich polityków nauczyli się również: Hohenzollernowie panujący w Brandenburgii i Prusach Książęcych, carowie Rosji, a okazjonalnie także władcy niemieckich państewek i królowie Szwecji. Natomiast przypadków, gdy to dyplomaci wysłani z Warszawy do innych stolic kupowali tam lokalnych polityków i wyciągali z tego korzyści dla Rzeczypospolitej prawie nie odnotowywano.
Kiedy jeszcze sceną polityczną w Polsce zarządzały dwa wielkie mocarstwa, skupiały się na sprawach fundamentalnych. Usiłowały narzucić własnego króla oraz rządy swojego stronnictwa. Kiedy do grona zarządzających Rzecząpospolitą dołączyli wszyscy jej sąsiedzi, wówczas zaczęto konkurować o doraźne korzyści i wyszarpywano z bezwładnego kraju cokolwiek się dało.
Świadomość opisanego stanu rzeczy w okresie miedzy końcem potopu szwedzkiego a początkiem XVIII w. budziła wśród szlachty olbrzymie oburzenie. Mnożyły się apele o jedność i patriotyzm. Powszechnie potępiano branie łapówek od obcych dworów.
W odpowiedzi na próby narzucenia Polsce królów przez konkurujące mocarstwa, naród szlachecki głosował podczas wolnych elekcji na Michała Korybuta Wiśniowieckiego, potem na Jana Sobieskiego i wreszcie elektora saskiego Augusta II Mocnego.
Każdy z nich wygrywał elekcję jako kandydat antysystemowy, na fali oburzenia wobec mieszania się mocarstw w wewnętrzne sprawy Polski. Ale żaden antysystemowiec niczego nie zmienił, bo ustawienia fabryczne okazywały się niemożliwe do przełamania. Za to z czasem dało się do nich przyzwyczaić, a nawet polubić, co nastąpiło w pierwszej połowie XVIII w.
Dziś niewiele się zmieniło
Dziś też już do nich przywykliśmy. Przecież od dawna nie dziwi nas, że politykę zagraniczną III RP jednocześnie prowadzą rząd i prezydent wraz ze swoją kancelarią. Oba ośrodki władzy mogą za granicami Polski uskuteczniać działania totalnie ze sobą sprzeczne.
Ba! One potrafią zwalczać się nawzajem, przy wsparciu innych państw, i używać tego konfliktu jako elementu konkurowania o poparcie wyborców. To ostatnie okazuje się sprawą o wiele ważniejszą niż efektywność polityki zagranicznej.
Podobnie przywykliśmy, że główne obozy polityczne szukają sobie za granicą protektorów, mogących im pomóc w utrzymaniu lub odzyskaniu władzy. Czasami przybiera to formy żałosno-komiczne.
Tak było w przypadku funduszy zagwarantowanych w ramach Krajowego Planu Odbudowy. Komisja Europejska, idąc na rękę ówczesnej polskiej opozycji, odcięła od nich rząd Mateusza Morawieckiego. Grając z nim tak, aby jego autokompromitowanie się zmniejszało szansę na wyborczy sukces Zjednoczonej Prawicy. Gdy ta utraciła władzę, euroentuzjastyczna koalicja łatwo i szybko zdobyła dostęp do pieniędzy z KPO.
Po czym wydanie już tylko niewielkiej ich części okazało się dla obecnego rządu olbrzymim nieszczęściem wizerunkowym, z którego trudno się będzie podnieść.
Teraz za rzecz naturalną przyjmujemy, że skoro przywódcy Platformy Obywatelskiej, aby powrócić do władzy, szukali wsparcia w Brukseli i Berlinie, to Prawo i Sprawiedliwość powinno się zwracać o protekcję do administracji Donalda Trumpa. Tak dopełnia się rekonstrukcja czasów, gdy w Polsce ścierało się stronnictwo profrancuskie z prohabsburskim.
Jeszcze dokładniej reset ustawień fabrycznych przypominał epizod z ostatniej kampanii prezydenckiej. Przed pierwszą turą wyborów w mediach społecznościowych pojawiły się spoty promujące Rafała Trzaskowskiego i jednocześnie ośmieszające Karola Nawrockiego i Sławomira Mentzena.
Jak się okazało, powstały one za zagraniczne pieniądze, które przepłynęły przez fundusz Higher Ground Labs, a następnie w Polsce przez powiązaną z Koalicją Obywatelską fundację Akcja Demokracja. Do dziś nie wiemy do końca, kto, wbrew polskiemu prawu, wyłożył grube miliony, żeby wpłynąć na wynik wyborów prezydenckich. I w sumie już nie chcemy się dowiedzieć. Kiedyś historycy to odgrzebią.
Tak jak odgrzebali, że w 1697 r. Ludwik XIV na wypromowanie podczas wolnej elekcji na króla polski Franciszka Ludwika de Bourbon wyłożył całe 8 milionów złotych liwrów. Część poszła na kampanię, a część trafiła do kieszeni najważniejszych osób w kraju, na czele ze sprawującym funkcję interreksa prymasem Michałem Radziejowskim.
Nowe czasy początkiem tragedii dla Polski?
Do tej pory, w III RP, te ustawienia systemowe tak nie raziły. Stany Zjednoczone i Unia Europejska mówiły jednym głosem, a Polska korzystała z bezpiecznej egzystencji, którą dawała przynależność do Zachodu oraz jego strategiczna jedność.
Prowadzenie własnej polityki zagranicznej i chronienie przed obcymi wpływami wewnętrznej sceny politycznej było jak najbardziej wskazane, jeśli wykazywało się ambicje, żeby w świecie Zachodu coś znaczyć. Jednak nie stanowiło konieczności. Dało się bezpiecznie egzystować, zupełnie lekceważąc rzeczy niezbędne do utrzymania statusu suwerennego państwa.
Gdy fundamenty Zachodu zaczęły się chwiać, już nie jest tak miło. Jeśliby runęły, wówczas natychmiast zrobi się fatalnie, ponieważ ustawienia systemowe Polski dla nikogo nie są tajemnicą. W mało elegancki sposób zademonstrował to premier malutkich Węgier Viktor Orbán, oferując azyl polityczny wiceministrowi sprawiedliwości Marcinowi Romanowskiemu.
Jednym pociągnięciem delikatnie podkopał pozycję rządu Tuska, nieco pomógł Prawu i Sprawiedliwości oraz ustawił się w pozycji kogoś, kto będzie wspierał wymianę obozu władzy w III RP. Tak zapracował sobie na wdzięczność prawicy. Ale Orbán już wybrał balansowanie między światem Zachodu a Rosją i Chinami. Zatem rozgrywa Polskę bez zbędnej delikatności.
Gdyby jedność Zachodu się rozsypała, działania Brukseli – rezolucje, upomnienia i blokowanie funduszy – wspominalibyśmy jak łagodną przeszłość. Wówczas realnie walczące o wpływy mocarstwa po prostu rozszarpałyby polską scenę polityczną, traktując stronnictwa tak, jak niegdyś caryca Katarzyna: wiążąc je najpierw finansową smyczą, a gdy to nie wystarczyło – szantażem i przemocą.
Polska jest odporna na wpływy Rosji. To nie wystarczy
Na szczęście dzisiejsza Polska jest bardzo mocno impregnowana na wpływy Rosji. Lecz już nikogo więcej. Tak też pozostanie, o ile Polacy nie zdobędą się na głęboką reformę ustrojową, zaczynając od jasnej odpowiedzi na poniższe pytania.
Po tym pierwszym kroku należałoby czynić kolejne, pozwalające budować zdolność Polski do prowadzenia aktywnej i samodzielnej polityki zagranicznej. Przy jednoczesnym chronieniu wewnętrznej sceny politycznej przed ingerencjami z zewnątrz.
Oba elementy są bowiem ściśle ze sobą powiązane. I RP zaczęła przełamywać swoje ustawienia fabryczne zbyt późno. Ile czasu zostało nam, nie sposób określić. Jedno jest pewne – on cały czas upływa.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.
