Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Trump i Ukraina. To bardziej skomplikowane niż myślisz

Stosunek Trumpa i jego zwolenników do rosyjskiej agresji na Ukrainę pozwala nam, Polakom zainteresowanym amerykańską polityką entuzjastycznie, ale jednocześnie powierzchownie i wybiórczo, podejrzeć tektoniczne zmiany, jakie zachodzą nie tylko na amerykańskiej prawicy, ale dotykają również całego amerykańskiego społeczeństwa. Przyczyna rosnącego dystansu wobec wojny ukraińskiej jest bowiem znacznie głębsza aniżeli popularne w internecie teorie spiskowe.

Strukturalna zmiana miejsc w polityce zagranicznej

Nagła erupcja niechęci wielu konserwatywnych Amerykanów do Ukrainy i wsparcia zagranicznego konfliktu powinna budzić w nas więcej zdumienia. Od dekad to właśnie republikanie firmowali swoją twarzą interwencjonistyczną politykę prowadzoną z natchnienia neokonserwatystów. W historii najnowszej lata 90. zaczynają się od ogromnej operacji militarnej w opanowanym przez Irak Kuwejcie. Została zlecona przez George’a Busha seniora, a jego następca i spadkobierca George W. Bush rozpoczął bezprecedensowe operacje militarne w Iraku i Afganistanie, które kosztowały Amerykę biliony dolarów i tysiące żyć.

Choć demokraci nie odstają pod tym względem daleko w tyle, to zwykle oni werbalizowali większy polityczny dystans wobec zagranicznych działań zbrojnych. To prezydent Obama wcielił w życie polityczny postulat wycofania amerykańskich sił z Iraku. Próbował również zakończyć operację militarną w Afganistanie, czego ostatecznie dokonał Joe Biden.

Oczywiście obie wielkie interwencje nie tylko nie osiągnęły założonych celów, ale przyniosły efekty odwrotne do zamierzonych. Skończyły się klęską, której pamiętne wycofanie z Afganistanu w 2021 r. było tylko ukoronowaniem. Dlaczego jednak to republikanie dokonali wolty o 180 stopni i nie tylko odrzucili filozofię interwencjonizmu, ale również potencjalnie zbliżyli się z Rosją, co zakłóciło spokój życia pozagrobowego Josepha McCarthy’ego i jego komisji, a także całych pokoleń antysowieckich sympatyków GOP?

Taka zmiana dziwi tym bardziej, że badania jeszcze sprzed kilku lat wyraźnie pokazały, że to demokratyczni wyborcy wyraźnie mocniej odrzucają ideę prowadzenia polityki zagranicznej z użyciem siły wojskowej.

W badaniu z 2018 r. aż 78% wyborców demokratycznych opowiadało się za ograniczeniem amerykańskich działań militarnych za granicą w porównaniu do 64,5% wyborców republikanów. Również badania Pew Research Center przeprowadzone rok później pokazały, że to sympatycy republikanów wskazali na siłę militarną (zamiast dyplomacji) jako na najlepszy sposób na zachowanie pokoju – uważało tak 46% wyborców GOP w porównaniu do 9% wyborców demokratów.

Republikanie niedawno chcieli dociśnięcia Rosji

Całkiem nie tak dawno – tuż po agresji rosyjskiej na Ukrainę 24 lutego 2022 r. – właściwie wszystkie polityczne głosy w Ameryce brzmiały unisono. Nie tylko demokraci z prezydentem Joe Bidenem na czele, nie tylko republikańskie jastrzębie starej daty, ale również politycy bliscy Donaldowi Trumpowi chcieli twardej polityki antyputinowskiej.

Obecny sekretarz stanu w administracji Trumpa, Marco Rubio, był jednym z tych polityków, którzy krytykowali ówczesnego prezydenta Bidena za zbyt miękką politykę wobec Rosji. „Nie wiem, dlaczego nie powiemy otwarcie [my – Stany Zjednoczone], że będziemy wspierać ich [Ukrainę] tak długo, jak chcą walczyć, nawet aż do etapu powstania” – przekonywał Rubio tydzień po wybuchu wojny.

Wierna sojuszniczka Trumpa w Izbie Reprezentantów, Elise Stefanik, mówiła w tym samym duchu: „Jeśli ma zwyciężyć pokój, Stany Zjednoczone i NATO muszą odpowiedzieć w jedynym języku, jaki Putin rozumie – w języku siły. Już dawno prezydent Biden powinien podjąć zdecydowane akcje w celu zduszenia rosyjskiej gospodarki”.

Nawet Elon Musk, wtedy jeszcze trzymający wobec Donalda Trumpa pewien dystans, tuż po wybuchu wojny dał się poznać jako stronnik Ukrainy nie tylko poprzez wyrazy wsparcia na Twitterze czy wyzwanie Putina na walkę w oktagonie, ale również ze względu na bezcenne wsparcie materialne – przez pierwsze tygodnie wojny SpaceX również na własny koszt dostarczał Ukrainie sprzęt i usługę bezprzewodowego internetu StarLink.

Jeden z najwierniejszych zwolenników izolacjonizmu (wtedy wiodący dziennikarz Fox News), Tucker Carlson, żalił się w swoim programie, że „republikanie w Waszyngtonie (na ich pohybel) nie mają z tym [wsparciem przez Bidena Ukrainy] żadnego problemu, co więcej, wielu z nich bardziej skłania się ku wojnie z Rosją niż Biden”.

Robotnicy z pasa rdzy porzuceni przez mainstream

By pozostać uczciwym, trzeba jednak zaznaczyć, że przesunięcie zarówno prawicowych polityków, jak i części ich elektoratu w stronę antyukraińską, a czasem również otwarcie prorosyjską, wiąże się w jakiejś mierze z najbardziej fundamentalną dynamiką spolaryzowanej sceny politycznej. Im bardziej Joe Biden, Kamala Harris i Nancy Pelosi we wzniosłych słowach i niekiedy zdecydowanych akcjach wspierali zbrojny wysiłek Ukrainy, tym bardziej rosła nieufność republikańskich wyborców.

Owa nieufność jest podsycana przez polityków jedyną możliwą narracją w podzielonym społeczeństwie – cokolwiek robi moja strona, robi to dobrze, czegokolwiek podejmuje się druga strona, robi źle. Czysta polityczna przekora nastawiona na polityczny zysk wpędziła miliony zwykłych Amerykanów w głęboką niechęć do Ukrainy. Temat ten nie miałby jednak takiej siły polaryzującej, gdyby nie długotrwałe strukturalne przyczyny, które jak głębokie koleiny umożliwiły takie przesunięcie.

Wyjaśnienie fenomenu przesunięcia Amerykanów na bardziej izolacjonistyczne pozycje są przyczyną podwójnego wyboru Donalda Trumpa na prezydenta, a nie, jak będą niektórzy twierdzić, jego skutkiem. Donald Trump, szczególnie w 2016 r., zdobywał głosy i serca wyborców jako swoisty underdog, kandydat, który głośno kontestował główną linię GOP i wzbudzał głęboką niechęć republikańskiego establishmentu.

Wygrał wybory, dysponując znacznie mniejszymi zasobami niż jego kontrkandydaci właśnie dlatego, że jego przekaz zaczął głęboko rezonować z wyborczą bazą. Dlaczego tak wielu amerykańskich wyborców dało się przekonać przez ludowego trybuna-miliardera ze swoim prowokacyjnym i kontrariańskim stylem politycznym?

Wielu amerykańskich wyborców odbiera świat, w którym żyją, jako skrajnie wrogi i alienujący. W zakresie postaw społecznych i politycznych dokonał się przewrót kopernikański – to, co kiedyś było mainstreamem, stało się kontrkulturą, a ci, którzy kiedyś buntowali się przeciwko systemowi, weszli na salony. Podstawowe role społecznej hierarchii odwróciły się, a ruch ten rozbił zakrzepłe podziały ideologiczne i zepchnął republikanów do pozycji antysystemowych ze wszystkimi tego konsekwencjami.

Wybory prezydenckie z 2024 r. potwierdziły wniosek o znaczących przesunięciach GOP na pozycje antyelitarne, a Partii Demokratycznej do roli partii ludzi zamożnych. Jak wynika z analiz przeprowadzonych przez Financial Times, w zeszłorocznych wyborach demokraci otrzymali większe poparcie od wyborców z górnej jednej trzeciej przedziału dochodów niż od osób w pozostałych dwóch trzecich niższych przedziałów dochodowych.

Po raz pierwszy od lat 60. więcej osób z górnej jednej trzeciej cieszącej się najwyższymi zarobkami zagłosowało na demokratów niż spośród najniższej jednej trzeciej. Początek tego trendu sięga okolic kryzysu finansowego 2008 r., kiedy to demokraci osiągali szczytowe ponad 20 p.p. przewagi wśród wyborców najuboższych i odwrotnie – ponad 20 p.p. straty wśród wyborców najbogatszych.

Wyjaśnienie tego fenomenu wydaje się dość oczywiste – offshoring zakładów pracy wraz z automatyzacją i przesunięciem w kierunku sektora usług i cyfryzacji pozbawia wiele społeczności prostszych, ale nieźle płatnych miejsc pracy w przemyśle. Gdy bogate, zurbanizowane wybrzeża bogacą się na globalizacji, jej ofiarą pada interior, a nierówności geograficzne i indywidualne rosną. Dwa (być może najgłośniejsze) szeroko omówione obrazy, które portretują materialną nędzę fly-over states to Nomadland, którego akcja toczy się na Zachodzie, i Elegia dla bidoków, która z kolei odbywa się w krainie Appalachów, bliżej wschodniego wybrzeża.

Miejsca akcji definiują geograficzny obszar nie tylko ekonomicznej degeneracji, ale również rozpadu więzi społecznych i moralnego uwiądu. Jeszcze w latach powojennych to właśnie środek Ameryki – rejon Appalachów, Midwest i Zachód – były źródłem siły, tradycyjnych wartości i amerykańskiej dumy.

Kultura popularna opowiada tę historię w powojennych westernach o dzielnych pionierach i stróżach prawa. Potężne w swojej naiwności uosobienie amerykańskich ideałów – Superman, Człowiek z żelaza – w swojej komiksowej genezie z powojennych dekad wychowany jest w duchu ciężkiej pracy, skromności i rodzinnych wartości przez dumną, farmerską rodzinę w wyimaginowanym Smalville, Kansas, najbardziej stereotypowym małym miasteczku w Midweście, położonym niemalże w sercu amerykańskiego interioru, w połowie drogi pomiędzy miejscem akcji NomadlandElegii dla bidoków.

Dzisiaj, po latach załamywania się ciężkiego przemysłu i oligopolizacji produkcji rolnej, która odesłała ostatecznie w świat bajek obietnicę własności w duchu „40 akrów i muła”, przybrani rodzice Clarka Kenta byliby raczej uzależnieni od opioidów lub wędrowali za śmieciową pracą w górnictwie albo w centrach Amazona. Biedniejsi, gorzej wykształceni Amerykanie z mniejszych ośrodków z bycia kośćcem Ameryki stali się ludźmi zbędnymi – deplorables.

Dziś to republikanie są kontrkulturą

W kwestii polityki zagranicznej gwałtowna zmiana miejsc jest również prosta do wytłumaczenia. Niekończące się interwencje zbrojne, strumienie dolarów wysyłane za granicę w imię szerzenia demokracji, praw człowieka i zabezpieczania interesów narodowych nie tylko przyniosły nikłe efekty, ale dostarczyły spektakularnych porażek. Choć polityka lat 90. i 2000. nie przyniosła tak krwawej ceny uiszczonej w stratach amerykańskich żołnierzy, jak wojna w Wietnamie, to podobnie jak ona przyniosła odwrócenie nastrojów i społeczne żądanie zakończenia agresywnego interwencjonizmu.

Do łask wraca (spiskowa) teoria kompleksu wojskowo-przemysłowego (ang. military industrial complex) jako poważny argument podniesiony już w latach 60. przez prezydenta Einshowera. Teoria ta w swojej strywializowanej wersji zakłada, że amerykańska polityka zagraniczna jest zakładnikiem wielkich koncernów zbrojeniowych i wojskowych, które lobbują za kolejnymi wojnami, by utrzymać nienasycony apetyt rządu federalnego na produkcję przemysłową i sprzęt militarny.

Nie tylko gorzej zarabiający, ale również i klasa średnia widzą nie tylko klęskę do niedawna niepodważalnej polityki globalnego przywództwa USA, ale również jej wewnętrzny koszt alternatywny w postaci szwankującej służby zdrowia, infrastruktury czy bezpieczeństwa.

Najciekawszym w tym kontekście wątkiem zdaje się zmiana kulturowa. W czasach wojny w Wietnamie to demokratyczna lewica prowadziła lud na barykady. To wyborcy demokratów eksperymentowali z narkotykami i szerzyli teorie spiskowe. Po drugiej stronie znajdowali się starsi, bogaci panowie WASP (biali, protestanci, Anglosasi) w garniturach, którzy jawili się jako przedstawiciele skostniałego konserwatyzmu.

W drugiej i trzeciej dekadzie XXI w. media, uniwersytet i politycy mówili już w większości głosem liberalnych wartości i opowiadali się za nieuniknionym postępem emancypacji wszystkich grup mniejszościowych, a także czasem dorozumianej pogardy wobec wrogów tej emancypacji. Kadra akademicka jest coraz bardziej progresywna – od 1999 r. do 2020 r. stosunek liczby zarejestrowanych demokratów do republikanów na uczelniach zwiększył się ponad dwukrotnie. Osiągnął zawrotny poziom – na każdego republikanina przypadało 10 demokratów.

Jednocześnie jakość dyskursu naukowego pozostaje pod znakiem zapytania. Przeprowadzone na ogromną skalę badania organizacji FIRE (fundacji promującej wolność słowa) pokazały, że w 2024 r. autocenzurę (ze strachu przed konsekwencjami społecznymi lub instytucjonalnymi) nałożyło na siebie 35% akademików, czyli prawie cztery razy więcej niż w szczytowym okresie tzw. polowania na czarownice w czasie czerwonego strachu, czyli działania komisji McCarthy’ego.

Co więcej, wielu Amerykanów postrzega system edukacji publicznej jako pole testowe dla progresywnych polityk edukacyjnych wprowadzanych przez pedagogów, którzy kończyli liberalne uczelnie, lub przez demokratycznych polityków. System ten przynosi opłakane skutki.

Ponad dwie trzecie amerykańskich czwartoklasistów (dzieci w wieku 9-10 lat) nie potrafi biegle czytać, z czego połowa, czyli jedna trzecia wszystkich czwartoklasistów, zupełnie nie umie efektywnie czytać. Również media znalazły się w kryzysie, o czym świadczą nie tylko spadające słupki oglądalności najważniejszych telewizji, ale również rosnący deficyt zaufania. Pierwszym tego źródłem jest medialna stronniczość. Zarejestrowani republikanie stanowili w 2022 r. zaledwie 3,4% całej tej grupy zawodowej, podczas gdy historycznie w 1972 r. było ich 25,7% , a na w 2002 r. – 18%.

Demokratów w 2022 r. było w mediach ponad 10 razy więcej – 36,4% (w porównaniu do 35,5% i 35,9% w odpowiednio 1972 i 2002 r.). Choć w 2022 r. najwięcej jest też dziennikarzy, którzy deklarują się jako niezależni (aż 51,7%; 32,5% w 1972 r.), to wiara, jaką Amerykanie pokładają w mediach, jest najniższa od 50 lat. W 2022 r. 36% Amerykanów nie wierzyło mass mediom wcale, 33% nieszczególnie, a jedynie 31% w istotnym stopniu lub bardzo pokładało ufność w relacjach tradycyjnych mediów. We przywołanym wcześniej 1972 r. pełną nieufność wyrażało 6%, dużą 24%, a pełną lub istotną ufność 68% Amerykanów.

Biedniejsi, konserwatywni Amerykanie w telewizji, której nie wierzą, widzą polityków mówiących o wdrażaniu polityk, jakie realizuje się kosztem zwykłych ludzi, dlatego też poziom zaufania społeczeństwa spada. Do tego w szkołach publicznych uczy się treści, które konserwatywni Amerykanie uznają za ideologiczną propagandę, a naukowe, kulturalne i celebryckie autorytety wyznaczające poziom i kierunek społecznych aspiracji gardzą zwykłymi ludźmi.

Od nauki Amerykanie uciekają więc w teorie spiskowe, od tradycyjnych mediów w podcasty i samozwańcze autorytety. W polityce zaś szukają kontestatorów i burzycieli. Gładko wchodzą w buty, które przez lata nosiła zachodnia lewica tak wprawiona w kontrkulturowej walce. Nie jest przypadkiem, że w administracji Trumpa łatwo odnalazł się Robert F. Kennedy, ideologiczny lewicowiec, (nie)odrodne dziecko progresywnej rodziny Kennedych, zwolennik dziesiątek teorii spiskowych i „alternatywnej” medycyny, podobnie jak nie jest przypadkiem, że znalazła się tam Tulsi Gabbard – wytrwała działaczka antysystemowa.

To nie zbieg okoliczności, że to właśnie wśród prawicowego elektoratu bardziej, niż chcieliby to przyznać sami republikanie, rezonują rosyjskie narracje i teorie spiskowe, w tym wiele dotyczących Ukrainy. Rosjanie wierni starej sowieckiej szkole wspierają ruchy antysystemowe.

Tak jak w czasach zimnej wojny skutecznie zachęcali do flirtu z komunizmem zachodnią lewicę, tak dzisiaj skłaniają do zalotów zachodnią alternatywną prawicę. Nie sposób nie widzieć analogii z lewicowymi intelektualistami odwiedzającymi ZSRR lub celebrytami, takimi jak Hanoi Jane, wdzięczącymi się do Vietkongu, gdy Tucker Carlson odwiedza na Kremlu Władimira Putina, by przeprowadzić z nim czołobitną rozmowę.

Czy demokraci mogli być antysystemowi?

Można jeszcze zadać jedno pytanie: dlaczego to republikanie weszli pierwsi w wytworzoną przez procesy społeczne lukę i stali się partią antysystemową? Czy nie był to skok, który mogli wykonać również demokraci? Gdyby historia potoczyła się nieco inaczej i w 2016 r. wyznaczony w prawyborach kandydat GOP, Ted Cruz, przegrał wybory z kandydatem demokratów, Berniem Sandersem, być może żylibyśmy w rzeczywistości bojówek trantify szturmującej Kapitol w 2021 r.

Wydaje się jednak, że ostatecznie rola establishmentu była przeznaczona dla Partii Demokratycznej. Stało się to ze względu na sukces, jaki lewica odnosiła przez dekady długiego marszu przez instytucje.

Zdobyła narracyjną hegemonię w mediach i na uniwersytetach oraz w sposób radykalny alienowała ogromną część społeczeństwa. To progresywna lewica, wykształcona na dobrych uniwersytetach i dobrze zarabiająca w wielkich miastach obu wybrzeży USA, stała się klasą panującą.

When in Rome, as Romans do – to do nich chcą się upodobnić Amerykanie łaknący awansu społecznego, to ich językiem mówią reklamy wielkich korporacji, do ich wrażliwości dostosowane są kolejne tasiemce na Netflixie. W tej heglowskiej dialektyce teza centrowych, powojennych instytucji mainstreamu starła się z antytezą lewicowej kontrkultury, wytworzyła znoszącą i zawierającą w sobie syntezę lewicowego establishmentu, który z kolei ukształtowała swoją antytezę alternatywnej, rewolucyjnej prawicy.

Ukraińcy zignorowali przesunięcia na amerykańskiej scenie politycznej

Tak oto Ukraina znalazła się w heglowskich kleszczach. W sensie technopolitycznym stała się wygodnym tematem polaryzacyjnym. Skoro dla demokratycznej administracji i mainstreamowych mediów Ukraina stanowi priorytet, to część prawicy naturalnie zareagowała podejrzliwością wyuczoną przez lata polaryzacji.

To nie znaczy, że Ukraina skazana była i jest na porażkę w staraniu o wsparcie rządzonych przez republikanów Stanów Zjednoczonych. Pomimo opisanych przesunięć ideologicznych USA pozostały niezwykle silnym wsparciem dla Izraela, gdy – i to wbrew wielu sympatykom MAGA oraz prorokom tego ruchu – pragmatyka polityczna wygrała z antysystemowością.

Oczywiście Ukraina znalazła się w niezwykle trudnej sytuacji, jednak na samym początku prezydentury Trumpa mogła przynajmniej spróbować powtórzyć sukces Izraela. Tuż po wybuchu wojny dzięki świetnej dyplomacji i doskonałej komunikacji Ukraina zjednała sobie sympatię przytłaczającej większości Amerykanów realnie przejętych jej losem.

Gdy po trzech miesiącach temat wojny przestał być tematem absolutnie dominującym, bowiem został zastąpiony przez wyrok Sądu Najwyższego w sprawie aborcji, podziemna rzeka wątpliwości, resentymentu i przekory zaczęła podmywać silne fundamenty amerykańskiego, ponadpartyjnego poparcia dla Ukrainy.

Nie sposób ustalić, jak dużo sączących się treści antyukraińskich w mediach społecznościowych było bezpośrednio inspirowanych przez Rosjan, a ile wynikało z wewnętrznych potrzeb krytyki polityki prezydenta Bidena. Nie ulega jednak wątpliwości, że narracje o tajnych biolaboratoriach zarządzanych przez ukraińskich faszystów odnalazły w anglojęzycznym internecie swoją niszę. Ukraińcy, którzy wciąż prowadzili intensywne działania komunikacyjne i zabiegali o sympatię amerykańskiego społeczeństwa i poparcie władz, ten moment przeoczyli.

Im więcej pojawiało się nie tylko dziwacznych teorii, ale również uzasadnionych wątpliwości, tym bardziej ukraińskie działania zdawały się te wątpliwości ignorować. Co więcej, politycy ukraińscy z prezydentem Zelenskim na czele wyraźnie postawili w swojej polityce na Partię Demokratyczną, czego zwieńczeniem (w GOP odebraną jak policzek) było niemal ostentacyjne włączenie się prezydenta Ukrainy w kampanię wyborczą demokratów na jej ostatniej prostej i wizyta w fabryce broni w najważniejszym swing-state, czyli Pensylwanii.

***

Z polskiej perspektywy łatwo uznać, że wszystkie zastrzeżenia amerykańskiej prawicy brały się wyłącznie z szalonych teorii spiskowych. Choć zdecydowanie zbyt wiele posłuchu dawała ona tezom naprawdę absurdalnym, to wszystkie realne problemy były za łatwo zbywane przez demokratów i Ukrainę. Zarzuty o niegospodarność Ukraińców – prawdziwe czy nie – budzą niepokój w Waszyngtonie wśród przedstawicieli obu partii, jednak demokraci mówią o tym głośno tylko w pomieszczeniach bez włączonych kamer i mikrofonów.

W Polsce, pewnie ze względu na nasz brak podmiotowości politycznej w czasach zimnej wojny, scenariusz gorącej wojny z użyciem arsenału nuklearnego zawsze jest traktowany z lekceważeniem i politowaniem jako coś, co dzieje się w filmach, a nie w rzeczywistości. Tymczasem w USA nawet analitycy liberalnych think-tanków przyznają, że ryzyko konfliktu nuklearnego, nawet niewielkie, nie jest czymś, co można łatwo zlekceważyć. To ten czynnik realnie wymusza ostrożność ruchów.

Nie chodzi o budowanie fałszywej symetrii, ale realizm. To podwójnie niesprawiedliwe, że Ukraińcy muszą z taką energią zabiegać o swoją sprawę, skoro mają w tej wojnie niepodzielną słuszność. Nie mogą jednak, podobnie jak my widzący w ich zwycięstwie nasz narodowy interes, czekać na kolejne heglowskie przesilenie i odmianę republikańskich serc lub z naiwną liberalną wyższością wypatrywać nadejścia jakiejś racjonalności nieskażonej polityczną emocją. Stany Zjednoczone to dzisiaj Donald Trump. Innych USA nie będzie.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury, uzyskanych z dopłat ustanowionych w grach objętych monopolem państwa, zgodnie z art. 80 ust. 1 ustawy z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych.

Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o zachowanie informacji o finansowaniu artykułu oraz podanie linku do naszej strony.