Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Król-błazen. Dlaczego Donalda Trumpa nie można ośmieszyć?

przeczytanie zajmie 14 min
Król-błazen. Dlaczego Donalda Trumpa nie można ośmieszyć? Autor ilustracji: Bruno Dziadkiewicz

Tryumf Trumpa nad śmiechem jest tryumfem postironicznym. Prezydent USA unieważnia ironię nie szczerością, ale zintensyfikowaną, karnawałową formą humoru. Jego wizje polityczne są bombastycznymi hiperbolami imperializmu (Trump Gaza, aneksja Kanady i Grenlandii), instytucje ucieleśnieniem memów (DOGE), a wizerunek jakimś estetycznym i psychologicznym szaleństwem pełnym paradoksów. Trump nie jest jednak zwykłym klaunem, nie jest nawet królem błaznów. Stał się królem-błaznem. A władza taka jest doprawdy potężna.

Pierwszy raz zapragnąłem odwiedzić Amerykę, czytając Śniadanie mistrzów Kurta Vonneguta. Miałem 14 lat, a książka pachniała pożółkłym papierem i letnim słońcem. Z podartej obwoluty łypało psychodeliczne oko. Piłem sok brzoskwiniowy.

Co to była za Ameryka! Ameryka w stanie rozkładu. Monotonne równiny. Proste autostrady. Przydrożne knajpy. Handlarz samochodów, który postradał zmysły. I opowiadania genialnego pisarza sci-fi, Kilgora Trouta, wydawane w pismach pornograficznych.

To „krytyka amerykańskiego stylu życia”, jak piszą niemal rytualnie autorzy opisów tej i innych podobnych książek. Dla mnie jednak mniej było w niej krytyki, a więcej estetycznego uniesienia.

Moja Ameryka, której mit współtworzą obrazy biedy z Pasa Rdzy i Południa, parodie postmodernistycznych pisarzy i hiperpatriotyczny kicz, karmi się wszelką krytyką. Piszę o tym, bo obserwowanie największego syna Ameryki, Donalda Trumpa, prowokuje (chyba nie tylko) we mnie bardzo podobne odczucia.

Witajcie w Trump Gazie

Pamiętacie jeszcze Trump Gazę? Wygenerowany z użyciem sztucznej inteligencji film, w którym palestyńskie wybrzeże stało się luksusowym kurortem z Elonem Muskiem jedzącym hummus i Netanjahu opalającym się z Trumpem nad basenem. Do tego gigantyczny pomnik amerykańskiego prezydenta. Oczywiście złoty.

Jak donosił New Yorker, film został stworzony przez kalifornijski start-up EyeMix Immersive Visuals jako test możliwości nowego programu. W zamierzeniu filmowców miał mieć wydźwięk satyryczny.

Trump jednak (wbrew obawom twórców) nie tylko nie potraktował filmu jako ataku, ale przejął go na potrzeby politycznej propagandy, udostępniał z dumą w social mediach.

Nie jest to sytuacja wyjątkowa. Od startu w wyborach prezydenckich w 2016 r. amerykański prezydent jest prawie nieustannie ośmieszany, zwłaszcza przez politycznych przeciwników. Wydaje się, że bezskutecznie, jeśli nie przeciwskutecznie.

Według Stephena Marcha (cytowanego przez Slavoja Žižka w tekście Powrót Trumpa oznacza, że koniec tego świata jest przesądzony) Trump „oparł swoją kandydaturę na występach natury komicznej – od dekad taki właśnie jest jego popkulturowy wizerunek. Nie da się po prostu skutecznie sparodiować kogoś, kto świadomie dokonuje autoparodii i kto dzięki tego typu występom został prezydentem Stanów Zjednoczonych”.

Žižek rozwijał tę myśl, komentując zwycięstwo prezydenta w zeszłorocznych wyborach: „Sprośne i wulgarne zachowania Trumpa […] są elementem populistycznej strategii, mającym sprzedać zwykłym ludziom program, który (przynajmniej w długim okresie) działa na niekorzyść tych właśnie ludzi […]”.

Według Žižka część Amerykanów utożsamiła się z Trumpem, wyszydzanie go odbiera jako śmianie się z nich samych, a to jeszcze bardziej pogrąża liberałów. Antypopulizm karmi populizm – pisali i mówili o tym mądrzejsi ode mnie. Mechanizm tego łańcucha pokarmowego wciąż pozostaje jednak w niektórych miejscach niejasny.

Tryumf Trumpa nad śmiechem jest tryumfem postironicznym. Trump unieważnia ironię nie szczerością, ale zintensyfikowaną karnawałową formą humoru. Jego wizje polityczne są bombastycznymi hiperbolami imperializmu (Trump Gaza, aneksja Kanady i Grenlandii), instytucje ucieleśnieniem memów (DOGE), a wizerunek jakimś estetycznym i psychologicznym szaleństwem pełnym paradoksów.

Trump nie jest jednak zwykłym klaunem, nie jest nawet królem błaznów. Jeśli król błaznów rządził w średniowiecznym karnawale jako krzywe odbicie prawdziwego władcy, Trumpowi udało się połączyć obie te monarsze godności. Stał się królem-błaznem. A taka władza jest doprawdy potężna.

Postironia, czyli znikanie różnicy

Termin „postironia” zdobył w ostatnich latach sporą popularność, zwłaszcza wśród mniej lub bardziej profesjonalnych teoretyków internetowej kultury. Rozumiany bywa różnie.

Zarówno deskryptywnie jako określenie chwytające ducha czasów (pewien styl myślenia i odczuwania właściwy cyfrowemu społeczeństwu), jak i performatywnie jako postulowana droga wyjścia z klinczu postmodernistycznej ironii (zwłaszcza w polu pracy twórczej).

Postironię rozumie się jako odpowiedź, reakcję lub przekroczenie ironii, nie ma jednak zgodności, na czym to przekroczenie polega, do czego prowadzi i czym jest sama ironia. Ten chaos definicyjny chcę roboczo rozwiązać, proponuję więc własne, szerokie rozumienie postironii, które bazować będzie na zidentyfikowaniu zawieszenia konstytutywnej dla ironii różnicy.

Żeby lepiej zrozumieć, o co mi chodzi, przywołam przykład tańca Donalda Trumpa. Podczas kampanii wyborczej Trump wyrobił sobie zwyczaj wychodzenia na środek sceny i kiwania się w rytm różnych piosenek w wersji ortodoksyjnej (a może ortopraktycznej) do Y.M.C.A. Ruchy prezydenta imitowali uczestnicy spotkań, tiktokerzy, osobistości medialne i sportowcy.

10 listopada 2024 r., jak donosi Louisa Thomas w artykule Donald Trump’s Go-To Dance Move Has Invaded Sports, amerykański futbolista, Nick Bosa, odtańczył karkołomny taniec prezydenta po meczu. Ta reinterpretacja (bynajmniej nie jako jedyna) wymknęła się prostym podziałom na ośmieszającą parodię i afirmacyjny hołd.

Bosa zapytany o swoje motywacje odparł: „Chłopaki chciały, żebym to zrobił. Nawet nie zamierzałem tego robić, ale chłopaki mi przypomniały. I było fajnie”. Wcześniej Bosa wygłupiał się przed kamerami w czapce z napisem: „Make America Great Again”. Z jego strony nie była to jawna manifestacja polityczna. Właśnie na tym polegała jej skuteczność. Była postironiczna.

Ironia w przeciwieństwie do postironii bazuje na różnicy. Sięgając nawet po potoczne ujęcie ironii – jako mówienia jednej rzeczy i myślenia drugiej, odwrotnej (osławione zdanie: „Jaka piękna pogoda” wypowiedziane w deszczowy dzień) – można dostrzec, że sens ironiczny powstaje między znaczeniem dosłownym i ukrytym.

Na pewnym poziomie podobna jest intuicja Kierkegaarda. Przybliża ją, gdy opisuje w O pojęciu ironii obraz przedstawiający ocieniony dwoma rozłożystymi drzewami grób Napoleona. Przestrzeń między drzewami jest pozornie pusta, ale gdy odpowiednio spojrzymy, przybiera postać stojącego cesarza.

Dla Kierkegaarda „ironiczna całość” jest właśnie ową fundamentalną pustką, przestrzenią pomiędzy – „ta pusta przestrzeń, jakieś nic, skrywa to, co najważniejsze”. „Ironia wyznacza limity, nadaje wymiar skończony, ustanawia granice, a tym samym wyraża prawdę, rzeczywistość i treść” – dodawał Kierkegaard.

To dlatego Michał Paweł Markowski pisał w eseju Fluffy shit, że ironia jest sprawą poważną. Operowanie tak (definicyjnie!) złożonym narzędziem jest czynnością doniosłą i transformującą. Jak czytamy:

„Ironia […] jest nagłym udziwnianiem oswojonego i im jest radykalniejsza, tym mniej oczywistości w naszym zwykłym życiu się ostaje. Ironia jest więc najpoważniejszym z możliwych doświadczeń, które pozwala zrozumieć, że życie domaga się od nas najgłębszego zaangażowania, którego celem jest zrozumienie, kim się jest”.

Ironia prowokuje moment decyzji. Prowokuje myślenie. Tymczasem taniec Trumpa znosi różnicę i pytania. Jest momentem antyrozumienia, kresem wszelkiej dialektyki (jeśli ujmiemy wytwarzanie się ironii w kategoriach dialektycznych). Nie w sensie Heglowskiego ducha absolutnego, ale na zasadach rozmycia opozycji.

Trump, dokonując samoośmieszenia w tańcu, powołuje do życia postironiczny mem, który rozprzestrzenia się w przesyconym informacjami internecie i nie zmusza do myślenia. Pytanie o intencję (w przypadku Bosy archetypicznie wręcz niejasne) jest pytaniem jeśli nie błędnym, to przynajmniej mało owocnym.

Postironia ujawnia bowiem swoją specyficzność nie na poziomie doktryny, ale rytuału (procesu, działania). Postironię „robi się”, rzadko opatrując owo „robienie” szczegółowymi wyjaśnieniami.

Różnica nie znika oczywiście całkowicie. Dochodzi raczej do powstania czegoś, co Joanna Tokarska-Bakir określa w Obrazie osobliwym za Gadamerem mianem nierozróżnialności – momentu zawieszenia granic, przypominającego sytuację rytualną lub estetyczną.

Rytuał musi być rodzajem gry na wibrujących sprzecznościach, czymś między fizycznym „tu” i sakralnym „tam”. Zarówno jednoznaczne i naiwne zniesienie różnicy, które można by porównać do oczekiwania fizycznie krwawiącej Eucharystii na każdej mszy, jak i urefleksyjnienie procesu rytualnego, które polega na konsekwentnym podkreślaniu rozdźwięku, byłoby dla religii destrukcyjne.

To, co podtrzymuje jej trwanie, to właśnie owa nierozróżnialność, która nie mogłaby istnieć bez różnicy. W tym sensie religię i postironię łączy bardzo podobna struktura.

Nie ma już żartu i powagi

Tak rozumiana postironia jest wyrazem radykalnej reorganizacji tego, co Jaques Ranciere nazwał dzieleniem zmysłowego. Całe sensorium, dany nam świat zmysłowy, jest według Ranciere’a wybiórczo posegregowany, co wiąże się z wykluczeniem pewnych grup społecznych.

Przykładowo gadanie o tym, że ironia prowokuje myślenie i racjonalność, jest dość elitarystyczne. Rancier słusznie zauważa w eseju Estetyka jako polityka, że „władza elit zawsze była władzą zmysłów wykształconych nad zmysłami surowymi, aktywności nad pasywnością, intelektu nad doznaniem”.

Zastany porządek Ranciere określa mianem policji, przeciwstawia jej transformującą i podważającą podziały politykę. Kluczowym narzędziem politycznej reorganizacji jest szeroko rozumiana estetyka związana ze zmysłowym doświadczeniem.

To w tym doświadczeniu dochodzi do utworzenia nowej wspólnoty skupionej wokół estetycznego obiektu. W naszym przypadku będzie nim Donald Trump – mem i figura.

Ranciere czerpie od Shillera kategorię zabawy, która jest swobodną grą stanowiącą „odrzucenie opozycji intelektualnej formy i zmysłowej materii, która jest w zasadzie różnicą między dwoma rodzajami ludzi”.

Zabawa konstytuuje coś na kształt rytualnego communitas, a jej niesprecyzowanie dopuszcza do wspólnoty szeroki wachlarz grup społecznych. W tańcu Trumpa i jego imperialnych zapowiedziach odnajdzie się kryptomemiarz i starsza kobieta z charyzmatycznego kościoła.

Jednocześnie satyryczna krytyka Trumpa jest nieskuteczna, m.in. dlatego że wychodzi i odwołuje się do porządku, który Trump swoim zachowaniem aktywnie zwalcza. Nie tylko dlatego, że kpi z reguł i zasad policyjnego establishmentu, ale przede wszystkim ironię zastępuje wspólnotą doświadczenia postironicznego.

To radykalnie inne sensorium, w którym dawne kategorie – wypada lub nie wypada, poważne albo niepoważne, prawda i fałsz – tracą swoją moc.

Polityka czy postpolityka?

Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że Trump wyzwolił jakieś głębsze pokłady rzeczywistości. Niszcząc strukturę pisanych i niepisanych reguł, tradycji i obyczajów, policyjną symulację liberalnej demokracji zastąpił ludową polityką.

Jest to po części prawda. Przed czasami Trumpa lewicowi krytycy mianem postpolityki określali właśnie zgodną współpracę technokratów z liberałami. Dla Žižka ten konsensus doprowadził do sytuacji, gdy politykę odpolityczniono, a wybuchy sprzeciwu sprowadzono do przejawów czystego niepolitycznego zła – rasizmu, fundamentalizmu, terroryzmu.

Po dojściu Trumpa do władzy kategorie postpolityki i postprawdy zaczęły służyć liberałom jako narzędzia odróżniania prezydenta (i innych „populistów”) od reszty klasy politycznej. Jednocześnie intensywnie podkreślano widowiskowość Trumpa, która miała być koronnym dowodem jego fałszywości.

Czy w takim razie Trump jest bardziej sceniczny i spektakularny, czy raczej obsceniczny, tak jak obsceniczność rozumiał Jean Boudrillard w Słowach kluczach – jako całkowitą transparentność i widzialność rzeczy?

Myślę, że oba te ujęcia w rozdzieleniu nie nadają się do uchwycenia specyfiki amerykańskiego prezydenta. Trump nie jest autentyczny. Jego transparentność jest tylko kolejną warstwą pozoru.

Kolejną, bo teatr polityki nie jest tworem Trumpa. Trump ani nie tworzy, ani nie znosi hiperrzeczywistości. W geście iluzorycznej destrukcji dokonuje po prostu jej transformacji. Obsceniczność stanowi podstawę jego sceniczności.

Wyobraźmy sobie kandydata prawdziwie autentycznego. Człowieka z Apallachów, uosobienie słusznego gniewu wykluczonych „bidoków”. Przecież on nie miałby najmniejszych szans nawet na partyjną nominację!

Po pierwsze, brakowałoby mu siły przebicia. Po drugie, odwoływałby się do zbyt małej grupy wyborców. Po trzecie, kto chciałby głosować na swojego sąsiada? Trump jest i nie jest taki, jak „zwykli Amerykanie”. Jego sukces zasadza się na umiejętności łączenia sprzeczności na czele ze sprzecznością klasową.

Jak pisał Žižek, „prostackie występy Trumpa stanowią […] przejaw fałszywości jego populizmu: brutalnie upraszczając, udaje, że troszczy się o zwykłych ludzi jednocześnie, działając na rzecz wielkiego kapitału”. Paradoksalnie Trump nie mógłby być skutecznym kandydatem finansowych elit, gdyby nie jego obsceniczne zachowanie.

Cały ucieleśniony i zinstytucjonalizowany mem, jakim jest DOGE, stanowi wirtuozerskie połączenie walki przeciw znienawidzonym elitom z destrukcją państwa, która pewnie w dalszej perspektywie posłuży najbogatszym. Dokonuje się to wszystko rękami Elona Muska i jego młodych zwolenników, którzy wnoszą bezwzględny chaos znany z Doliny Krzemowej (albo jej wyobrażeń) do zaspanych korytarzy amerykańskich urzędów.

To łączenie niepołączonych sprzeczności, żartu z poważnością, sceny z obsceną, wulgarności z konserwatywnymi wartościami, polityki z postpolityką, młodych ze starszymi i miliarderów z ubogimi nie mogłoby się nigdy dokonać, a przynajmniej nie na taką skalę i nie w tym kształcie, bez cyfrowej rewolucji.

Zalać ich g*wnem

Materialną podstawą postironii jest oczywiście internet. Ujawnione przez Steve’a Banona Trumpowskie motto: „Flood the zone with shit” mogłoby równie dobrze stanowić naczelną zasadę każdej platformy cyfrowej.

Nierozróżniająca postironia nie jest po prostu strategią, wymyśloną przez sztab Donalda Trumpa. Stanowi raczej wyraz przemian mentalności, które zachodzą wraz z cyfrową rewolucją. Zmiany technologiczne i globalizacja powodują, że codziennie stykamy się z nieporównywalnie większą ilością informacji niż kiedykolwiek w ewolucyjnej historii naszego gatunku.

Trafia do nas nieustający strumień pseudowydarzeń, memów, rolek, filmików, wiadomości, dźwięków i obrazów. Cierpimy z informacyjnego przeładowania i nadprodukcji niespójnych ze sobą rzeczywistości. Jesteśmy głęboko zagubieni.

Nierozróżnianie w tym kontekście nie jest przejawem głupoty czy niedojrzałości. Jest strategią przetrwania. Nie trzeba interpretować, wystarczy dryfować na morzu odczuć i wrażeń. Nie ma przekonań, są działania.

Jednocześnie internetowa kultura zawsze miała bardzo silny komponent humorystyczny. Wojny internetowe są wojnami memów. Sprawne poruszanie się w tym obszarze nie jest wprawdzie jeszcze niezbędne do politycznych sukcesów, może je jednak znacznie ułatwić.

Niepowaga memów staje się paradoksalnie niezwykle poważna, skoro coraz więcej osób przez ich pryzmat odbiera (a więc i tworzy) rzeczywistość. W tym świecie chaotycznych przepływów komunikaty postironiczne radzą sobie wyśmienicie.

Są zabawne, a to zawsze angażuje. Na pierwszym poziomie nie wymagają rozróżniania, charakteryzują się więc pewną (potencjalną) wieloznacznością. To ona stoi zarówno za ich siłą wspólnototwórczą, jak i zasięgowymi kontrowersjami, które mogą generować.

Postironia może kolportować jednoznaczność, zwłaszcza radykalne poglądy, które w innej formie mogłyby nigdy nie zostać przyjęte. W postironicznej postaci powraca, to wszystko, co wyparła liberalna kultura.

Jak pisał jeden z internautów, przywoływany w tekście Memes & the Extreme Right-Wing „na początku mój antysemityzm był dla żartu, ale potem, nie wiem kiedy, stał się poważny”. W postironii zawsze zaszyta jest różnica, a więc ostatecznie możliwość wyboru.

To strategia Trumpa znana chociażby z zapowiedzi aneksji Grenlandii i Kanady. Żart może stopniowo stwardnieć w jasne deklaracje, a nawet ci, do których nigdy w pełni nie przemówi, mogą zostać z dość wstydliwą chwilą imperialistycznego uniesienia. W skoku między jedną i drugą rolką poczują, że „może byłoby fajnie xd”.

Satyra bez nadziei?

Niewykluczone, że sedno postironii tkwi jeszcze głębiej – w samej logice kapitalizmu. Na poziomie popkulturowych wizji kapitalizm wykorzystuje bowiem postironiczną strategię z równą zręcznością, co Donald Trump.

Być może wiąże się to z tezą Marka Fishera, że popkultura karmi nas ciągłymi powrotami tego samego, żeby wyeliminować nawet marzenia o zmianie systemu. Postironia pełniłaby podobną funkcję do nostalgii.

Przykładowo Biały Lotos wbrew opisom nie skrywa pod powierzchnią idealnego życia bogaczy mrocznych prawd o ludzkiej naturze. To mroczne prawdy o ludzkiej naturze, które leją się z ekranu od pierwszych minut serialu, mają przykryć fakt, że wszyscy chcielibyśmy być na miejscu bohaterów.

Boom na resorty, które „grały” w serialu, najlepiej potwierdza tę tezę. Satyra nie jest jednak po prostu nieskuteczna. Jest szkodliwa. Unieważnia samo swoje sedno i staje się budulcem popkulturowej romantyzacji nierówności.

Na tej samej zasadzie Simpsonowie, wyśmiewając wchłonięcie przez Disneya, w gruncie rzeczy legitymizują ten ruch. Ich śmiech jest bezalternatywny i nieprzyszłościowy. Od początku wiadomo, że niczego nie zmieni.

W tej lewicowej perspektywie postironia wydaje się elementem krajobrazu współczesnego kapitalizmu, który wymazał ze społecznej wyobraźni wszystkie alternatywy. Jej nierozróżnialne różnice (chcę być w Tajlandii/ śmieję się z bogatych w Tajlandii) pogrążają nas w otępieniu.

Nawet jeśli ta wizja jest przesadzona w swoim niemal perwersyjnym fatalizmie, to wyjście z postironicznej kultury i polityki będzie o wiele trudniejsze niż wygrzebanie się z często postulowanego jarzma ironii. Władza nieośmieszalnego polityka postironicznego wydaje się w jakiś pozornie przedziwny sposób bardziej stabilna, prawie niezniszczalna.

Postironia jest narzędziem i symptomem nowej odsłony późnokapitalistycznej postpolityki. Sytuacji, gdy krytyka – czy to emocjonalna, czy racjonalna, czy satyryczna – chybia celu. Nie dlatego że cel jest schowany za skomplikowanym pancerzem liberalnego spektaklu demokracji, ale dlatego że rozmyciu uległ zarówno on, jak i narzędzia krytyki.

 ***

Czy gra Trumpa rozsypie się pod naporem cen jajek i rachunków medycznych? Istnieje taka możliwość. Jeśli gdzieś można doszukać się jej kresu, to właśnie w twardej rzeczywistości warunków materialnych.

Już teraz widać pęknięcia i spory w ramach amerykańskiej administracji i ruchu MAGA. Nawet mistrz ekwilibrystyki nie może jechać na dwóch koniach w nieskończoność.

Może jednak medialna rzeczywistość, zatracona w przyspieszeniu i skutecznie roztapiająca społeczną energię w coraz krótszych, gorących internetowych sporach, okaże się silniejsza. Nawet jeśli Trump upadnie, na jego miejsce przyjdzie kolejny postironiczny mem.

Zmiany, które zaszły, wykraczają bowiem daleko poza postać amerykańskiego prezydenta. Postironia wyziera zewsząd. Objawia się w nostalgii, popkulturze, duchowości, memecoinach, modach i codziennych rozmowach.

Nawet jeśli nie jest zła z natury, mam (niewykluczone, że już monomaniakalne) przekonanie, że trzeba ją i inne lawinowe zmiany próbować chwytać i nazywać. Być może da nam to choć odrobinę kontroli nad tym, dokąd pędzimy.

Tekst pochodzi z najnowszego numeru czasopisma idei „Pressje”  pt. „Cyfrowe Rerum novarum” i powstał w kwietniu 2025 roku, stąd mogą wynikać drobne anachronizmy.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury, uzyskanych z dopłat ustanowionych w grach objętych monopolem państwa, zgodnie z art. 80 ust. 1 ustawy z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych.

Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o zachowanie informacji o finansowaniu artykułu oraz podanie linku do naszej strony.