Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Pro-life musi być blisko konkretnej kobiety. Taką twarz ma Fundacja Małych Stópek

Pro-life musi być blisko konkretnej kobiety. Taką twarz ma Fundacja Małych Stópek źródło: wikimedia commons; CC0 1.0

„Twarz dzisiejszego pro-life powinna być twarzą pomagającą. Nie mogą się nią stać walka z pigułkami aborcyjnymi czy zmiany prawne. Te działania są potrzebne, ale ze względu na zasady prowadzenia skutecznej strategii nie może to stanowić głównego komunikatu. Twarzą dobrych działań jest pro-life, który pomaga, jest blisko konkretnej kobiety w ciąży i jej problemów. Taką twarz ma właśnie Fundacja Małych Stópek i takie oblicze pro-life propaguje”. Anna i Marek Grąbczewscy rozmawiają z ks. Tomaszem Kancelarczykiem, prezesem Fundacji Małych Stópek.

Jaki jest najczęstszy powód tego, że ludzie boją się narodzin dziecka?

Myślę, że ludzie mają swoje wyobrażenia o przyszłości, plan na życie. Dziecko to burzy. Powiem jako ksiądz – nie są otwarci na plan, który przygotował dla nich Pan Bóg.

Ludzie mają też nieprawdziwy obraz aborcji. Dają się oszukać, że ten zabieg będzie dla nich dobry, a finalnie robią sobie krzywdę. Jeszcze jedno, być może najważniejsze – mają niewłaściwy obraz małego życia. Nie potrafią sobie wyobrazić piękna dziecka.

Jestem dość „twardym” człowiekiem, ale za każdym razem, kiedy mam na rękach dziecko, w oczach stają mi łzy, po prostu nie mogę się powstrzymać. To niesamowite doświadczenie. Zawsze mówię: „Dziewczyno, być może nie masz pieniędzy, nie masz niczego, ale masz dziecko. Jestem przekonany, że to właśnie twój prawdziwy skarb”.

Jest ksiądz jednym z najbardziej znanych pro-liferów w Polsce, prowadzi wielką i powszechnie znaną organizację pomocową. Na czym polega specyfika działalności Fundacji Małych Stópek?

Początek fundacji dała młodzież zgromadzona wokół Marszu dla Życia w Szczecinie. Zaczęło się od manifestowania. W pewnym momencie zrozumiałem, że musimy pójść dalej. Nie możemy wyłącznie machać flagami. Musimy nieść konkretną pomoc, a najlepiej edukować. W tym kierunku zmienialiśmy naszą działalność.

Fundacja daje też świadectwa ludzi pro-life. Nie chodzi o mnie, a nawet o pracowników organizacji, ale o naszych darczyńców, tych, dzięki którym funkcjonujemy. Pod tym względem fundacja to fenomen. Nigdy nie korzystaliśmy z żadnych środków państwowych.

Nawet nie marzyło mi się, że młodzież, z którą zaczynałem od organizacji marszów, będzie kiedyś stanowić firmę. Dzisiaj niemal wszyscy etatowi pracownicy Fundacji Małych Stópek – a jest ich ponad dwudziestu – to ci, którzy wyrośli na Marszu dla Życia w Szczecinie.

Pomocowość to pierwsze i podstawowe zadanie fundacji. Skala pomocy jest bardzo duża, obejmuje domy samotnej matki, które wspieramy. Prowadzimy też własny ośrodek w Syrkowicach, w którym schronienie i opiekę znajdują kobiety w ciąży i po porodzie.

Pomoc kobietom, które dzięki naszej działalności zrezygnowały z dokonania aborcji, wiąże się z dużym zaangażowaniem na różnych płaszczyznach, bo tego nie załatwimy byle czym. Pomagamy też w mniejszej skali, np. gdy organizujemy rzeczy potrzebne dla dziecka.

Prowadzicie też działania edukacyjne.

Tak, mamy trochę materiałów dla dzieci – od kolorowanek po karty do gry i książeczkę Genesis. Nawet nasza przypinka ze stópkami to materiał edukacyjny. Kiedy mówię ludziom, że to obraz dziecka w około dwunastym tygodniu od poczęcia, odpowiadają: „Te nóżki wyglądają jak nogi człowieka”. No tak, to przecież jest człowiek.

Stworzyliśmy też aplikację na telefon – modlitwę Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego. Można w niej zobaczyć zdjęcia dzieci – naukowe, zakupione od Amerykanów. Wizualizacje w postaci USG zostały nam przesłane z całej Polski. To coś pięknego. Takie obrazy bardzo często przekonują ludzi.

Pamiętam jedną studentkę, która do mnie trafiła. Tak mówiła o swojej ciąży: „Robactwo, pozbędę się tego”. Nasza pani ginekolog wzięła ją do gabinetu i pokazała jej USG. Nic nie było widać, ale wyobraźnia tej dziewczyny pozwoliła jej zobaczyć wszystko.

Po badaniu studentka była pewna, że urodzi. Ukazywanie piękna życia jest bardzo ważne. Właśnie dlatego druga strona tego nie pokazuje, bo aborcja dotyczy dziecka.

Jak ułożyć proporcje między działaniami pomocowymi a edukacyjnymi? Jak to w fundacji wygląda?

Wszystkiego zawsze jest za mało. Jako fundacja robimy to, co możemy. Kilkadziesiąt kobiet uratowanych od aborcji wydaje się kroplą w morzu potrzeb. Ktoś powie, że druga strona pochwali się tysiącami dokonanych aborcji, a ja, że i tak jesteśmy górą!

Tu jest życie, a tam śmierć. Jeżeli działaczki pro-choice stwierdzą, że pomogły stu tysiącom kobietom w dokonaniu aborcji, a ja, że uratowałem jedno życie, to jestem górą.

Ten wymiar w skali potrzeb jest niewielki. Cały czas pracujemy, ale to wciąż za mało. Fundacja, jak wspominałem, ma też wymiar świadectwa, również tych osób, które pomagają w naszej organizacji. To ludzie, którzy często wciągają kolejne osoby do pomocy.

Tak się to rozprzestrzenia, nawet w małych miejscowościach ludzie się organizują – przygotowują Paczuszkę dla Maluszka, przekazują pieniądze. Fundacja jest też potrzebna, żeby dawać przykład innym. Bo być może te działania zapoczątkują kolejne, nowe. Nawet jeśli efektem naszej działalności byłoby poszanowanie życia tylko w czyjejś rodzinie, to i tak byłoby to dużo.

Środowiskom pro-life często zarzuca się, że dbają wyłącznie o nienarodzone dzieci, a kiedy maluch przyjdzie na świat, ich zainteresowanie się kończy, zwłaszcza jeśli chodzi o dzieci chore. To nieprawda, przecież osoby z niepełnosprawnością wydają się naturalnym sojusznikiem sprawy, o którą walczycie.

Zdecydowanie! Nasza fundacja ma w zamyśle stworzenie w przyszłości domu dla osób z niepełnosprawnością. Opowiem historię sprzed kilku miesięcy. Z Grecji przyjechała kobieta, którą przyjąłem do Domu Samotnej Matki.

Wcześniej utrzymywałem z nią kontakt telefoniczny. Gdy do nas dotarła, spojrzałem na jej córkę i zapytałem: „Dlaczego pani nie powiedziała, że córka ma zespół Downa?”. Odpowiedziała: „Bałam się, że mnie ksiądz nie przyjmie”. Tym bardziej bym przyjął.

Wiem, że takie osoby, przykładowo z zespołem Downa, są najlepszym świadectwem. Myślę, że żaden prelegent pro-life nie zrobiłby tyle, co taka osoba. Na ludzi otworzyły mnie właśnie osoby z niepełnosprawnością. Wiem, że innych też są w stanie uwrażliwić na życie.

Zadzwoniła kiedyś do mnie kobieta, która miała brata z zespołem Downa. Żył bardzo długo, bo ponad 60 lat. „Proszę księdza, on był szczęściem naszej rodziny. Potrafił zespolić nas wszystkich, otrzymaliśmy tyle miłości od niego. To prawdziwe bogactwo” – powiedziała. Zresztą nawet badania wskazują, że osoby z zespołem Downa są najszczęśliwsze na świecie.

Kiedy zaczęła się księdza przygoda z pro-life?

Zawsze byłem antyaborcyjny, nawet w szkole średniej. Wtedy jeszcze nikt nie mówił o rozwoju embrionalnym i wartości życia człowieka od poczęcia, ale raczej o tym, czy dziecko na danym etapie rozwoju ma już rączki, paluszki, układ nerwowy. Dla wszystkich było oczywiste, z czym, a raczej z kim, mamy do czynienia. Tak przedstawiało się tę kwestię w latach 80.

Największym przełomem w moim życiu był kontakt z osobami z niepełnosprawnością intelektualną. Przylgnąłem do tych, których początkowo bardzo się bałem. Zobaczyłem ich pierwszy raz w szczecińskiej katedrze, kiedy odgrywali jakąś sztukę. To było wręcz kosmiczne przeżycie.

Wszyscy wyglądali… no właśnie, inaczej. Miałem wtedy 27 lat. Jedna z tych osób, nieżyjąca już Liliana, podbiegła i wtuliła mnie w siebie. Stałem przerażony. Liliana coś do mnie mówiła, a ja nie zareagowałem, zrobiłem tylko krok do tyłu.

Ona powiedziała „Eee, głupi!”, a potem odeszła. Wziąłem sobie do serca, że to Pan Bóg do mnie przemawia przez te osoby, a wtedy, w tej konkretnej sytuacji, stwierdził: „Jesteś głupi”. Po tym doświadczeniu podjąłem decyzję, że muszę wejść w środowisko osób z niepełnosprawnościami. Pomyślałem, że zaraz mam być księdzem, ale co dalej? Nie będę wiedział, jak się zachować?

Pojechałem z osobami niepełnosprawnymi intelektualnie na obóz. Zafascynowali mnie, otworzyli na ludzi. Tak się zaczęła moja przygoda, chociaż wtedy nie nazywałem tego pro-life. Nie można mówić o wartości życia od poczęcia, nie mówiąc o wartości życia osób z niepełnosprawnością intelektualną, chorych, odrzuconych. To ich chce się zabijać ze względu na to, że są tym, kim są. Co by było, gdyby autyzm był wykrywalny w ciąży? Nastałaby plaga aborcji!

Pierwszego działania stricte w duchu pro-life doświadczyłem w mojej parafii. Dowiedziałem się, że dziewczyna, którą znam, zaszła w ciążę i chce dokonać aborcji. Uznałem, że zapobiegnięcie temu jest moim zadaniem. Robiłem to wtedy nieporadnie. Z dzisiejszej perspektywy oceniam, że zupełnie nie tak, jak powinno się to robić. Trzy rozmowy z nią i jak grochem o ścianę. Jej złość była niesamowita. Odpuściłem sobie.

Wiedziałem jednak, że muszę zrobić wszystko, co w mojej mocy. Jeśli się tego nie podejmę, to znaczy, że nie uznaję nienarodzonego dziecka za człowieka, bo nie walczę o niego jak o człowieka. Istnieją złe duchy, które można pokonać tylko modlitwą i postem. Zacząłem się modlić i innych prosić o modlitwę.

Dziecko się urodziło, dzisiaj to wspaniały chłopak. Zawsze mu mówię: „Na urodziny, tyle, ile masz lat, tyle kwiatów dawaj swojej mamie, bo to ona musiała stoczyć ciężki bój, by złego ducha pokonać”. To była moja pierwsza sprawa, choć wtedy nie związałem się jeszcze z ruchem pro-life.

Później był Marsz dla Życia?

Po dwóch latach trafiłem do innej parafii, tam mnie wkręcili w Marsz dla Życia. Początkowo byłem jego przeciwnikiem. Kiedy poszedłem na niego z moimi uczniami, stanęli jak wryci. „Ksiądz, nie idziemy” – zaprotestowali. Na marszu było dwieście osób, szczecińska młodzież w wieku od siedemdziesięciu do osiemdziesięciu lat. [śmiech]

Powiedziałem wówczas naszemu proboszczowi, że jeśli tak ma wyglądać ten marsz, to lepiej go nie robić. Jakie jest hasło? Powinno być chyba: „Nie dla eutanazji”. W odpowiedzi usłyszałem: „Jak ksiądz jest taki cwany, to niech nam ksiądz pomoże”.

Nie miałem wyboru. Powiedziałem, że to zrobię, ale pod warunkiem, że będzie działała młodzież. Organizatorzy mają zająć się tylko sprawami formalnymi. W przyszłym roku ma przyjść dwa tysiące osób. Jeśli nie, znaczy, że się do tego nie przyłożyliśmy i szkoda czasu.

W następnym roku przed marszem ci sami organizatorzy zgłosili policji, że pojawi się czterysta osób. Nie było mnie na tym marszu, bo musiałem jechać na pielgrzymkę maturzystów. Zadzwonili do mnie uczniowie: „Ksiądz, mamy problem z marszem. Jest nas za dużo”.

Okazało się, że ludzie wylegli na ulice i zablokowali główne skrzyżowanie w Szczecinie. To nam pokazało, że w takich działaniach tkwi naprawdę duży potencjał.

Marsze okazały się naprawdę duże. Stały się początkiem Fundacji Małych Stópek. Robiliśmy je właśnie dla „małych stópek” – nienarodzonych dzieci. Wraz ze wzrostem popularności marszu pojawiła się konieczność niesienia pomocy kobietom, które do nas trafiały.

Nie mogliśmy powiedzieć, że jesteśmy tylko od marszu, zatrzymać się na manifestowaniu pro-life. Musieliśmy zacząć go praktykować. Wszystko ruszyło w 2012 r.

Mówi ksiądz, że to młodzież zaczęła?

Tak, przede wszystkim młodzież. Szczeciński Marsz dla Życia był odbierany jako marsz młodych. Dziękuję ojcu Górze, bo to od niego brałem przykład, z lednickiego theatrum w przestrzeni. Elementem marszu zawsze były flagi niesione przez uczestników. Dodatkowo co roku przepisujemy jakiś dokument na setkach metrów płótna. Później niosą je uczestnicy marszu.

Pierwszym tekstem była encyklika Evangelium Vitae. Staramy się, żeby dokument był dopasowany do hasła na dany rok. Młodzież, która to organizowała, w większości pracuje teraz w fundacji. Jest bardzo kreatywna, działa z serca.

To piękne świadectwo zaangażowania młodych, ale badania pokazują, że dzisiaj wskaźnik poparcia dla liberalizacji aborcji wśród młodzieży jest bardzo wysoki.

To nic dziwnego, młodzi ulegają propagandzie, która jest prowadzona na skalę masową. Brakuje natomiast propagandy miłości i piękna. To właśnie chciałbym robić – pokazywać świadectwa osób chorych, z niepełnosprawnością intelektualną, zespołem Downa i pytać: „Chcesz te osoby zabijać?”.

Druga sprawa to doświadczenie odrzucenia młodych ludzi wspierających pro-life. Negatywne komunikaty kierowane są przez ich bardziej liberalnych rówieśników. Gdy jedna z uczennic wzięła do szkoły naszą książeczkę Genesis, inni tę dziewczynę zakrzyczeli, nie pozwolili sobie pokazać tej lektury.

Jestem pesymistą. Zawsze twierdziłem, że mówienie o Polakach, jakoby mieli być, co do zasady, za życiem, jest grubą przesadą. Bardzo łatwo powiedzieć, że jest się za życiem, ale gdy zostaje się postawionym przed konkretami, sprawa wygląda zupełnie inaczej. Tym konkretem jest możliwość zabicia istoty z niepełnosprawnością lub in vitro.

Kiedyś w szkole średniej dyskutowaliśmy z kolegami i koleżankami o dziecku w kategoriach: ,,czy ma już rączki, paluszki” itd. Dzisiaj schodzimy na poziom niżej, gdzie trzeba argumentować za tym, że embrion jest człowiekiem.

Dysponujemy nowymi narzędziami w postaci nauki i genetyki, ale posługiwanie się nimi w dyskusji jest bardziej wymagające intelektualnie. Obrazem, który najbardziej pobudza wyobraźnię, jest dziecko, w którym widzimy małego, bezbronnego człowieka.

Embrion, ten ,,robaczek”, nas nie rusza. Trzeba być naprawdę bardzo wrażliwym, żeby dostrzec wartość życia jako takiego, które jest pozbawione oczywistej, wizualnej powłoki. Dotarcie z takim przekazem to wielkie wyzwanie.

Trudno jest dzisiaj dotrzeć do młodych np. przez szkołę?

Tak, trudność jest niesamowita. Organizujemy np. prelekcje w szkołach, przekazujemy nasze materiały za darmo. Szkoły jednak, co do zasady, nie chcą się w to włączać, bo się zwyczajnie boją. Pamiętam szkołę w Kielcach. Młodzież zrobiła tam świetną wystawę pt. Jestem Człowiekiem. Pokazywała najważniejsze etapy rozwoju dziecka.

Pierwszy plakat – jedna komórka, więc dziewczyna z telefonem. Czwarty miesiąc – chłopak z piłką (pierwsze kopnięcie). Dwudziesty pierwszy dzień – wycięte serce (pierwsze bicie serca). Z powodu tych plakatów była afera w szkole i atak na tych, którzy je przygotowali. Akcję opisała nawet „Gazeta Wyborcza”. Musimy sobie zdawać sprawę z tego, że dziś potrzeba naprawdę wielkiej odwagi. Nauczyciele często się boją. Mało tego, wielu nauczycieli jest nastawionych proaborcyjnie.

Obrona życia wydaje się teoretycznie czymś najpiękniejszym, co można robić. Dbać o tych, którzy są najsłabsi i zupełnie bezbronni. Ruch pro-life postrzega się coraz częściej jako antykobiecy. Strajk Kobiet ogłosił hasło: „Piekło kobiet”. Skąd się to bierze?

To narracja drugiej strony, która układa strategię działania. Jak widać, takie postawienie sprawy zdaje egzamin, jest skuteczne. A co my powinniśmy robić, jaki przekaz budować? Nad tym właśnie pracujemy, bo jesteśmy w trakcie tworzenia strategii Polskiej Federacja Ruchów Obrony Życia.

Gdy mówię, że jestem pro-life, albo zapraszam do tej federacji, ludzie często pytają: „Jakie właściwie jest to pro-life”? Odpowiadam, że istnieje jedno pro-life: DLA ŻYCIA. Dzisiaj media zawęziły obraz takich ruchów, chociażby przez pokazywanie wyłącznie działań pana Mariusza Dzierżawskiego z Fundacji Pro – Prawo do życia i wmawianie ludziom, że na tym właśnie polega pro-life.

Ostatnio, kiedy dostałem nagrodę w Szczecinie, zostałem przedstawiony jako ksiądz, prezes antyaborcyjnej fundacji. Chciałem pokazać, jak jest naprawdę, wiec poszedłem z kamerą do naszej organizacji i powiedziałem: „Skoro jestem prezesem antyaborcyjnej fundacji, to tutaj widzicie cały rząd antyaborcyjnych wózków dla dzieci.

Na półce znajdują się antyaborcyjne pieluchy, a tutaj antyaborcyjne smoczki”. Moja antyaborcyjność polega na dbaniu o życie także po narodzinach. Na propagowaniu pomocy i opieki. To pro-life, który widzi nie tylko dziecko, ale także kobietę z dzieckiem. „Wyrwanie” dziecka z kobiety poprzez aborcję wiąże się z wyrządzeniem matce ogromnej krzywdy. Bardzo często słyszę świadectwa kobiet, które zdecydowały się na ten krok.

Aborcja oznacza również krzywdę mężczyzn. Nie pozwala im rozwinąć skrzydeł, bo im je utrąca. Mężczyzna, który nie stanął w obronie swojego dziecka, nie ochronił własnego potomstwa. To prędzej czy później do niego dociera. Następnie pojawia się próba racjonalizacji, ubrania tego w określenia, które zafałszowują rzeczywistość. Wszystko po to, żeby nie powiedzieć prawdy, bo to boli. Pro-life nie jest zatem antykobiecy, ale jak najbardziej prokobiecy.

Środowiskom pro-life często zarzuca się, że zależy im tylko na prawie. Księdza trudno o to oskarżyć. W fundacji zajmujecie się głównie pomocą i działaniami edukacyjnymi. Jak ksiądz postrzega rolę prawa w sprawie pro-life? Czy jest ono ważne?

Prawo przyjmuje rolę nauczyciela, pełni funkcję normatywną. Jeżeli na coś zezwala, to dane postępowanie jest dobre, jeśli czegoś zakazuje, jest to złe, tego nas uczy. Nie jestem zwolennikiem prawa antyaborcyjnego, ale prawa pro-life. To inne ujęcie tej kwestii. Używajmy właśnie takiego języka. Prawo nie uderza w kobietę, tylko broni dziecko. Ma wymiar normatywny, edukacyjny i pomocowy. To powinno być całościowo spięte.

Jak ksiądz ocenia środowisko pro-life w Polsce? Czy istnieją duże różnice między poszczególnymi organizacjami?

Tak. Jestem za pro-life pomocowym, ukazującym piękno życia człowieka. Nie kwestionuję tego, że zabicie oznacza coś strasznego, ale nie kładę na to akcentu. To nie mój sposób działania. Nie wiem, czy te dwie drogi się uzupełniają. Jestem jednak przekonany, że nie można robić jednego i drugiego razem. Albo przyjmuje się postawę antyaborcyjną, albo pro-life.

Gdybym zaczął działać tak jak pan Dzierżawski, to straciłbym darczyńców, bo ci wspierają mnie ze względu na pomoc, jaką niesiemy rodzicom i ich dzieciom. To zupełnie inne oblicze pro-life niż to, które prezentuje Fundacja Pro –Prawo do życia. Nie twierdzę, że działanie tych ludzi jest niepotrzebne, tylko że te dwa podejścia są nie do połączenia w ramach jednej działalności.

Gdy obserwuje się nastroje społeczne, wyniki wyborów i układankę polityczną, wydaje się, że sprawa ochrony życia nienarodzonych po raz kolejny stanie się przedmiotem walki. Jakie działania powinny przede wszystkim podjąć środowiska pro-life, by ich starania przyniosły najlepsze efekty? 

Bądźmy razem. Wykuwajmy kolejne sposoby działania, które będą adekwatne do rzeczywistości i potrzeb. Fundacja Małych Stópek bardzo wspiera reaktywację Polskiej Federacji Ruchów Obrony Życia, by jak najwięcej organizacji razem współdziałało w tej słusznej sprawie i korzystało ze swoich zasobów. Nie będziemy robić tego, co inni, a inni tego, co my, ale razem możemy sobie pomagać.

Twarz dzisiejszego pro-life powinna być twarzą pomagającą. Nie mogą się nią stać walka z pigułkami aborcyjnymi czy zmiany prawne. Te działania są potrzebne, ale ze względu na zasady prowadzenia skutecznej strategii nie może to stanowić głównego komunikatu.

Twarzą dobrych działań jest pro-life, który pomaga, jest blisko konkretnej kobiety w ciąży i jej problemów. Taką twarz ma właśnie Fundacja Małych Stópek i takie oblicze pro-life propaguje.

Wydaje mi się, że najtrudniejszym i szczególnie obciążającym psychicznie aspektem księdza pracy jest moment, kiedy przychodzi kobieta i mówi, że chce zabić dziecko.

Nie zawsze jest tak, że kobieta sama do nas przychodzi, zwykle trzeba do niej dotrzeć. Podam konkretny przykład. Kiedyś zgłosiła się do nas koleżanka dziewczyny, która chciała dokonać aborcji, opowiedziała mi o całej sytuacji.

Odpowiedziałem następująco: „Jeśli twoja koleżanka zgodzi się na rozmowę ze mną, wyślę jej numer telefonu”. Nigdy nie dzwonię, zawsze wysyłam SMS, że mam propozycję pomocy. Pytam, czy mogę wykonać telefon. W tej sytuacji też tak zrobiłem.

Otrzymałem odpowiedź: „Nie będę z panem rozmawiała, bo większość księży to pedofile”. Odpowiedziałem: „Cóż, ma pani szczęście, bo jestem w mniejszości, która akurat nie ma nic wspólnego z pedofilią. Jeśli porozmawiamy, powiem pani, co mogę zaoferować”. Zgodziła się, żebym zadzwonił.

Bardzo długo klarowałem, jak mogę pomóc, co mogę jej dać. Naobiecywałem naprawdę sporo. Zawsze tak robię, nawet jeśli czegoś nie mam. Później muszę jednak te obietnice spełnić, zdobyć konkretne rzeczy. Kobieta urwała rozmowę, napisała, że usunie dziecko.

Odpisałem, że wszystko, co obiecałem, na nią czeka. Po dwóch dniach się odezwała z informacją, że zastanawia się nad tym, co jej powiedziałem. Gdy kobieta pisze coś takiego, to droga do uratowania dziecka jest już prosta.

Rozmowy były trudne, wiele się nasłuchałem na swój temat i innych księży. Później wielokrotnie przepraszała. Nie mam żalu. Wiem, co nosiła w sobie, jaki ból, jakie opuszczenie. Po tylu odbytych rozmowach z kobietami jestem na to przygotowywany. Zwykle wiem, co się wydarzy i co powiedzieć.

Najważniejsze, żeby wybiec w przyszłość, dać kobiecie nadzieję związaną z urodzeniem dziecka, perspektywę wyjścia z sytuacji. Mówimy: „Zobacz, jak ci pomożemy – wynajmiemy mieszkanie, dla dziecka otrzymasz wszystko, co potrzeba. Maluch do żłobka, ty do pracy. Dasz radę? Dasz”.

Co się dzieje, kiedy się nie udaje?

Jest smutno. Nie udaje się, ponieważ urywa się rozmowa, kobieta odkłada słuchawkę i już więcej nie dzwoni. Bywa, że później płacze. Pamiętam taką sytuację. Rozmawiałem z dziewczyną, pochodziła z Łodzi.

Gdybym wówczas wsiadł w samochód i po nią pojechał, dziecko zostałoby uratowane Byłem wówczas tak zmęczony, że jazda okazałaby się zbyt niebezpieczna, nie pojechałem.

W takich sytuacjach pojawia się poczucie przegranej, chociaż wiara naprawdę dużo daje. Myśl, że Pan Bóg zapewne to dziecko przytuli, zostawia nadzieję. Istnieje przecież chrzest pragnienia. Chodzi o pragnienie Kościoła. To ważne, że my, jako Kościół, mamy w opiece nienarodzone dzieci i pragnienie ich zbawienia.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury, uzyskanych z dopłat ustanowionych w grach objętych monopolem państwa, zgodnie z art. 80 ust. 1 ustawy z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych.

Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o zachowanie informacji o finansowaniu artykułu oraz podanie linku do naszej strony.