Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Kandydat Chaosu. Dlaczego nie boję się upadku porządku?

Kandydat Chaosu. Dlaczego nie boję się upadku porządku? Autor ilustracji: Marek Grąbczewski i Maria Grąbczewska

Nie ma już z nami Szymona Hołowni. Jakby jest, ale jako polityczny powidok, zanikające widmo. Nie ma go, ale jego słowa z kampanii rezonują w mojej głowie. Desperacko – z dzisiejszej, powyborczej perspektywy – Hołownia, starając się nadać swojemu startowi w wyborach sens, ustawił się w nich jako przeciwnik Sławomira Mentzena. W jednej z debat nazwał go „kandydatem chaosu”. Hołowni i Mentzena potrzebowałem tylko do tego wprowadzenia, zostawmy ich w spokoju – porozmawiajmy o chaosie. O Chaosie.

Kandydat Chaosu. Z kolegami wkręconymi w uniwersum Warhammera 40000 szybko zaczęliśmy się zastanawiać, kto w istocie mógłby nim być i którego z mrocznych bogów reprezentować. Nie jest łatwo znaleźć wspólną podstawę programową między wiecznie głodnym mordu Khornem, Slaaneshem kochającym eksces, hedonizm i obsesyjne dążenie do perfekcji, będącym uosobieniem ciągłem zmiany Tzeentchem i reprezentującym zastój, rozkład i chorobę Nurglem. Wewnętrzny tumult to przecież chaos par excellence.

Żarty przeminęły, a fraza została. Kandydat Chaosu. Ktoś, kto przyspieszy rozpad i zmianę. Bogowie Chaosu są swoją własną esencją, ale ludzie pragnący chaosu tak naprawdę pragną czegoś innego. Potencjału.

Możliwe, że każdy czas jest przejściowy (jak śpiewał Przemysław Gintrowski do tekstu Jacka Kaczmarskiego), ale ten obecny jest bardziej przejściowy niż zazwyczaj. Z wnętrza tego wiru nie jest łatwo prowadzić analizy, ale najbardziej oczywistym paradoksem naszej sytuacji jest fakt, iż chaos wzbudza dziś strach wśród zwolenników metafizycznej płynności, kontraktualności świata społecznego i relatywizmu wartości.

Oto wychowankowie płynnej nowoczesności nie są zadowoleni z tego, jak płynna się stała, tymczasem metafizyczni realiści wierzący w ideę Boskiego Ładu dość często okazują spokój, zadowolenie, a nawet (niezdrowe) wyczekiwanie na chaotyczną eskalację.

Kandydatami Chaosu zostają raz po raz obwoływani wszelkiej maści prawicowcy, gdy w rolę inkwizytorów i łowców czarownic wchodzą ochoczo ludzie wychowani przecież w kulcie wolnomyślicielstwa i uznania dla heretyków i obrazoburców, ludzie, których duchowi mistrzowie krzywili się z zażenowaniem na dźwięk słowa „prawda”. Samo to odwrócenie ról wydaje się jakimś piętrowym spiskiem Tzeentcha, metachaosem w Chaosie.

Może jednak paradoks jest pozorny. Kto nie wierzy w istnienie absolutnych punktów odniesienia, ten naturalnie będzie bardziej cenił te, które udało się ustawić i ochronić. Relatywista będzie drżał o ustalenia, które w bólach zostały poczynione i zadekretowane. Chaos z tej perspektywy to kapryśny i złośliwy kot w uprzątniętym pokoju. Kot albo raczej tygrys, który może nas zjeść.

Z perspektywy osoby wierzącej w metafizyczny Ład czas chaosu traci grozę ostateczności. Zyskuje nawet potencjał przestrzeni na przygodę – jest jak rozszalałe morze, przez które można przepłynąć małą łódką, nawigując się według starych map do skarbów i widzianych w prześwitach chmur gwiazdozbiorów. Może to jest właśnie to. Kto wierzy, że ma dobrą instrukcję, ten z pewną lekkomyślnością może burzyć konstrukcję z klocków Lego w przekonaniu, że wie, jak ją odbudować.

Dziwi jeszcze coś. Niechęć do Chaosu tam, gdzie powinien mieć prawdziwych wyznawców. Radykalna lewica tak wiele tuszu i pamięci poświęciła na rozważania o rewolucji, a przecież rewolucja, by się wydarzyć, musi zostać poprzedzona przez chaos. Dlaczego oni się nie cieszą?

Paradoksalnie mimo ogromnej niechęci, która na nich spada, postrzegam aktywistów Ostatniego Pokolenia jako coś na kształt ostatniego (pierwszego) bastionu lewicy rewolucyjnej. Może jedynie instynktownie, ale prawidłowo, zamiast zabiegać o sympatię w ramach odchodzącego porządku, po prostu dokładają się do poczucia chaosu. Nieskuteczność ich działań w obecnym układzie jest przynajmniej wyposażone w małe „+1”, czyli podminowywanie go.

Większość lewicy zatrzymała się w dziwacznym punkcie. Nie umie już mieć metafizycznej pewności swojej słuszności, która pozwala śmiać się huraganowi w twarz i wrzeszczeć o więcej, ale będąc relatywistyczna sensu largu (jak wszyscy nowocześni liberałowie), jest jednocześnie absolutystyczna sensu stricte. Przeraża ją wizja zdemolowania pokoju przez kota. Właśnie dlatego chociaż nie umiem sobie wyobrazić świata „po drugiej stronie burzy”, to tym bardziej nie umiem sobie wyobrazić ich w tym świecie.

Jeśli mam chociaż trochę racji, to pączkuje tu jeszcze jeden paradoks. Skoro obecny porządek nie jest Ładem, to nie może się ostać. Skoro nie może się ostać, to każda próba desperackiej obrony wydłuża jedynie okres panowania Bogów Chaosu.

Kto zatem czas ich władztwa akceptuje (nawet jako drabinę niczym Peryr Baelish), ten zmierza ku porządkowi. Kto opóźnia nieuchronne, jest prawdziwym Kandydatem Chaosu. Kultystą Nurgla, który chce na dekady wydłużyć czas rozkładu i grozy. Myślę, że Szymon Hołownia przyjął znamię w nieświadomości, ale w świecie Warhammera to nigdy nie stanowiło okoliczności łagodzącej.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury, uzyskanych z dopłat ustanowionych w grach objętych monopolem państwa, zgodnie z art. 80 ust. 1 ustawy z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych.

Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o zachowanie informacji o finansowaniu artykułu oraz podanie linku do naszej strony.