Grzegorz Braun to współczesny Michel Foucault. Dziś to prawica jest kontrkulturą
Grzegorz Braun negujący historyczny konsensus w sprawie komór gazowych w swoim sposobie myślenia przypomina kontrkulturową lewicę z lat 60. XX wieku. Tak, jak dziś lider Konfederacji Korony Polskiej postrzega mainstreamowe narracje – w tym naukowe – jako produkt służący legitymizacji aktualnych stosunków władzy i podległości, tak podobnie w latach 60. XX wieku świat postrzegała kontrkulturowa lewica spod znaku Michela Foucaulta. Współczesnymi „hipisami” – w pewnym sensie – są dziś wyborcy Grzegorza Brauna.

Tekst został pierwotnie opublikowany w obszerniejszej wersji na łamach magazynu weekendowego Rzeczpospolitej „Plus Minus”. Dziękujemy redakcji za możliwość przedruku! Tytuły, śródtytuły oraz lead pochodzą od redakcji www.klubjagiellonski.pl
Grzegorz Braun im bardziej jest wykluczany przez mainstream, tym większe grono zwolenników zdobywa – co pokazały ostatnie wybory prezydenckie, gdzie otrzymał ok. 1,2 mln głosów. Dla jego wyborców, coraz bardziej nieufnych wobec instytucji i mainstreamowych narracji, dowodem na prawdziwość tego, co mówi, są swoiste „dowody z męczeństwa” – tj. kolejne próby postawienia kontrowersyjnego europosła przed sądem.
Wizja rzeczywistości Brauna jest taka: światem zachodnim rządzą skorumpowane i zdegenerowane elity, które w ramach walki o władzę, zafałszowują badania naukowe, ograniczają wolność słowa i poszukiwania prawdy, mają kontrolę nad mediami sączącymi fałszywą propagandę. Tymi elitami są raz „eurofederaści”, a raz „Żydzi”, niegdyś jeszcze „rosyjscy agenci”, a dziś raczej agenci wpływu „judeobrukselskiego”.
Ten sposób myślenia, który nie jest odosobniony dla wielu nurtów prawicy z całego zachodniego świata, narzuca mi dość zaskakujące skojarzenie. Przekonanie, że elitom chodzi tylko o władzę, że ci, którzy rządzą z definicji częściej uciskają i chcą odebrać szeregowym obywatelom wolność, a wiedza naukowa jest narzędziem władzy, było bardzo charakterystyczna dla… kontrkulturowej lewicy lat 60. XX wieku.
Chyba najlepiej teoretycznie ten sposób myślenia opracował francuski filozof i poststrukturalista Michel Foucault.
W nauce chodzi o władzę. Grzegorz Braun to współczesny Michel Foucault
Lata 60. XX wieku na Zachodzie to był zupełnie inny świat, niż ten znany nam obecnie. Powojenne społeczeństwa dobrobytu powoli zbliżały się do kresu swych możliwości. Idea ciężkiej pracy i poświęcania się na rzecz odbudowy Europy po tragedii II wojny światowej przestała zadowalać dzieci tych, którzy tę Europę odbudowali.
Praktycznemu materializmowi towarzyszyła jednocześnie kulturowa hegemonia tzw. konserwatywnego stylu życia. Rodzina, praca, dom. Kościół na Zachodzie ciągle trzymał się nieźle, sprawując pieczę, np. w Belgii, nad instytucjami edukacyjnymi i charytatywnymi.
To skojarzenie religii, obyczajowego konserwatyzmu, skupienia na materialnym wymiarze pracy stało się obiektem kontestacji ze strony rodzącego się ruchu kontrkulturowego, który pod koniec lat 60. wywrócił do góry nogami imaginarium Zachodu. Ów ruch kontestował zastany porządek polityczno-kulturowy, uznając go za opresyjny.
Jednym z filozofów cieszących się wyjątkową popularnością wśród hunwejbinów rewolucji był właśnie Foucault. W swoich dziełach (najsłynniejsze to „Nadzorować i karać”, „Historia Seksualności” i „Historia szaleństwa”) opracował koncept tzw. wiedzy-władzy (ang. power-knowledge).
Otóż według filozofa wiedza (także naukowa) nie jest obiektywnym opisem rzeczywistości. Jest wytwarzana i kształtowana przez mechanizmy władzy. Zatem ten, kto ma władzę, decyduje o tym, co jest wiedzą, prawdą, nauką. Foucault twierdził, że wiedza jest dyskursem, opowieścią, a nie obiektywnie udowodnioną dzięki niezawodnym kryteriom naukowym rzeczywistością.
Jest to sposób myślenia charakterystyczny dla postmodernistów, którzy odrzucali właściwe dla oświecenia i nowoczesności przekonanie, że przy pomocy rozumu i metody naukowej da się w sposób obiektywny i niezależny od subiektywnych wpływów ludzkich opisać świat. Postmoderniści ten optymizm poznawczy odrzucali.
Wszystko jest opowieścią, mitem. „Nie ma nic poza tekstem” – powiedział inny z poststrukturalistów Jacques Derrida.
Wróćmy do Foucaulta. Instytucje takie jak szkoły, uniwersytety, a nawet szpitale i więzienia produkują (a może raczej przekazują) określone rodzaje wiedzy w celu kontroli społeczeństwa przez ośrodki władzy. W „Historii szaleństwa” pokazywał, jak definiowanie tego, co jest chorobą psychiczną, a co nie, stanowiło potężne narzędzie władzy i wykluczania jednostek, które tej władzy się sprzeciwiały.
Te przekonania doprowadziły go do dość radykalnych tez politycznych, takich jak m.in. odrzucenie przymusu szczepień czy też legalizacja efebofilii (a więc relacji seksualnych z nastolatkami w okresie dojrzewania).
Ale co to ma wspólnego z Grzegorzem Braunem? On z pewnością nie zgodziłby się z Foucaultem w kwestii tego, że każda wiedza jest wytworem władzy. Oczywiście, między Braunem a lewicą lat 60. XX wieku występują istotne różnice. Braun u Pospieszalskiego starał się pozować wręcz na obrońcę oświeceniowo-pozytywistycznej wizji racjonalności jako zbierania faktów i wyciągania z nich wniosków przy pomocy metodologii naukowej.
Podobieństwo postawy reżysera i całej masy ruchów antysystemowych określanych jako prawicowe leży w tym przekonaniu, że gdzieś tam na górze drabiny politycznej są elity, które dzięki władzy nad mediami, nad naukowymi ośrodkami badawczymi, poprzez możliwość stosowania środków przymusu wobec obywateli za pomocą władzy państwowej, próbują zdyscyplinować szarego Kowalskiego dla swoich własnych interesów.
Nie jest przypadkiem, że wśród prawicowych krytyków lockdownów pandemicznych popularny stał się wierny uczeń Foucaulta Giorgio Agamben, również krytykujący lockdowny i przymus szczepień.
Tym na górze zawsze chodzi o władzę. Zmieniły się tylko postacie w tej grze. Foucault walczył z ówczesnym powojennym konserwatywnym establishmentem. Braun z kolei walczy z establishmentem A.D. 2025 – czy to będzie Bruksela, Żydzi, czy Bóg wie jeszcze kto.
Szkoła i uniwersytet służą dziś przecież do deprawacji młodzieży przy pomocy gender i innych „lewackich ideologii”. Ci na górze chcą nas zniewolić, wykorzystując do tego certyfikowanych ekspertów i naukowców. Dlatego nie wolno im ufać.
Stąd należy wierzyć antysystemowym, często nieposiadającym formalnego wykształcenia w danej dziedzinie „szczerym poszukiwaczom prawdy”, takim jak Grzegorz Braun. W latach 60. w różnego rodzaju teorie spiskowe wierzyła kontrkulturowa lewica, ale dziś tym teoriom ulega nie mniej kontrkulturowa prawica.
Kto wie, może gdyby Foucault ciągle żył, szedłby ramię w ramię z Braunem w marszu przeciwko przymusowi szczepień?
Skrajna prawica zyskuje na tym, że ludzie nie ufają autorytetom i władzy
Dlaczego tak się dzieje, że rosnąca w siłę alt-prawica idzie w coraz bardziej radykalnie antymainstreamowe narracje? Wskażę kilka wątków, które mogą stanowić tropy dla zrozumienia tego stanu rzeczy.
Po pierwsze, wynika to z logiki polaryzacji. Polityka przestała być postrzegana jako spór pomiędzy różnymi wizjami dobrego urządzenia państwa i społeczeństwa, które to rywalizują ze sobą w procesie demokratycznym. Obecnemu dyskursowi politycznemu bliżej do wizji walki między przyjacielem a wrogiem.
Niemniej ten koncept u Carla Schmitta miał służyć konsolidacji wspólnoty w ramach jednego państwa, a wróg lokowany był poza granicami kraju. Dziś wróg jest w środku – jest to przedstawiciel politycznego obozu przeciwników, którzy są heretykami, zdrajcami, kimś, kto ma się „nawrócić” albo zginąć.
Po drugie, prawica coraz częściej do swej bazy wyborczej zgarnia tych ludzi, którzy z różnych powodów czują się wykluczonymi i przegranymi współczesnego świata. To dość naturalny mechanizm – za poczucie wykluczenia i porażki często obwinia się właśnie tych, którzy są aktualnie przy władzy.
Wiarygodności tego typu narracji w oczach przeciętnego wyborcy dodaje fakt, że rzeczywiście ludzie związani z mainstreamem nierzadko dominują, jeżeli chodzi o media głównego nurtu. Tak jest z pewnością w USA.
Po trzecie, w każdej teorii spiskowej potrafi być zasiane ziarno prawdy. Nieufność wobec instytucji wynika z rzeczywistej ideologizacji życia akademickiego i naukowego. Oczywiście od faktu, że akademickie życie u „lidera wolnego świata” – czyli USA – kuleje, nie wynika jeszcze, że światem rządzą chciwi Żydzi, złe elity i Bóg wie jeszcze kto.
Jednak te elementy, zdając się potwierdzać foucaultowską tezę o kreowaniu dyskursu naukowego na poczet ideologii władzy, z pewnością nie pomagają zdobyć establishmentowi zaufania zwykłych ludzi. W wielu krajach Zachodu wśród elity dominowały i dominują ludzie o poglądach progresywnych, co doprowadziło do tego, że dziś to antyprogresywizm jest kontrkulturą. Gdyby to konserwatyści byli u władzy, prawdopodobnie mielibyśmy do czynienia z ruchem odwrotnym.
Czy teologia polityczna Grzegorz Brauna jest do pogodzenia z katolicką ortodoksją?
Chrześcijaństwo Brauna czy protestanckich millenarystycznych zwolenników Donalda Trumpa bardziej niż katolicką ortodoksję przypomina starożytne i średniowieczne sekty pokroju Katarów, kontestujących aktywnie aktualny porządek, samych siebie widząc jako „Prometeuszów” niosących wykradziony aktualnym elitom ogień.
Jednak teologia polityczna chrześcijaństwa nie jest kontrkulturą w potocznym znaczeniu tego słowa. Wedle klasycznej wykładni relacji chrześcijan do władzy politycznej – obecnej np. w listach św. Pawła czy św. Piotra – chrześcijanie nie muszą mieć z zasady problemu z tym, że światem rządzą Żydzi, poganie czy ktokolwiek inny.
Władza według nauki apostołów powinna zachować bazowy porządek sprawiedliwości i ład, a chrześcijanie są jej winni posłuszeństwo. Punktem granicznym posłuszeństwa jest wierność Bogu, tak jak chrześcijanie starożytni wypowiadali posłuszeństwo cesarzowi dopiero w momencie, gdy ten zmuszał ich do bałwochwalstwa.
Kontrrewolucja chrześcijańska biegnie gdzie indziej. Często powtarzane twierdzenie, że „chrześcijanie zawsze są w kontrze do świata” brane dosłownie, jest błędne. Wedle listów św. Jana Apostoła być w kontrze do świata znaczy tyle, co wypowiedzieć wojnę pożądliwościom obecnym w człowieku, na których często są nabudowane struktury społeczne. To jest prawdziwa kontrrewolucja – przeciwko żądzy władzy, seksu i pieniędzy.
Jednak Kościół dla odwołującej się do niego alternatywnej prawicy też niejednokrotnie nie stanowi autorytetu. Wśród jej przedstawicieli często pokutują poglądy o infiltracji Kościoła przez masonów i – ależ zaskoczenie! – Żydów, zatem hierarchom Kościoła nie można zupełnie ufać.
Nie jest przypadkiem, że Braun jest stałym bywalcem Mszy Świętych odprawianych przez Bractwo św. Piusa X – organizację odrzucającą Sobór Watykański II i wypowiadającą posłuszeństwo papieżowi. Jedno można w tym punkcie stwierdzić – nie można Braunowi w jego negacji autorytetu instytucji odebrać pewnego rodzaju konsekwencji.