Co technologia robi z mózgiem dziecka? Zaburzenia mowy, krótkowzroczność i epidemia chorób psychicznych
Fot. Hragaby; wikimedia commons; Creative Commons Attribution 4.0 Generic license.
Wyobraźmy sobie matkę, która daje swojemu dziecku papierosy, bo chce, żeby od najmłodszych lat uodporniło się na dym. Czy powyższy obraz jawi się jako wystarczająco absurdalny, aby wywołać uśmiech politowania na twarzy? Co w takim razie z krzywdzącym wpływem wysokich technologii i ich uzależniającymi właściwościami? Być może już za kilka lat dziecko jadące w wózku z tabletem w dłoni będzie budzić podobne oburzenie jak kobieta w ciąży pijąca alkohol. W niniejszym teście rozprawiam się z mitami dotyczącymi podejścia do nowych technologii w edukacji.
MIT nr 1: Dzieci powinny nauczyć się obsługi wysokich technologii, bo jest ona w dzisiejszym świecie niezbędna
Twierdzenie, że dzieci powinny mieć dostęp do wysokich technologii, ponieważ w przyszłości będą zmuszone z nich korzystać w pracy, jest błędnym założeniem per se. Już na poziomie logiki jest ono sprzeczne, ponieważ zdanie podrzędne nie wynika ze zdania nadrzędnego. To tak, jakby powiedzieć, że dzieci muszą uczyć się prowadzić samochód już w wieku pięciu lat, ponieważ w przyszłości będą kierowcami.
Oczywiście nikt nie zaprzeczy, że wysoka technologia jest dzisiaj niezbędna. Musimy sobie jednak uzmysłowić, że osoby, które ją tworzą lub korzystają z niej na zaawansowanym poziomie, nie zawdzięczają tego temu, że zaczęły oglądać bajki w wieku niemowlęcym czy grać w gry w wieku pięciu lat. Jest wręcz odwrotnie.
Każdy inżynier zajmujący się dzisiaj wysokimi technologiami przyzna raczej, że za jego sukcesem stoją zdolności matematyczne, myślenie abstrakcyjne oraz analityczny umysł. Rozwijanie tej triady odbywa się poprzez odpowiednią stymulację lewopółkulową.
Kluczowe w aspekcie rozwoju mózgu są pierwsze trzy lata życia, kiedy dzieci zdobywają podstawowe umiejętności, takie jak chodzenie, chwytanie, posługiwanie się mową, odczytywanie emocji, tworzenie relacji z opiekunami, oraz uczą się, jak zdobywać wiedzę oraz się rozwijać. Robią to podczas zabawy. Im więcej aktywności stymulujących rozwój, tym lepiej dla mózgu.
Jakkolwiek chcielibyśmy dzisiaj pójść z duchem czasu, to kompetencjami przyszłości wciąż będą wysokie zdolności komunikacyjne, znajomość języków (ponieważ takowa czyni strukturalne różnice w budowie mózgu, co nie zostanie zastąpione translatorem w kieszeni), umiejętność budowania pozytywnych relacji oraz dojrzałość emocjonalna.
Tych rzeczy zaczynamy uczyć się już w pierwszych latach życia i to wyłącznie w kontakcie z drugą osobą, a nie z przedmiotem. To cechy wspólne, które łączą ludzi sukcesu z rozmaitych dziedzin. Natomiast nie mamy żadnych statystyk, nawet badań wśród ludzi na wysokich stanowiskach w działach IT, potwierdzających, że danie dziecku smartfona w bardzo młodym wieku zapewni mu szybszy rozwój i lepsze umiejętności informatyczne.
Zatem zdementujmy – dzieci w dzisiejszych czasach nadal muszą uczyć się podstawowych prawd o świecie, umieć przebywać w grupie rówieśniczej, komunikować się i tworzyć poprawne relacje, rozwijać wyobraźnię oraz zdolności analityczne. To klucz do sukcesu młodego człowieka w drodze rozwoju i wspinania się po kolejnych szczeblach edukacji. W dalszej części artykułu udowodnię, że wysokie technologie wcale tego nie ułatwiają, wręcz przeciwnie.
MIT nr 2: Wysokie technologie pomagają w edukacji oraz ułatwiają dostęp do informacji
Terapeuci pracujący z dziećmi, nauczyciele i pedagodzy, którzy prowadzący swoje badania, jednogłośnie mówią o negatywnych skutkach wysokich technologii w życiu młodych ludzi. Szkodzi one zdrowiu fizycznemu (krótkowzroczność, wady postawy, otyłość) oraz psychicznemu, co przekłada się na życie społeczne całej populacji dzieci. Taki stan rzeczy nie może wpływać dobrze również na edukację i system szkolnictwa.
Przede wszystkim jakkolwiek mądre urządzenia mielibyśmy w zasięgu ręki, nie przełożą się na wyniki w nauce. Już zgoła ponad 15 lat temu monachijscy ekonomiści na podstawie danych PISA (Programme for International Student Assessment) stwierdzili, iż piętnastolatkowie, którzy mieli w swoim pokoju PC (ang. personal computer), osiągali gorsze wyniki w szkole niż ich rówieśnicy bez własnego komputera.
Inne warte przytoczenia badania zostały przeprowadzone w Londynie w 2015 r. Angielscy ekonomiści przeanalizowali 90 szkół, które w latach 2002-2012 zabroniły używania telefonów komórkowych uczniom. Następnie przyjrzano się ocenom wszystkich dzieci (130 000) z okresu od pięciu lat przed wprowadzeniem zakazu do pięciu lat po nim. Wynik okazał się szokujący dla samych badaczy – już rok po wprowadzeniu zakazu wyniki uczniów uległy poprawie. W kolejnych latach średnia ocen była jeszcze wyższa od poprzednich.
Co ciekawie, 20% najlepszych uczniów miało wyniki takie same jak przed wprowadzeniem zakazu, ale 20% najsłabszych wyraźnie poprawiło swoje oceny. Zwróćmy uwagę, że mowa tu o telefonach z początku lat 2000., a nie o dzisiejszych smartfonach.
Świetnym przykładem są również kraje skandynawskie. Ponad 10 lat temu postawiono w nich na cyfryzację szkół. Z danych z PISA z ponad 60 państw wynika, że istnieje odwrotnie proporcjonalna zależność między środkami wydanymi na wprowadzenie wysokich technologii a spadkiem osiągnięć w nauce dzieci. Im więcej pieniędzy wydano na komputery, tym gorsze wyniki w testach matematycznych osiągali uczniowie.
Wyniki fińskich dzieci (które jeszcze 20 lat temu uczyły się najlepiej) znajdują się obecnie na środkowym miejscu w rankingu. Wnioski nasuwają się same – szkoły cieszące się najlepszymi wynikami odchodzą od cyfryzacji swoich uczniów, wprowadzają w zamian rozmaite formy aktywowania ich do samodzielnego zdobywania wiedzy.
Mamy szereg danych i badań naukowców na całym świecie, które potwierdzają, że wysokie technologie nie pomagają w nauce, np. badania Muellera i Oppenheimera z 2014 r. pokazują, że osoby notujące odręcznie osiągają przewagę w umiejętnościach nad zapisującymi transkrypcję na komputerach. Dostęp do internetu i nieograniczonej wiedzy jest dla młodego człowieka bardziej onieśmielający aniżeli ułatwiający naukę.
Nastolatek często nie wie, czego powinien się nauczyć. Gdy czyta informacje zawarte na stronie internetowej, dostaje mnóstwo odnośników. Klikając w poszczególne hiperłącza, traci główny wątek. Co więcej, jak pokazują badania Spitzera i Claytona, sama obecność telefonu jest rozpraszająca, ponieważ powoduje, że zaczynamy myśleć o aplikacjach i wiadomościach działających w tle. Z tego powodu coraz więcej wysoko rozwiniętych krajów wycofuje się z cyfryzacji szkół i promowania e-edukacji.
MIT nr 3: To gry i bezmyślne korzystanie z social mediów jest uzależniające, a nie same smartfony
Mówiąc, że smarfony są niebezpieczne i uzależniają, mamy na myśli to, iż możliwości, jakie dają dzisiaj telefony, są niebezpieczne, bo w zasięgu ręki młody człowiek może mieć dostęp do aplikacji, które wpływają na produkcję dopaminy w sposób podobny do wizyty w kasynie czy oglądania pornografii. Zatem zwrot „smartfony uzależniają” to wyłącznie skrót myślowy, tak samo jak to, że to nie strzykawka albo szklanka uzależnia, ale substancja, jaka się w niej znajduje.
Dysponujemy już w tym momencie szeregiem badań łączących wszechobecną wysoką technologię z takimi zaburzeniami, jak ADHD, uzależnienia, depresja, nerwica, nadmierna agresja czy psychoza. Zbyt wczesny i nadmierny kontakt urządzeniami elektronicznymi, np. komputerem, tabletem i smartfonem, może zaburzyć rozwój mózgu młodego człowieka porównywalnie do uzależnienia od kokainy.
Jedyna różnica jest taka, że dostęp do kokainy jest utrudniony – kogoś, kto przyniesie ją do szkoły mogą spotkać kłopoty. Tymczasem sami wyposażamy swoje dzieci w tablety i dostajemy na ich zakup rozmaite dofinansowania od państwa.
Nowocześni edukatorzy bardzo często mówią, że dostęp do nowoczesnych technologii sprawia, że możemy mówić do młodzieży ich językiem i wykorzystywać do tego atrakcyjne dla nich narzędzia. Prawda jest jednak taka, że podczas lekcji w szkole wykorzystują aplikacje z wyzwaniami, które działają na układ nagrody w mózgu młodego człowieka w taki sam sposób jak dawka kokainy.
Naukowcy z Indiana University School of Medicine przeprowadzili w 2011 r. badania, które wykazały, że tydzień grania w gry komputerowe może rzeczywiście zmienić strukturę mózgu człowieka. Techniką neuroobrazowania (fMRI) prześledzono osoby na początku eksperymentu, po tygodniu i po dwóch tygodniach. Badacze dowiedli występowania zmian w mózgu po jedynie siedmiu dniach grania (sic!).
28 zdrowych, młodych mężczyzn (18-29 lat) przydzielono do dwóch grup – jednym nakazano grać w agresywną strzelankę codziennie 10 godzin przez tydzień, po czym w drugim tygodniu powstrzymać się od grania. Pozostali uczestnicy eksperymentu nie grali w ogóle przez okres trwania badania. Każdy uczestnik przeszedł trzy badania fMRI – na początku, po tygodniu i po dwóch tygodniach.
Wyniki były zaskakujące dla samych badaczy. Okazało się, że już po jednym tygodniu grania w agresywną, przebodźcowującą grę u badanych zaobserwowano mniejszą aktywność w lewej części płata czołowego i w przedniej części kory zakrętu obręczy niż w badaniach początkowych.
Kora czołowa to rejon, który dojrzewa najpóźniej – proces mielinizacji może trwać nawet ćwierćwiecze. Przypomnijmy, że to właśnie płat czołowy odpowiada za nasze cechy osobowości, koncentrację, przewidywanie, planowanie, rozumowanie przyczynowo-skutkowe, samokontrolę. To dlatego niektórzy nie wiedzą jeszcze, kim chcą być w przyszłości, gdy chodzą do liceum, lub nie potrafią przewidzieć konsekwencji swoich zachowań. Choć wyglądają dojrzale, ich osobowość nie została jeszcze ukształtowana. Zatem młody człowiek nie ma połączeń neuronalnych, które pozwalają mu uchronić się przed uzależniającymi skutkami wysokich technologii.
Co więcej, dr George Bartzokis, neurolog z UCLA, w 2001 r. dowiódł, że za tworzenie się uzależnienia odpowiada właśnie proces mielinizacji. Mielina to inaczej istota biała – lipid zbudowany z cholesterolu, który owija aksony komórek nerwowych. Dzięki temu procesowi informacje płynące od jednej komórki do drugiej docierają szybciej. Proces mielinizacji, czyli tworzenia się tych osłonek, odbywa się w trakcie dojrzewania – mielina wzrasta w obszarach mózgu, które tego potrzebują.
Jak pokazują badania neuroobrazowania, niedostatecznie stymulowane ścieżki neuronowe (połączenia komórkowe) mogą prowadzić do niewytworzenia się pewnych neurologicznych połączeń lub ich zaniku. Wiemy o tym chociażby z serii przykładów dzikich dzieci, które nie miały kontaktu z językiem i nie nauczyły się go.
Co jednak jest zaskakujące, to fakt, że nadmierna stymulacja przez niebieski ekran również może zniszczyć mielinę. Dzieje się tak, ponieważ jest to substancja bardzo podatna na zakłócenia, łatwo ulega zniszczeniu. Niebezpieczne dla jej rozwoju mogą być takie czynniki, jak urazy głowy, stres, toksyny, narkotyki oraz – jak pokazują najnowsze badania – nadmierna stymulacja, która ma negatywny wpływ na naszą umiejętność koncentracji, skupienia uwagi, odczuwania empatii i spostrzegania rzeczywistości.
Jak pisał Manfred Spitzer w książce Jak się uczy mózg, „w chwili narodzin zmielinizowane są pierwotne okolice czuciowe i ruchowe. […] Następnie ulegają mielinizacji obszary wtórne, a dopiero pod koniec rozwoju, mniej więcej w okresie dojrzewania (a nawet i później!), powstają osłonki mielinowe na połączeniach prowadzących do obszarów korowych najwyższego rzędu w płacie czołowym. Wskutek takiego rozwoju, części ludzkiego płata czołowego są funkcjonalnie połączone z resztą mózgu dopiero w okresie dojrzewania”.
Według Bartzokisa nieprawidłowości w rozwoju mieliny mogą prowadzić do rozmaitych zaburzeń mózgu, takich jak zaburzenia neuropsychiatryczne, ADHD, autyzm, schizofrenia, uzależnienia czy w późniejszym wieku choroby Alzheimera.
MIT nr 4: Dzieci mogą nauczyć się języka, a nawet języka obcego za pomocą wysokich technologii
Prawdziwość tego zdania jest zależna od tego, o jakim wieku dziecka mówimy. Musimy uzmysłowić sobie jedną rzecz – aby dziecko czegokolwiek mogło nauczyć się z ekranu, musi mieć najpierw wiedzę, do której ten obraz mógłby się odnieść. Podobnie jest z nauką języka.
Małe dzieci są niesamowitymi istotami. Rodzą się i jeśli tylko są zdrowe, nie mają żadnych zaburzeń rozwojowych, są w stanie nauczyć się każdego języka na świecie. Robią to bez żadnych kursów i nauczycieli, a jedyne, czego potrzebują, to kontaktu ze swoimi opiekunami. Już w pierwszym roku od urodzenia w mózgu kształtuje się obszar słuchu fonemowego, który pozwala rozróżnić specyficzne dźwięki języka ojczystego.
Dzieje się tak, ponieważ dziecko osłuchuje się z językiem swojego otoczenia. Jeśli urodzi się w rodzinie wielojęzycznej, będzie aktywowało w mózgu obszary odpowiedzialne za odbiór mowy zawsze, gdy usłyszy fonemy każdego z języków, jakim posługują się rodzice. Aby jednak mogło dojść do wypracowania takiej aktywności, musi mieć bezpośredni kontakt z opiekunem. Nie da się zatem sprawić, aby dziecko nauczyło się odróżniać fonemy języka z radia albo telefonu.
Jak pokazują badania neuroobrazowania przeprowadzane na niemowlakach, puszczanie dzieciom lektorki za pośrednictwem ekranu nie wywołuje w ich mózgu żadnych reakcji w lewym płacie skroniowym odpowiedzialnym za odbiór mowy. Słyszą one jedynie bełkot, ewentualnie mogą podłapać pewną melodyjność języka.
Dzieci od pierwszych dni życia uczą się od swoich opiekunów poprzez obserwację i naśladownictwo. W momencie, gdy dziecko patrzy na dorosłego wykonującego jakąś czynność, aktywują się w jego mózgu neurony lustrzane w podobnych rejonach, które odpowiadają za samodzielne wykonywanie obserwowanych aktywności. W ten sposób dziecko rejestruje obrazy, dźwięki i ruchy. Z czasem zaczyna kopiować dorosłego, tzn. również otwiera buzię do artykulacji (niemowlę powtarza samogłoski po mamie lub uderza łyżką w talerz tak, jak robi to tata).
Dzieci są znacznie lepszymi obserwatorami, niż nam się wydaje, bowiem nie tylko powtarzają mechaniczne czynności po swoich opiekunach. W pierwszych pięciu latach życia utrwalają się w ich umyśle nawyki, takie jak sposób odżywiania, przywiązania i tworzenia relacji, wymowa czy chęć spędzania wolnego czasu. Patrzenie na ekran nie aktywuje neuronów lustrzanych u niemowlaków, zatem nie są one w stanie przyswajać wiedzy o świecie z telefonów.
Dziś problem uzależnienia od niebieskiego ekranu narasta. Dzieci od swoich pierwszych dni widzą dorosłych uzależnionych od smartfonów, zapatrzonych w mały, świecący przedmiot, który nieraz zdaje się ważniejszy niż to, czym akurat zachwyca się dziecko – klocki brzęczące w pudełku, przejeżdżający ulicą samochód czy szczekający pies. Wówczas maluch utrwala w sobie przekonanie, że to, co naprawdę interesujące, jest w tym przedmiocie, a nie dookoła.
Rodzice niejednokrotnie wspominają o zabawnym suwaniu palcem po przedmiotach jak po tablecie, które zaobserwowali u swoich pociech. Pozbawieni są jednak refleksji, że to ruch, którego dziecko nauczyło się od nich, zanim opanowało umiejętność siadania czy wstawania.
Przez wzgląd na wiele lat pracy nauczycielskiej i terapeutycznej mogę stwierdzić, iż dziecko rodzica czytającego książki regularnie również będzie widziało w tej czynności coś atrakcyjnego. Podczas gdy dzieci nauczone wyłącznie technik czytania już od najmłodszych lat, ale niemające przykładu dorosłego czytającego, nie są później zainteresowane poznawaniem treści książek. Podobnie jest z aktywnością fizyczną. Dzieci nauczone ruchu, spędzania czasu na zewnątrz i obserwujące podobne zainteresowania u swoich rodziców znacznie częściej będą wybierały takie aktywności, które tego wymagają.
Współcześnie prawdziwym problemem stało się zbyt wczesne podawanie dzieciom wysokich technologii (przed ukończeniem trzeciego, a nawet drugiego roku życia). To przekłada się na późniejsze problemy rozwojowe. Coraz częściej diagnozuje się dzieci z samoistnym opóźnieniem rozwoju mowy.
Szacuje się, iż opóźnienie rozwoju mowy dotyczy ok. 6-8% dzieci, przy czym należy podkreślić, że samo opóźnienie nie jest jednostką chorobową, a objawem. Co to oznacza w praktyce? Opóźnionym rozwojem mowy charakteryzować się będą dzieci cierpiące na rozmaite choroby i zaburzenia – spektrum autyzmu, choroby neurologiczne, niepełnosprawność intelektualną, niedosłuch.
Istnieje jednak również pojęcie samoistnego opóźnienia rozwoju mowy, tzw. alalia prolongata. O SORM (samoistny opóźniony rozwój mowy) w przeciwieństwie do NORM (niesamoistny opóźniony rozwój mowy) mówimy wówczas, gdy dziecko nie ma zdiagnozowanych żadnych zaburzeń, ale nie osiągnęło charakterystycznych dla swojego wieku kompetencji językowych.
Przyczyny SORM ciągle stanowią zagadkę dla wielu specjalistów, ponieważ nie mamy wystarczającej liczby danych sięgających lata wstecz. Poza tym należy zwrócić uwagę, iż wielu rodziców wciąż nie ma świadomości, jak powinien wyglądać prawidłowy przebieg rozwoju mowy, a zgłaszają się po pomoc do specjalisty dopiero wtedy, gdy nauczyciel lub lekarz pierwszego kontaktu zwróci im na to uwagę.
Nadal bardzo żywy jest mit, że trzyletnie dziecko może jeszcze nie mówić i „rozgada się”, gdy pójdzie do przedszkola. Tymczasem zaniedbanie na tym etapie może skutkować później specyficznymi trudnościami w nauce, takimi jak dysleksja, lub orzeczeniem o potrzebie kształcenia specjalnego.
Dlaczego tak się dzieje? Mózg ludzki rozwija się najintensywniej do trzeciego roku życia. Wtedy powstaje najwięcej połączeń neuronalnych. W mózgu tak młodego człowieka wytwarzają się sieci łączące komórki nerwowe znajdujące się w rozmaitych jego obszarach. Im więcej długich połączeń aktywizujących neurony w różnych, odrębnych od siebie rejonach, tym więcej trwałych umiejętności. Dziecko nabywa wówczas takich zdolności, jak chodzenie, bieganie, sprawności manualne, odpowiedni chwyt dłonią i posługiwanie się mową.
Jeśli dojdzie wówczas do jakiejś encefalopatii lub naturalny rozwój dziecka zostanie zaburzony, pojawi się opóźnienie w procesie nabywania tychże umiejętności. Szczęście w nieszczęściu polega na tym, iż młody mózg jest neuroplastyczny, tzn. neurony sąsiadujące ze zniszczonym rejonem są w stanie przejąć część funkcji i odbudować sprawność całego umysłu w procesie terapii.
To właśnie ta cecha niesamowitego narządu ludzkiego, jakim jest mózg, powoduje, że osoby po wylewach na powrót uczą się mówić i nie wszystkim dzieciom, którym w zbyt młodym wieku podawano w nadmiarze wysokie technologie, grozi opóźnienie rozwoju. Jest to zależne również od czynników genetycznych oraz środowiskowych.
Czy każde dziecko, któremu zbyt wcześnie podamy wysokie technologie, będzie miało opóźniony rozwój mowy? Nie. Istnieje jednak bardzo duża korelacja, zauważalna wręcz gołym okiem w gabinetach logopedycznych, między SORM a zbyt wczesną stymulacją wysokimi technologiami.
Dzieci, które nie opanowały jeszcze zdolności mówienia, nie powinny oglądać bajek, ponieważ stymulują wówczas zbyt intensywnie wyłącznie prawą półkulę mózgu. Nie rozumieją sekwencji obrazków ani logicznego ciągu wydarzeń przedstawionych na ekranie. Dlatego puszczanie im jakichkolwiek treści jest nieodpowiednie dla ich rozwoju, a już na pewno nie sprawi, że nauczą się języka.
***
Przedstawiony wywód świetnie podsumuje parafraza słów Wisławy Szymborskiej: „żyjemy dłużej, ale mniej dokładnie”, bo z zaburzeniem koncentracji, i coraz „krótszymi zdaniami”. Sami sobie to zafundowaliśmy, ponieważ bezrefleksyjnie zbudowaliśmy naszym dzieciom świat i dzieciństwo, na które ich mózgi ewolucyjnie nie są przygotowane.
To wszystko prowadzi do takich zjawisk, jak epidemia zaburzeń mowy i młodzieńczych otępień, powiększenia różnic społecznych oraz wzrostu do 50% populacji cierpiącej na krótkowzroczność do w 2050 r. Wzrost zachorowań na ADHD, depresję, stany lękowe, autyzm wtórny, kryzys dojrzałości emocjonalnej u młodszych pokoleń – to wszystko, z czym mierzymy się już dzisiaj. Odwracamy jednak wzrok od ich istotnego czynnika wpływu.
Jak dobrze wiemy, znane nam sztampowe zwroty osób dorosłych uzależnionych od tytoniu, takie jak „trzeba na coś umrzeć”, „nie da się żyć wiecznie, a trzeba coś z tego życia mieć”, nijak nie przekładają się na fakt, by nawet paląca mama chciała w przyszłości podarować papierosa swojemu dziecku.
Potrzeba teraz wielu kampanii reklamowych i działań profilaktycznych, aby popularne stało się przekonanie, iż cyfrowa technologia jest tym samym co tytoń, alkohol czy narkotyk – silnie uzależnia i wpływa na zmiany strukturalne w mózgu.
Jest niebezpieczna dla dzieci, a już dla tych najmłodszych (poniżej trzeciego roku życia) powinna być bezwzględnie zakazana. Higiena cyfrowa to coś, czego powinniśmy się uczyć oraz stosować w życiu swoim i swoich pociech podobnie jak dietę czy zdrowy tryb odżywiania.
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury, uzyskanych z dopłat ustanowionych w grach objętych monopolem państwa, zgodnie z art. 80 ust. 1 ustawy z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych.
Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o zachowanie informacji o finansowaniu artykułu oraz podanie linku do naszej strony.
