Każdy ma prawo migrować gdzie chce? Co Kościół katolicki naprawdę mówi o migracji
„Każdy człowiek ma prawo wybrać sobie miejsce do życia” – napisał kardynał Grzegorz Ryś w liście pasterskim na niedzielę 20 lipca. W kontekście niepokojów na granicy polsko-niemieckiej wywołało to – zwłaszcza wśród katolików – burzliwą dyskusję. Co Kościół katolicki uważa na temat migracji? Czy jeśli każdy ma prawo wybrać miejsce do życia, to musimy przyjmować wszystkich migrantów? A może kardynał Ryś się myli i nauczanie Kościoła katolickiego w tym względzie jest tak naprawdę inne?
W niedzielę 20 lipca metropolita łódzki, kardynał Grzegorz Ryś, jedna z najbardziej charyzmatycznych postaci polskiego episkopatu skierował do wiernych list pasterski. Komentując pierwsze czytanie o Abrahamie goszczącym trzech tajemniczych mężów symbolizujących Boga, postanowił pokazać, w jaki sposób powinna wyglądać postawa chrześcijanina wobec niespodziewanych gości – migrantów.
Sposób argumentacji biskupa był charakterystyczny dla popularnej we współczesnej teologii syntezy ewangelicznego przekazu z filozofią dialogu. Spotykając Innego i obdarowując go gościnnością, sami jesteśmy obdarowywani. Spotykając Innego, tak naprawdę spotykamy obecnego w nim Boga. Niezależnie od tego, jakiej rasy czy religii jest ów „obcy” (ksenos). Taką wizję kreślił w liście kardynał Ryś.
To, co wzbudziło największe emocje, to następujący fragment listu: „Każdy człowiek ma prawo wybrać sobie miejsce do życia; i ma prawo w tym miejscu być uszanowanym w swoich przekonaniach, kulturze, języku i wierze. Chrześcijaństwo nie jest religią plemienną, lecz – jak uczy Sobór – objawieniem «jedności całego rodzaju ludzkiego» (KK 1)”.
„Każdy człowiek”. Niemiec, Norweg, Arab, mieszkaniec Demokratycznej Republiki Konga czy Bangladeszu – ma prawo wybrać sobie miejsce do życia. Oczywiście z tego zdania nie wynika, że w „każdym miejscu”.
Biorąc jednak pod uwagę kontekst, w którym padają powyższe słowa – a jest to kontekst rozpalającego obecną debatę polityczną pytania „przyjmować czy nie przyjmować” – przekaz zdaje się jasny: przybywający do naszego kraju ludzie powinni zostać bezwarunkowo przyjęci.
Arcybiskup nie porusza w tym liście coraz powszechniej podzielanych przez Polaków – w tym wiernych Kościoła katolickiego – lęków związanych z migracją. I choć twierdzi, że list nie ma charakteru politycznego, to wdrożenie jego zachęt w życie ma skutki jak najbardziej polityczne – jeżeli przez politykę rozumiemy troskę i działania na rzecz wspólnoty zamieszkującej dane państwo.
Czy rzeczywiście – jak, zdaje się, twierdzi kardynał Ryś – katolicka nauka społeczna nakazuje przyjmować każdego, niezależnie od okoliczności?
Stary Testament – pomiędzy tożsamością i gościnnością
Podstawą nauczania społecznego Kościoła – także w kwestii migracji – jest koncepcja godności osoby ludzkiej. Wszystkie inne zasady: solidaryzm, dobro wspólne, subsydiarność, sprawiedliwość, uczestnictwo, preferencyjna opcja na rzecz ubogich, z tej zasady wypływają i do jej ochrony zmierzają.
Rozumiana po katolicku polityczność ma służyć jednostce w osiągnięciu integralnego rozwoju człowieczeństwa. Jednak w odróżnieniu od liberalnych koncepcji państwa i prawa, skupionych na ochronie uprawnień jednostki, według KNS-u człowiek z natury żyje we wspólnocie i ma wobec tej wspólnoty obowiązki.
Co istotne – opierając się na biblijnej wizji stworzenia człowieka na obraz i podobieństwo Boże – każdy człowiek jest stworzeniem samego Boga, każda osoba, bez wyjątku, powinna być traktowana jako „drugi ja”. To twierdzenie to absolutny fundament nauczania społecznego Kościoła oraz punkt wyjścia jakiejkolwiek dyskusji o wyprowadzaniu z KNS-u bardziej konkretnych postulatów politycznych.
W Biblii wątek migracji pojawia się w kontekście obowiązków, jakie Bóg nakłada za pośrednictwem Mojżesza na formujący się naród izraelski. Bóg nakazuje Izraelitom troszczyć się o „sierotę, wdowę, ubogiego i przybysza” – a więc tych, którzy bez pomocy wspólnoty są de facto skazani na śmierć. „Jeśli w waszym kraju osiedli się przybysz, nie będziecie go uciskać. Przybysza, który się osiedlił wśród was, będziecie uważać za tubylca” (Kpł 19,33-34).
Co więcej, Bóg zobowiązuje Izraelitów, by częścią swoich płodów rolnych dzielili się właśnie z przybyszami. „Kiedy będziecie żąć zboże waszej ziemi, nie będziesz żął aż do samego skraju pola i nie będziesz zbierał kłosów pozostałych po żniwach. Nie będziesz ogołacał winnicy i nie będziesz zbierał opadłych owoców winnicy. Zostawisz je dla ubogiego i dla przybysza. Ja jestem Pan, Bóg wasz” (Kpł 19,9-10).
Bóg, nakazując Izraelitom troskę o przybyszów, jednocześnie dba o to, by Izrael ukształtował się kulturowo jako oddzielny naród. Izraelici otrzymują jasny zakaz wchodzenia w małżeństwa mieszane z ludami Kanaanu – nie z powodu jakiegoś rodzaju ksenofobii, ale z potrzeby ochrony religijnej i kulturowej tożsamości Izraela.
„Nie zawieraj przymierza z mieszkańcami tej ziemi, aby nie byli dla ciebie pułapką. […] Nie bierz ich córek dla swoich synów, by ich córki, służąc swoim bogom, nie przywiodły twoich synów do służenia ich bogom” (Wj 34,11-16).
Zakaz ten nie był bezwzględny – dotyczył przede wszystkim ludów o silnej tożsamości religijnej. Mieszanie się z nimi mogło stać się przyczyną kryzysu tożsamościowego kształtującego się właśnie ludu Izraela. Stosunek do migrantów pozostawał w dynamicznej relacji do potrzeby ochrony tożsamości Izraela.
Choć Żydzi byli obowiązani przyjmować przybysza – bez wyraźnego zróżnicowania jego narodowości i wyznawanej religii – to jednocześnie mieli unikać zbyt bliskich i poufałych relacji z ludami o bardzo silnej tożsamości religijnej. Pełnoprawnym członkiem wspólnoty stawał się tylko ten, kto przyjmował religijno-kulturowy model Izraela. Wobec reszty Żydzi mieli zachowywać ostrożny dystans, jednocześnie okazując miłosierdzie w razie konieczności.
Jak Jezus zmienił definicję bliźniego
W Nowym Testamencie stosunek do przybyszów i obcych (ksenos) nieco zmienia swój charakter, choć – gdy wczytamy się uważniej w teksty nowotestamentalne – inaczej niż zwykle się to przedstawia.
Migrantem w pierwszej kolejności okazuje się sam Jezus, który jako dziecko został zabrany przez swoich rodziców do Egiptu, w celu schronienia się przed Herodem, który wydał nakaz zabicia wszystkich chłopców do lat dwóch na terenie ówczesnej Palestyny.
Figurą nowego podejścia do tożsamości i przynależności religijnej – a co zatem idzie relacji do obcych (ksenos) – jest opowieść o miłosiernym Samarytaninie. Jezus opowiada ją w kontekście pytania zadanego przez jednego z uczonych w piśmie: „Kto jest moim bliźnim?”. Do tej pory bycie bliźnim było rozumiane kulturowo-etnicznie. Bliźnim był ten, kto był członkiem narodu wybranego.
Od tej pory, jak Jezus wskazuje, bliźnim jest ten, kto prowadzi określony styl życia – tj. okazuje miłosierdzie. Bliźnim nie jest już każdy przynależący do wspólnoty etnicznej Izraela, ale każdy człowiek.
Obowiązek gościnności zostaje przez Chrystusa postawiony na ostrzu noża. W 25 rozdziale Ewangelii wg. św. Mateusza, Jezus, jako condicio sine qua non wejścia do Królestwa Bożego, stawia obowiązek „przyjęcia przybysza”, z którym Jezus do pewnego stopnia się utożsamia („Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, mnie uczyniliście”).
Znów jednak obowiązek gościnności nie przekreśla troski o zachowanie chrześcijańskiej tożsamości kulturowej. Nowa wspólnota, oparta o wiarę w Boga i styl życia polegający na naśladowaniu Chrystusa („Nie ma Greka, ani Żyda”…) – podobnie jak było to w Izraelu – pozostawia miejsce na dynamiczną relację pomiędzy tożsamością a otwartością na Innego.
Różnica polega głównie na zmianie definicji przynależności do nowego narodu wybranego – nie wynika już ona z urodzenia się Izraelitą, obrzezania i przestrzegania żydowskiego prawa rytualnego, lecz z przyjęcia chrztu i prowadzenia chrześcijańskiego stylu życia. Chrześcijanie pozostają jednocześnie w świecie, jak i obok świata.
W Pierwszym Liście do Koryntian czytamy o sytuacji, gdy ze wspólnoty zostaje wykluczony człowiek, który dopuścił się współżycia seksualnego z „żoną ojca” (chodzi o wykluczenie czasowe, dla opamiętania). Św. Paweł podsumowuje tę decyzję słowami: „Czyż nie wiecie, że odrobina kwasu, zakwasza całe ciasto?”.
Powyższy przykład pokazuje, że pierwsi chrześcijanie również dbali o stabilność własnej tożsamości, polegającej na określonym stylu życia i wierze. Robili to poprzez unikanie przebywania z ludźmi, którzy mogliby mieć negatywny wpływ na członków pierwotnego Kościoła. Jednocześnie – parafrazując św. Pawła – starali się „czynić wszystkim dobrze”. Także poganom.
Pierwotny Kościół był zarazem wspólnotą ekskluzywną i inkluzywną. Ekskluzywną – gdyż wykluczał tych, którzy łamali warunki przynależności. Inkluzywną – gdyż niezależnie od przynależności narodowej, płci etc. każdy mógł zostać jego członkiem, jeżeli tylko wyrażał szczerą wolę prowadzenia chrześcijańskiego stylu życia.
Dlaczego zakonnicy nie wpuszczają do klasztoru wszystkich bezdomnych?
Dlaczego piszę o tym w kontekście migracji? Dlatego, że ważnym wątkiem przewijającym się w dyskusjach na ten temat jest zagrożenie tożsamości europejskiej ze strony imigrantów z krajów muzułmańskich, a także daleko idących różnic kulturowych z mieszkańcami krajów spoza Europy w ogóle.
Przedstawiciele tzw. Kościoła otwartego (jest to nazwa umowna i z pewnością nazbyt upraszczająca) akcentują inkluzywny element tożsamości chrześcijańskiej, ignorując kwestię zachowania tożsamości kulturowej.
Z kolei krytycy migracji mają tendencję do stawiania na ostrzu noża obrony tożsamości, z jednoczesnym ignorowaniem obowiązku traktowania każdego człowieka bez wyjątku jako „drugiego ja”. Oczywiście otwartym pozostaje pytanie, czy kultura, której „bronimy” jest jeszcze chrześcijańska. To jednak pytanie na nieco inny tekst.
Myśląc o „gościnności” wobec migrantów przychodzi mi na myśl przykład zakonników zajmujących się pomocą osobom w kryzysie bezdomności, którym to miałem okazję wolontaryjnie pomagać.
Wielokrotnie wówczas zastanawiałem się, czemu nie jest tak, że ci zakonnicy – w imię ewangelicznego radykalizmu – po prostu nie wpuszczą tych wszystkich biedaków do budynków klasztornych, by zapewnić im dach nad głową.
Dziś wiem, że skończyłoby się to katastrofą – większość z ludzi znajdujących się w kryzysie bezdomności cierpi na poważne dysfunkcje, zaburzające możliwość łatwego funkcjonowania w jakiejkolwiek społeczności.
Alkoholizm, narkomania, choroby psychiczne, wyuczona bezradność – to wszystko sprawiłoby, że gdyby wpuścić ich do klasztorów, funkcjonowanie wspólnoty zostałoby de facto uniemożliwione. A przecież pierwszym powołaniem zakonnika jest modlitwa i życie we wspólnocie klasztornej!
Chrześcijańskie miłosierdzie również znajduje się w dynamicznej relacji do chrześcijańskiej tożsamości. Potrzebujemy granic chroniących naszą tożsamość. Miejsc, gdzie można się schować, by umacniać siebie. I dopiero z tych miejsc można wychodzić na potrzebujący miłosierdzia świat.
Chrześcijanin więc to nie jest ten, kto nigdy nie buduje murów. Jest to ten, który umocniony w ramach swej tożsamościowej wspólnoty, wychodzi z niej, by dawać to, co w niej otrzymał, innym. Czy podobnie nie wygląda to w przypadku wspólnoty narodowej?
Jan XXIII: ludzie nie powinni mieć pełnej dowolności migracji
W czasach gdy chrześcijańskie imaginarium modelowało polityczną wyobraźnię Europy, Kościół przyjmował następującą perspektywę: możesz przybyć do państwa katolickiego, ale musisz uznać, że to katolicyzm jest religią wyznaczającą kulturowe imaginarium na terenie danego państwa.
Oczywiście, to się radykalnie zmieniło w momencie, gdy katolicyzm zaczął tracić realny wpływ na politykę w świecie Zachodu, zaś społeczna wyobraźnia zaczęła być kształtowana przez porewolucyjne koncepty polityczne.
Encykliką, która po raz pierwszy w czasach współczesnych w sposób bardziej uporządkowany porusza problem migracji jest Pacem in terris Jana XXIII. To właśnie z tej encykliki kardynał Ryś wziął sformułowanie, którego użył w cytowanym na początku liście pasterskim. Tak pisze Jan XXIII:
„Każdemu człowiekowi winno też przysługiwać nienaruszalne prawo pozostawania na obszarze swego własnego kraju lub też zmiany miejsca zamieszkania. A nawet – jeśli są do tego słuszne przyczyny – ma on prawo zwrócić się do innych państw z prośbą o zezwolenie mu na zamieszkanie w ich granicach.
Fakt, że ktoś jest obywatelem określonego państwa, nie sprzeciwia się w niczym temu, że jest on również członkiem rodziny ludzkiej oraz obywatelem owej obejmującej wszystkich ludzi i wspólnej wszystkim społeczności”.
Można stwierdzić, że papież Soboru Watykańskiego II przed przynależnością etniczną, narodową czy nawet religijną stawia ogólnoludzkie braterstwo. Z tego zaś wynika, że jesteśmy zobowiązani do solidarności z każdym człowiekiem.
Jednak z powyższego cytatu nie wynika, że wybór miejsca zamieszkania jest niczym nieograniczony. Jan XXIII nie postuluje, że obywatel danego kraju może wyjechać dokądkolwiek zechce.
Każdy ma prawo zmienić miejsce zamieszkania, zaś – w związku z powszechną solidarnością ludzi – kraj, do którego człowiek chce wyjechać, powinien jego prośbę rozpatrzyć z życzliwością. Jednak, jak zauważył Łukasz Kobeszko, członek redakcji „Christianitas”, w swoim wpisie na Facebooku, papież obok prawa do migracji wymienił 27 innych praw przysługujących każdemu człowiekowi. Są to m.in.:
„Prawo do życia oraz do poziomu życia godnego człowieka, do korzystania z wartości moralnych i kulturalnych, do oddawania czci Bogu zgodnie z wymogami prawego sumienia, do wolnego wyboru stanu i swobody życia rodzinnego (posiadania rodziny opartej na nierozerwalnym związku małżeńskim lub wyboru drogi kapłańskiej/zakonnej) oraz szereg praw związanych z życiem społeczno-gospodarczym, m.in. prawo do pracy i utrzymania z niej rodziny, do zrzeszenia się i prowadzenia działalności gospodarczej”.
Jak zwraca uwagę Kobeszko, biorąc pod uwagę kolejność wymieniania przez papieża poszczególnych praw, można by pokusić się o pewną hierarchię. Niektóre z wymienionych przez Jana XXIII postulatów są z pewnością fundamentalne – jak chociażby prawo do życia.
Inne zaś są prawami względnymi, które ze względu na uwarunkowania ekonomiczne, finansowe czy polityczno-administracyjne mogą zostać ograniczone. Jak podsumowuje publicysta „Christianitas”: „Prawo wyboru miejsca do życia nie jest więc prawem nieograniczonym i niepodważalnym”.
Jan Paweł II: migracja z ojczyzny jako „zło konieczne”
W kolejnych encyklikach papieże kontynuowali wątek migracji. Paweł VI w Populorum progressio pisał: „Należy również okazywać życzliwą gościnność robotnikom – emigrantom, którzy nierzadko przebywają w warunkach niegodnych człowieka i są zmuszeni żyć nader oszczędnie z otrzymanych zarobków, aby utrzymać rodzinę znajdującą się w ojczystym kraju i cierpiącą nędzę”.
Z kolei Jan Paweł II w encyklice Laborem exercens pisał, że migracja z ojczystego kraju jest złem.
„Odchodzi człowiek, a zarazem członek wielkiej wspólnoty zjednoczonej historią, tradycją, kulturą, aby rozpocząć życie pośród innego społeczeństwa związanego inną kulturą i najczęściej też innym językiem […] Ów wysiłek i ów wkład zostaje oddany innemu społeczeństwu, które ma poniekąd mniejsze do tego prawo niż własna ojczyzna”.
Migracja – w nauczaniu Jana Pawła II – nie powinna być domyślnym modus operandi, nie może stanowić domyślnego sposobu na np. łatanie dziury na rynku pracy, gdy np. państwa Zachodu sprowadzają pracowników z Bliskiego Wschodu. Człowiek jest zobowiązany wobec ojczyzny, w której się urodził. Ma pewien dług wobec przodków, tradycji, który powinien spłacić.
Migracja może być tolerowana jedynie jako ostateczność. Sam Jan Paweł II w encyklice nazywa tę sytuację „złem koniecznym”.
Jest to o tyle ciekawe, że owe słowa dość dobrze rezonują z aktualnym stanowiskiem biskupów afrykańskich, którzy – jak przytacza w swoim poście Łukasz Kobeszko – na zakończenie III zgromadzenia Plenarnego Regionalnych Konferencji Biskupich Afryki Zachodniej (RECOWA/CERAO), które odbyło się w maju 2019 r. w Wagadugu w Burkina Faso, przedstawili następujące stanowisko:
„Do głównych przyczyn tych nieszczęść [migracji i związanych z nią patologii – C.B.] należą: słabe zarządzanie i odpowiedzialność publiczna, brak bezpieczeństwa, dysfunkcyjny system edukacji oraz brak możliwości zatrudnienia w naszym subregionie.
Dlatego ponownie wzywamy nasze rządy do wdrożenia nowej kultury przywództwa opartej na służbie, sprawiedliwości i patriotyzmie oraz do zapewnienia Afrykańczykom sprzyjających warunków do życia i rozwoju na naszym kontynencie”.
W obecnym kontekście ważna jest również kwestia praw pracowniczych migrantów. Jan Paweł II potępiał gorsze traktowanie migrantów ekonomicznych.
Na podobne patologie w przypadku aktualnej sytuacji migracyjnej zwracali również uwagę m.in. politycy Partii Razem, wskazując, że migracja do Polski jest napędzana przez pracodawców, którzy mogą znaleźć tańszą siłę roboczą i zatrudnić migranta na gorszych warunkach, aniżeli wyglądałoby to w przypadku zatrudnienia Polaka.
Z kolei tak naukę Kościoła w kwestii migracji wykłada Katechizm Kościoła Katolickiego: „Narody bardziej zamożne są obowiązane, w miarę możliwości, przyjmować cudzoziemca poszukującego bezpieczeństwa i środków do życia, których nie może znaleźć w swoim kraju pochodzenia. […] Imigrant obowiązany jest z wdzięcznością szanować dziedzictwo materialne i duchowe kraju przyjmującego, być posłusznym jego prawom i wnosić swój wkład w jego wydatki” (2241 KKK).
Podsumowując: choć rzeczywiście człowiek ma prawo zmienić miejsce zamieszkania, to – czytając powyższe encykliki razem – powinien robić to w ostateczności. Tych zaś, którzy już przybyli do kraju, należy traktować na równi z tubylcami, jednocześnie wymagając, by przybysze szanowali prawa, zwyczaje i kulturę gospodarzy i nie przyczynili się do jej zaburzenia.
Zaś kraje bogate – w imię solidarności całej rodziny ludzkiej – są zobowiązane do tego, by wspomagać kraje biedniejsze w tworzeniu warunków redukujących potrzebę migracji.
Fratelli Tutti – czy Franciszek uważał, że powinniśmy przyjmować wszystkich migrantów?
Dochodzimy w końcu do ostatniego poważnego dokumentu kościelnego, który poruszał kwestię migracji. Chodzi o encyklikę Fratelli tutti. Pomysły niedawno zmarłego papieża Franciszka stanowią dla mnie nie lada wyzwanie.
Z jednej strony Franciszek przyznaje – za Janem Pawłem II – że ideałem byłaby sytuacja, w której stworzono by takie warunki w miejscach pochodzenia migrantów, by ci nie musieli z tych krajów wyjeżdżać. Jednocześnie stwierdza w punkcie 129. encykliki:
„Dopóki jednak nie nastąpi żaden poważny postęp w tym kierunku, naszym obowiązkiem jest poszanowanie prawa każdego człowieka do znalezienia miejsca, w którym będzie on mógł nie tylko zaspokoić podstawowe potrzeby swoje i swojej rodziny, ale także w pełni realizować się jako osoba”.
W tym punkcie rodzą się we mnie pytania: czy rzeczywiście papież Franciszek ma rację? Czy nie ma obecnie realnej możliwości poprawy warunków życia w krajach, z których przybywają migranci?
Czy kraje te rzeczywiście nie pozwalają im w pełni realizować się jako osobom? Jeżeli odpowiedź na powyższe pytania jest twierdząca, to postulat Franciszka należy uznać za prostą konsekwencją zasad nauczania społecznego Kościoła.
Oczywiście, trzeba też dobrze zrozumieć, co znaczy „w pełni rozwijać się jako osoba”. Nie oznacza to z pewnością dostępu do nadmiernej konsumpcji charakterystycznej dla bogatych społeczeństw Zachodu.
Oznacza to możliwość zaspokojenia podstawowych potrzeb materialnych (wyżywienie, dach nad głową etc.) oraz intelektualno-duchowych (możliwość edukacji i prowadzenia kultu religijnego). Nie chodzi tu więc o każdą możliwą migrację za „lepszym życiem”. Chodzi o taki rodzaj migracji, który jest konieczny ze względu na osobową godność człowieka.
Dalej pisze Franciszek: „Nasze wysiłki na rzecz przybywających imigrantów można streścić w czterech czasownikach: przyjmować, chronić, promować i integrować. Ponieważ «nie chodzi o to, by z góry narzucać programy pomocy, lecz razem iść drogą tych czterech działań, by budować miasta i kraje, które zachowując swoje tożsamości kulturalne i religijne, będą otwarte na różnice i będą umiały je dowartościowywać w imię ludzkiego braterstwa»”.
Wszystko to brzmi pięknie i marzycielsko, podobnie jak następujące zdanie: „Poszerzając perspektywę, wraz z Wielkim Imamem Ahmadem al-Tayyebem przypominamy, że «dobre stosunki między Wschodem a Zachodem są bez wątpienia niezbędne dla obu stron. Nie wolno ich zaniedbywać, tak aby każdy mógł zostać ubogacony kulturą drugiej strony poprzez owocną wymianę i dialog. Zachód może odkryć na Wschodzie środki zaradcze na te choroby duchowe i religijne, które są spowodowane dominującym materializmem»”.
Ta owocna wymiana rzeczywiście miałaby rację bytu, gdyby społeczeństwa Zachodu Europy rzeczywiście miały silną tożsamość – tak jak było w średniowieczu, gdy dzięki arabskim uczonym trafiły do Europy dzieła Arystotelesa. Czy dziś Europę stać na taki dialog? Mam wątpliwości.
Do czasu Fratelli tutti nauczanie Kościoła, wydawałoby się, chwytało równowagę pomiędzy potrzebami migrantów a prawami gospodarzy. Mam wątpliwości, czy ta encyklika Franciszka dobrze rozpoznaje stan faktyczny i daje odpowiednie recepty zarówno dla Europy, jak i dla samych migrantów.
Katolicka nauka społeczna a kryzys migracyjny
Jakie wnioski możemy dziś wyciągnąć z KNS-u, by odpowiedzieć na kolejny niekontrolowany napływ migrantów? Po pierwsze: w krytyce nieograniczonej migracji nie należy uciekać się do manipulowania lękami.
Nie może być tak, że w mediach społecznościowych epatujemy wyłącznie przykładami przestępstw popełnianych przez migrantów lub – jak poseł Dariusz Matecki – śledzimy przypadkowych obcokrajowców za pomocą drona, tworząc wrażenie, że mamy na oku niemalże potencjalnego mordercę.
Takie postępowanie może prowadzić do wzniecania nastrojów prowadzących do przemocy. Mamy już tego przykłady: niedawno w Wałbrzychu grupa Polaków atakowała cudzoziemców pod hotelem robotniczym.
Można być przeciwnikiem migracji, a jednocześnie nie sięgać do pierwotnych i niebezpiecznych instynktów. Ochrona godności człowieka, niezależnie od tego, jakiego jest koloru skóry czy jakiej narodowości, jest obowiązkiem chrześcijanina.
Wiem, że to truizm, ale czasami warto powtarzać rzeczy oczywiste. Z tej perspektywy mam pewne pretensje do niektórych polityków Ruchu Narodowego – do którego ideowo jest mi blisko – o granie na niskich instynktach.
Po drugie: nie można ignorować lęków ludzi. List kardynała Rysia nie jest najlepszym sposobem na odpowiadanie na wątpliwości wiernych. Stwierdzenie, że należy być „radykalnie otwartym” jest być może piękne, ale czy odpowiada na wątpliwości zwykłych szarych wiernych?
Poza tym, perspektywa kardynała Rysia pomija bardzo ważną kwestię tożsamości, co jak starałem się wykazać odwołując się do tekstów biblijnych, stanowi ważną częścią bycia chrześcijaninem.
Jestem zmuszony pozostawić czytelnika z pewnym rozczarowaniem. Po lekturze dorobku katolickiej nauki społecznej na temat migracji nie mam wszystkich odpowiedzi, ale chcę postawić kilka pytań.
Czym jest tożsamość europejska i jej poszczególnych narodów? Czy ta tożsamość jest silna, czy znajduje się w kryzysie? Czy migranci, którzy przyjeżdżają do Europy, są w stanie uszanować lokalne prawa, obyczaje i kulturę? Czy poszczególne państwa mają narzędzia, by to egzekwować?
Czy przyjęcie migrantów nie sprawi, że na mieszkańców – zarówno rdzennych, jak i przyjezdnych, spadnie niebezpieczeństwo: islamski terroryzm, przestępczość związana z gettoizacją czy przemoc gospodarzy wobec mniejszości?
W końcu: czy rzeczywiście nie da się dziś stworzyć warunków do życia w krajach, z których migranci wyjeżdżają? Czy przyjmowanie ich nie pogłębi problemów zarówno Europy, jak i państw Afryki i Azji, z których pochodzą migranci?
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.
