Bóg musi być wymagający. Kim jest Absolut według Jordana Petersona?
Jordan Peterson, jeden z najbardziej popularnych i kontrowersyjnych intelektualistów XXI wieku, przypomina chrześcijanom o zapomnianym przez nich obliczu Boga.
Tekst został pierwotnie opublikowany w obszerniejszej wersji na łamach Gościa Niedzielnego. Dziękujemy redakcji za możliwość przedruku!
Jordan Peterson
Bóg przerażający, groźny, wymagający, wystawiający na próbę — to już nie jest nasz Bóg. Dla wielu z nas wydaje się zbyt radykalny, dziki, nieco barbarzyński. Tymczasem wielką zasługą Jordana Petersona — kanadyjskiego psychologa i jednego z najgłośniejszych krytyków współczesnej cywilizacji — jest przypomnienie wcale nie marginalnego motywu teologicznego: Boga jako ducha przygody.
W książce My, którzy zmagamy się z Bogiem, wydanej w 2024 roku i niedawno opublikowanej po polsku, poznajemy różne oblicza — zwłaszcza starotestamentowego — Boga.
Peterson pokazuje Go jako Stwórcę oddzielającego chaos od porządku, jako sprawiedliwego sędziego, pogromcę pychy, przeciwnika sił nieczystych. Moją uwagę szczególnie przyciągnęło jednak jedno z tych oblicz — Bóg jako ten, który wzywa do przygody.
Takiego właśnie Boga dziś najbardziej nam brakuje. Nie moralisty, nie czułego przewodnika, nie bezstronnego sędziego, lecz wymagającego Ojca — takiego, dzięki którego łasce mogę stawać się dojrzałym człowiekiem, zdolnym do konfrontacji z losem.
Człowiekiem, który ufa swoim możliwościom, ale też z pokorą przyjmuje cierpienie. Cierpienie, którego sens streszcza się w jednej, wiecznej prawdzie: wszystko, co rośnie, boli.
Kim jest ojciec?
Dla Petersona Bóg, który wzywa Abrama do wyruszenia w przygodę życia, jest również symbolem ojcostwa. Współcześnie, gdy zmagamy się z kryzysem rozumienia tego, kim mają być ojcowie i jakie miejsce mają zajmować w swoich rodzinach, takie opisy wydają się niezwykle potrzebne.
Kim jest więc ojciec w tej interpretacji? To — jak pisze Peterson — „głos popychający do podejmowania dobrowolnych wyzwań, który zachęca człowieka do rozwoju, dojrzewania, poszerzania horyzontów i wzrastania ku światłu — a wszystko po to, by mieć odwagę mierzyć się z wężami i stawiać czoła smokom”.
Bóg Ojciec, którego mamy naśladować, staje się w tej perspektywie symbolem męskości. Jako mężczyźni jesteśmy powołani do tego, by stawiać czoło przeciwnościom losu i być oparciem dla naszych rodzin.
Kluczowa jest tu także funkcja wychowawcza — mamy rozbudzać w naszych dzieciach aspiracje, zachęcać je do wysiłku, realizowania marzeń i podejmowania ryzyka. Uczyć, że to wszystko ma większą wartość niż wygodne bezpieczeństwo czy uleganie hedonizmowi.
W pułapce komfortu
Peterson dzieli się w swojej książce intuicją, która dotyka dziś samego sedna problemów z religią na Zachodzie. „Gdy człowiek wygodnie się mości, pławiąc się w luksusie, prawdziwa relacja z Bogiem wydaje się niemożliwa” — zauważa.
Używa przy tym bardzo trafnej metafory. Pyta: co dzieje się, gdy wszystkie potrzeby dziecka zostaną zaspokojone? Po prostu zapada ono w sen. Tak samo jest z dorosłym człowiekiem. Żyjąc w nadmiarze i komforcie, wpada w coś w rodzaju duchowej śpiączki.
To dziś powszechne doświadczenie rodziców dorastających dzieci. Szybko pojawia się pytanie: po co nam religia, skoro mamy wszystko?
Niedawno rozmawiałem z jednym ze świadomych i zaangażowanych katolickich ojców. Choć jest dobrze sytuowany i jego dzieciom niczego nie brakuje, to sam — jako odpowiedzialny tata — tworzy przestrzenie celowego, kontrolowanego niedostatku.
A to wyjeżdża z rodziną na wakacje do lasu, gdzie przez kilka dni nie ma prądu; a to wprowadza zasadę całkowitego zakazu korzystania ze smartfonów — dzieci nie dostaną ich do rąk przed ukończeniem 16. roku życia.
Całkiem poważnie myślę, że Jordan Peterson uznałby takie wychowanie za zbawienne — jako szansę na to, że dzieci wychowane w ten sposób nie będą się obrażały na Pana Boga.
Niestety, takie podejście wciąż jest raczej wyjątkiem. Nadal pokutuje przekonanie, że rywalizacja, dyskomfort, stres, zmaganie się z sobą — to doświadczenia, których należy unikać za wszelką cenę.
Kultura współczesna, jak trafnie zauważył Jonathan Haidt, odwraca stare, mądre porzekadło. Przestajemy wierzyć, że „co cię nie zabije, to cię wzmocni”, a coraz częściej przyjmujemy nową maksymę: „co cię nie zabije, to cię osłabi”.
Jordan Peterson a Biblia
Warto jednak pamiętać, że Jordan Peterson nie jest teologiem ani nawet chrześcijaninem. Traktuje opowieści biblijne jak pouczające historie z morałem, które przekazują konkretne wartości: wyjaśniają sens cierpienia, źródła zła, konieczność walki, cenę straty.
Dla Petersona Pismo Święte to użyteczne narzędzie terapeutyczne — klucz do zrozumienia człowieka i kultury, w której żyje.
Choć takie podejście niesie ryzyko zredukowania Objawienia do zestawu psychologicznych metafor, ma też swoją unikalną wartość: wytrąca z dogmatycznej drzemki. Znane nam z ambony teksty zaczynają na nowo żyć, prowokować i niepokoić.
Nie bez znaczenia jest również to, że Peterson — jako człowiek spoza Kościoła, a zarazem niezwykle popularny — odkrywa Biblię dla setek tysięcy osób na całym świecie jako duchowy i kulturowy fundament cywilizacji Zachodu. Jonathan Pageau trafnie porównał go do gargulca z fasady średniowiecznej katedry: nigdy nie wchodzi do środka, ale strzeże jej z zewnątrz.
