Bardziej syjonistyczni od syjonistów? Z czego wynika poparcie USA dla Izraela?
Niemal bezwarunkowe poparcie części amerykańskiej prawicy dla Izraela może dziwić. Chrześcijańscy syjoniści potrafią być nierzadko bardziej zaangażowani w „obronę” państwa Izrael niż niektórzy Żydzi. Nie wynika to jednak ze względów humanitarnych ani szczególnej miłości do Żydów. Izrael jest dla nich jedynie instrumentem, który ma zagrać kluczową partię w boskim planie zbawienia.
Kto próbuje zrozumieć konflikt w Izraelu i ogólnie na Bliskim Wschodzie, może się poddać już w momencie, gdy zobaczy rozwścieczonych ortodoksyjnych Żydów z Brooklynu, demonstrujących przeciwko Izraelowi i syjonizmowi. Nierzadko stoją oni ramię w ramię z lewicowymi aktywistami o kolorowych włosach, noszącymi kefije (tzw. arafatki), a czasem z antysemickimi prawicowymi białymi suprematystami.
Niechęć wielu ortodoksyjnych Żydów wobec państwa Izrael ma liczne przyczyny historyczne i religijne. Przede wszystkim uważają oni powstanie państwa żydowskiego za bluźniercze uprzedzenie mesjańskiej obietnicy. Przez wieki cechowało ich podejście wyczekujące i odrzucające wszelkie próby przyspieszania boskiego planu zbawienia.
W ich oczach to Mesjasz ma w czasach ostatecznych wskrzesić Izraela – fakt, że zwykli ludzie uzurpowali sobie tę rolę, postrzegają jako ciężką obrazę Boga. Tym bardziej, że założyciele Izraela w 1948 roku byli w przeważającej mierze świeccy (a często mieli socjalistyczne poglądy), a nie religijni. Wielu ortodoksyjnych Żydów co najwyżej toleruje państwo Izrael, a liczni zdecydowanie je odrzucają.
Oczywiście istnieją również religijni syjoniści zarówno w Izraelu, jak i w żydowskiej diasporze, którzy z zadowoleniem przyjmują realnie istniejące państwo żydowskie i postrzegają je jako część boskiego planu. Obecna koalicja rządowa Benjamina Netanjahu w dużym stopniu opiera się przecież na współpracy z ortodoksyjnymi ugrupowaniami religijnymi.
Jeśli chodzi o wsparcie ze strony USA, to dla Netanjahu znacznie ważniejsze niż żydowskie grupy lobbystyczne i proizraelscy amerykańscy Żydzi jest inne środowisko: chrześcijańscy syjoniści.
Trudno dokładnie oszacować proporcje, ale na jednego żydowskiego syjonistę przypada prawdopodobnie kilkakrotnie więcej syjonistów chrześcijańskich, którzy wywodzą się głównie z amerykańskich kręgów ewangelikalnych. Chrześcijańska prawica stała się znaczącą grupą wyborców i wywiera decydujący wpływ na stosunek Amerykanów do Izraela.
Warunek zbawienia? Żydzi w Ziemi Świętej
Syjonizm chrześcijański jest w gruncie rzeczy znacznie starszy niż syjonizm żydowski (zainicjowany przez filozofa Theodora Herzla pod koniec XIX wieku). Między XVI a początkiem XX wieku przybierał on wśród radykalnych protestantów, takich jak purytanie, formę tzw. restoracjonizmu – idei, że powrót narodu izraelskiego jest konieczny z punktu widzenia historii zbawienia i musi poprzedzać powrót Chrystusa, co czyni jego wspieranie moralnym obowiązkiem.
W tym nurcie teologicznym przymierze Boga z Izraelem nigdy nie zostało rozwiązane ani zastąpione przymierzem z Kościołem. Jego głównym przedstawicielem w XIX wieku był Irlandczyk John Nelson Darby, który postrzegał Izraela i Kościół jako dwa odrębne „plemiona”, mające dwie różne funkcje.
Istniała wtedy również mniej popularna interpretacja restoracjonizmu, według której Mesjasz powróci dopiero wtedy, gdy cały Izrael nawróci się na chrześcijaństwo (por. Rz 11,25–26: „cały Izrael będzie zbawiony”).
Ogólnie jednak funkcja teologiczna Żydów w restoracjonizmie jest raczej banalna; nie muszą podejmować żadnych konkretnych działań ani odznaczać się szczególną cnotą. Izrael po prostu musi znajdować się „na miejscu”, aby Boży plan zbawienia mógł się wypełnić. Obecność Żydów w Ziemi Świętej traktowana jest jako znak zbliżającego się końca czasów.
Założenia te opierają się przede wszystkim na następujących fragmentach biblijnych. W Księdze Ezechiela (rozdziały 36–39), prorok zapowiada powrót Izraela z wygnania oraz narodowe odrodzenie tego ludu. W rozdziałach 9–12 Księgi Daniela mowa jest o tzw. „tygodniach Daniela”, wizji czasów ostatecznych, która w wielu interpretacjach stanowi ramy czasowe dla ostatnich wydarzeń w historii zbawienia.
Księga Apokalipsy św. Jana zawiera również kluczowe fragmenty, takie jak wizja zapieczętowanych z dwunastu pokoleń Izraela (rozdz. 7) oraz opis Nowego Jeruzalem. Również w ewangeliach synoptycznych, zwłaszcza w Mt 24 i Mk 13, Jezus mówi o znakach końca czasów. Przytacza m.in. przypowieść o drzewie figowym, które wypuszcza liście, co często interpretowane jest jako symbol odrodzenia Izraela.
Wojna sześciodniowa poprzedzała Armagedon?
W momencie odtworzenia Izraela chrześcijański restoracjonizm płynnie przeszedł w syjonizm i dziś wyraża się w poparciu dla państwa Izrael. Wielu autorów Deklaracji Balfoura (w tym sam Arthur Balfour) z 1917 roku, będącej kamieniem milowym na drodze do powstania tego państwa, znajdowało się pod wpływem chrześcijańskiego restoracjonizmu.
W kolejnych dekadach syjonizm był wspierany raczej przez liberalnych protestantów, którym w obliczu prześladowań Żydów przyświecały głównie względy humanitarne. Zmieniło się to po powstaniu państwa Izrael w 1948 roku, a zwłaszcza w czasie wojny sześciodniowej w 1967 roku.
Wówczas chrześcijański syjonizm zaczął być coraz bardziej kojarzony z nurtem ewangelikalnym. Kluczową rolę odegrała tu szkoła teologiczna zwana dyspensacjonalizmem, stworzona przez wyżej wspomnianego Johna Darby’ego i rozwinięta w ciągu XX wieku, która zakładała większą rolę Izraela w historii zbawienia.
Jest to fundamentalistyczna, czyli dosłowna interpretacja Biblii, zakładająca istnienie etapów (dyspensacji) w historii zbawienia i postrzegająca wydarzenia historyczne jako widoczne dowody działania Boga. Odtworzenie Izraela w 1948 roku i jego przytłaczające zwycięstwo w 1967 roku wielu ewangelikałów uznaje za momenty przepowiedziane w Piśmie Świętym.
Chrześcijański syjonizm zakłada zazwyczaj następującą apokaliptyczną sekwencję wydarzeń (opartą na Księdze Zachariasza 12–14, Księdze Ezechiela 36–39, Apokalipsie 16, 19–20 oraz Liście do Rzymian 11,26).
Naród żydowski powraca do Izraela i odbudowuje swoje państwo, które zostaje zaatakowane przez „liczne narody” (dlatego wojna sześciodniowa w 1967 roku tak poruszyła ewangelikałów – Izrael prowadził wówczas wojnę na wielu frontach przeciwko sąsiadom; brakowało jednak jeszcze biblijnie zapowiedzianego „wroga z północy”, który w czasie zimnej wojny był często utożsamiany z ZSRR).
Dwie trzecie Izraela zostaje zniszczone w bitwie pod Megiddo w północnym Izraelu (Armagedon), a dla ocalenia pozostałej jednej trzeciej ponownie pojawia się Jezus Chrystus – na Wzgórzu Świątynnym w Jerozolimie. Pokonuje on wrogów Izraela, a pozostali przy życiu Żydzi z wdzięcznością nawracają się na chrześcijaństwo. Jezus obejmuje panowanie na następne tysiąc lat. Żydowscy syjoniści naturalnie podchodzą raczej sceptycznie do tej entuzjastycznej amerykańskiej interpretacji.
Choć nie brakuje ewangelikałów, którzy mimo wspomnianych oczekiwań nadal aktywnie prowadzą misje wśród Żydów, to ogólnie rzecz biorąc, chrześcijańscy syjoniści nie widzą palącej potrzeby nawracania Żydów – ponieważ i tak mają się oni nawrócić w przyszłości.
Jak jednak nietrudno zauważyć, takie podejście ma niewiele wspólnego z religijną tolerancją czy autentyczną sympatią wobec narodu Izraela – dla wielu chrześcijańskich syjonistów Żydzi są jedynie środkiem do celu. Oczywiście istnieją tacy ewangelikałowie, którzy odczuwają autentyczną sympatię wobec judaizmu i cenią sobie dialog teologiczny.
Dodatkowo nie każdy ewangelikał – których w USA jest od 60 do 80 milionów – jest jednocześnie chrześcijańskim syjonistą. Według badań Pew Research Center aktualnie od 60 do 70% ewangelikałów sympatyzuje z syjonizmem.
Scripture over Strategy
Chrześcijańscy syjoniści postrzegają Izrael często jedynie w kontekście jego teologicznej funkcji, pozostając przy tym co najmniej obojętnymi wobec samych Żydów. John Hagee, założyciel organizacji Christians United for Israel (CUFI), która liczy ponad dziesięć milionów członków i jest zdecydowanie najbardziej wpływową siecią wsparcia tego typu, uznał na przykład Hitlera za narzędzie Boga, które pośrednio przyczyniło się do powstania państwa Izrael.
Hagee nazwał go „myśliwym”, zesłanym przez Boga, by zmusić Żydów do emigracji. Ci, którzy nie posłuchali boskiego wezwania, musieli według tej logiki cierpieć. Netanjahu określił niedawno Hagee’ego jednym z najlepszych przyjaciół Izraela.
Pat Robertson, jedna z kluczowych postaci chrześcijańskiej prawicy w USA, stwierdził w 2006 roku, że ciężka choroba izraelskiego premiera Ariela Szarona była oczywistą karą Bożą za to, że Szaron nakazał wycofanie izraelskich wojsk ze Strefy Gazy. Z punktu widzenia chrześcijańskich syjonistów nie wolno oddawać ani skrawka ziemi, niezależnie od kosztów.
Ten, kto aktywnie przyspiesza realizację historii zbawienia, zyskuje w ich oczach szczególną zasługę. Tak było w przypadku Donalda Trumpa, który w 2018 roku przeniósł amerykańską ambasadę w Izraelu do Jerozolimy – jak sam przyznał, uczynił to z myślą o ewangelikałach.
Podczas kampanii wyborczej w 2020 roku Trump chwalił się, że ten gest poruszył ewangelikalnych chrześcijan bardziej niż samych Izraelczyków. Rzeczywiście, wielu ewangelikałów uznało go z entuzjazmem za kolejny znak na drodze do apokalipsy.
Chrześcijańscy syjoniści należą do zdecydowanych „jastrzębi” w konflikcie bliskowschodnim – kierują się zasadą Scripture over Strategy, czyli przekonaniem, że religijne uzasadnienie ma pierwszeństwo przed kalkulacją strategiczną. Podobnie uważa choćby Mike Pompeo, były sekretarz stanu w administracji Trumpa, który porównał Trumpa do biblijnej królowej Estery – tej, która ocaliła naród żydowski przed zagładą.
Jeszcze bardziej wojowniczy jest Mike Huckabee, który od 2025 roku pełni funkcję ambasadora USA w Izraelu i należy do najgorętszych zwolenników przystąpienia Ameryki do wojny. W czerwcu 2025 roku, używając mesjanistycznego języka biblijnego, wezwał prezydenta USA do zaatakowania Iranu, by wypełnić biblijne proroctwa.
Dramatyczne wydarzenia tak zwanego „dwunastodniowego konfliktu” wzbudziły euforię wśród wielu przedstawicieli chrześcijańskiej prawicy. W ich oczach proces zbawienia ponownie został posunięty naprzód. Inni zwolennicy ruchu MAGA odczuwali jednak niepewność w związku z możliwym uwikłaniem Ameryki w kolejny konflikt na Bliskim Wschodzie.
Marjorie Taylor Greene, jedna z najbardziej znanych rzeczniczek tego ruchu, wypowiedziała się bardzo krytycznie na temat amerykańskiego zaangażowania, które postrzega jako część kosztownej i niepotrzebnej tradycji interwencjonizmu. Podobnie jak inni republikanie, nie może jednak zignorować swoich wyborców, nastawionych przychylnie wobec chrześcijańskiego syjonizmu.
Imperium upadnie, jeśli nie pomoże Izraelowi
Choć w tym konflikcie to Izrael wydaje się stroną aktywną, a USA wyglądają na zmuszone do współudziału, należy pamiętać, że wsparcie chrześcijańskich syjonistów dla Izraela nie jest bezwarunkowe – jest ono uzależnione od realizacji historii zbawienia. Obie strony wzajemnie się więc napędzają, choć to Izrael, ze względu na swoją teologiczną funkcję, trzyma w ręku silniejsze karty.
W chrześcijańskim syjonizmie istotną rolę odgrywa również tzw. teologia błogosławieństwa (blessings theology). W Księdze Rodzaju 12,3 Bóg obiecuje Abrahamowi: „Będę błogosławił tym, którzy ciebie błogosławią, a tych, którzy cię przeklinają, przeklnę; w tobie będą błogosławione wszystkie narody ziemi”. Kto pomaga Izraelowi jako potomstwu Abrahama – ten otrzymuje błogosławieństwo, a kto mu szkodzi – zostaje ukarany.
Można zastosować tę zasadę na poziomie indywidualnym, na przykład poprzez werbalne wsparcie lub wysokie przelewy pieniężne – co przypomina pewną formę współczesnego handlu odpustami (w protestantyzmie…) albo też stanowi wariant ewangelii sukcesu. Na przykład Ted Cruz niedawno powołał się na tę zasadę, tłumacząc swoją osobistą motywację do wspierania Izraela.
Wielu ewangelikałów uważa jednak, że wsparcie dla Izraela jest konieczne przede wszystkim na poziomie politycznym, aby Ameryka mogła pozostać „najlepszym narodem na ziemi”. W tej interpretacji wiele imperiów i narodów upadło, ponieważ nie zrobiły wystarczająco dużo dla narodu Izraela – np. Cesarstwo Rzymskie, Hiszpania, Wielka Brytania, Niemcy i inne (co z Pierwszą Rzeczpospolitą?).
Stany Zjednoczone natomiast miały „odrobić lekcję”. Z perspektywy chrześcijańskich syjonistów niewystarczające wsparcie dla Izraela ze strony Partii Demokratycznej przyczyniło się do stopniowego upadku USA, który powstrzymał Donald Trump.
Widać w tym wszystkim transakcyjne podejście (tak lubiane przez ruch MAGA), w którym błogosławieństwo Boże jest niejako kupowane lub wymuszane, a Jego wola zostaje uprzedzona przez aktywizm zbawczy. Historia nie jest odczytywana wstecz i interpretowana, lecz aktywnie tworzona, z jasno określonym eschatologicznym celem.
***
Wbrew oczekiwaniom wielu komentatorów politycznych, konflikt z Iranem po zawieszeniu broni bardzo szybko zniknął ze świadomości publicznej, choć mało kto wątpi, że Bliski i Środkowy Wschód jeszcze nieraz przypomną o swoim istnieniu.
U podstaw chrześcijańskiego syjonizmu leży pragnienie przyspieszenia historii zbawienia, dlatego region ten nadal będzie odgrywał istotną rolę w globalnych konfliktach. Za tego typu konfliktami stoją zazwyczaj „twarde” interesy geopolityczne, lecz czasem „miękkie” czynniki kulturowe wywierają nie mniej znaczący wpływ.
Wyborcy ewangelikalni mają wobec Donalda Trumpa niezwykle wysokie oczekiwania – wielu z nich ma nadzieję, że apokalipsa nastąpi jeszcze za ich życia.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.
