Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Postmodernizm daje chrześcijaństwu szansę na odrodzenie. Nie demonizujmy tej epoki!

Postmodernizm daje chrześcijaństwu szansę na odrodzenie. Nie demonizujmy tej epoki! Dach Katedry w Mediolanie; źródło: wikimedia commons; CC BY-SA 3.0

Prawica postrzega postmodernizm prawie wyłącznie negatywnie. W oczach krytyków wyznacznikami tej epoki miałyby być przede wszystkim: upadek wartości, relatywizm moralny, zanegowanie istnienia obiektywnej prawdy czy degeneracja norm. Żeby było jasne – te wszystkie elementy rzeczywiście są charakterystyczne dla postmodernizmu. Jednak skreślając tę epokę jako całość, przestaje się dostrzegać pozytywne zmiany, jakie przyniosła, a zarazem unikalną szansę, jaką daje chrześcijaństwu na powrót do społecznej gry. Ponowoczesność, choć jest wroga religijności, to mimochodem stworzyła świat, który jest bardziej przyjazny dla wiary, niż miało to miejsce w epoce nowoczesnej.

To nowoczesność wypłukała nasz świat z religijności

Dla wielu osób, zarówno z prawej jak i lewej strony, teza zarysowana w leadzie może wydać się kontrowersyjna. Jednak według mnie jest ona jak najbardziej do obrony. Dostrzeżenie jej zasadności wymaga jednak przyjęcia nieco szerszej perspektywy historycznej niż ta, do której jesteśmy przyzwyczajeni.

Jeśli ponowoczesność zestawi się z idealnym modelem chrześcijańskiego świata, to faktycznie będzie od niego daleka. Jednak jeżeli spojrzy się na nią przez pryzmat tego, co było przed nią, to okaże się, że nie jest aż tak zła.

Konserwatyści, patrząc w przeszłość, na pierwszą połowę XX wieku, często postrzegają ten czas jako „good old days”, kiedy ludzie masowo chodzili do kościoła, a wspólnoty chrześcijańskie były silne i zżyte ze sobą.

Jednak snując tego typu retroutopijne fantazje zapominamy, że nie był to dominujący kierunek, w jakim podążał ówczesny świat. Wręcz przeciwnie, już wtedy religijność była postrzegana jako relikt minionej epoki, której fundamenty nowoczesność skutecznie podważyła.

Nowoczesność, rozumiana szeroko jako projekt przebudowy świata w oparciu o rozum i postęp, rozpoczęła się w czasach Oświecenia. Od początku była krytyczna wobec religii instytucjonalnej, postrzegając ją jako przeszkodę dla modernizacji.

Choć część najwybitniejszych filozofów epoki – takich jak chociażby Immanuel Kant – chciała znaleźć miejsce dla religii „w obrębie samego rozumu”, to dominujący ton nadawali oświeceniu francuscy rewolucjoniści, którzy w imię postępowych ideałów burzyli kościoły i mordowali duchownych.

Według nowoczesności to rozum, technologia, nauka, masa i maszyna miały rządzić światem, a katolicyzm i inne religie miały podporządkować się ich dyktatowi. Postulowano wręcz, aby zupełnie zniknęły z powierzchni ziemi lub – w najlepszym przypadku – zostały zepchnięte na margines życia społecznego, w sferę prywatną.

Nowoczesna narracja była tak dominująca, że także wielu katolików przyjmowało charakterystyczny dla niej sposób myślenia. Część z nich zaczęła uważać, że całym światem rządzi materialny, fizyczny i obiektywistyczny porządek, a wiara to jedynie kwestia osobistych, subiektywnych przekonań. Coś, z czym nie należy się zbytnio wychylać.

Przekonania religijne wielu osób szły w kierunku wyznawania tak zwanego „Boga kartezjańskiego”. Zgodnie z tą koncepcją Bóg co prawda istnieje i „podtrzymuje” istnienie naszego świata, ale pełni raczej funkcję odniesienia filozoficznego, a nie obiektu „żywej wiary”.

Tego typu myślenie z czasem szło w stronę deizmu. Poglądu, według którego świat rządzi się mechanistycznymi prawami fizyki, i choć zakłada istnienie Boga to jako bytu oddzielonego od znanej nam rzeczywistości.

Staje się więc raczej kimś w rodzaju wielkiego zegarmistrza, technika, który wprawił świat w ruch, a potem przestał się nim interesować. Taki „nowoczesny” Bóg, starający się iść z duchem epoki, stawał się z czasem wyprany z duchowości, przez co de facto tracił rację bytu.

Spośród wyrosłych w nowoczesności ideologii najmocniej religię zwalczał komunizm, który robił to konsekwentnie i systemowo. Jednak również zachodni liberalizm w pewnym momencie zaczął traktować religię jako źródło opresji, męczący balast, obciążenie dla nowych, lepszych form życia. Oba systemy mniej lub bardziej tolerowały chrześcijaństwo, głównie dlatego, że nie były w stanie skutecznie wyplenić go ze społeczeństwa.

Mimo iż wspólnoty religijne trzymały się mocno (często nawet mocniej niż dziś), to ówczesny „duch czasów” zmierzał wyraźnie w kierunku ateizmu, materializmu, obiektywizmu i scjentyzmu, a zmierzch religii wydawał się być kwestią czasu.

Nowoczesność jest jedynie mitem pośród mitów

Pozornie poukładanym przez naukę i rozum światem zaczął wstrząsać postmodernizm – nurt wyrosły z tragicznych doświadczeń II wojny światowej i rozczarowania nowoczesnością. W latach 60. XX wieku rozpoczął on proces wielkiej dekonstrukcji rzeczywistości.

Ówcześni filozofowie zaczęli głosić, że wszystko co wiemy o świecie jest jedynie opowieścią. „Nie ma nic poza tekstem” – mówił Jacques Derrida. Choć myśliciele przyjmujący takie założenia podważali również chrześcijaństwo, pretendujące do posiadania obiektywnej prawdy, to przede wszystkim uderzali w nowoczesność, która była wówczas u szczytu swej narracyjnej potęgi.

Religie aż tak bardzo nie ucierpiały od postmodernistycznego dyskursu, gdyż już i tak były  wówczas uważane za „wymysł”. Tymczasem siła nowoczesności i jej przewaga nad myślą religijną brała się z przekonania, że nie jest on kwestią wiary.

Nowoczesność bowiem rościła sobie prawa do definiowania, czym jest faktyczna, obiektywna rzeczywistość. Niewątpliwie największą zasługą postmodernizmu było zdemaskowanie jej jako jednego z wielu sposobów postrzegania rzeczywistości, który – choć bardzo skuteczny – to jednak jest subiektywny.

Nowoczesna opowieść traktowała świat niczym wielką maszynę, którą można opisać, zmierzyć, zbadać i zmienić. Ten sposób myślenia miał być tym „prawdziwym”. Natomiast emocje, uczucia, mity i duchowość miały być przesądem – tym, co nam tę „prawdę” o świecie przesłania.

Dzięki pracy postmodernistów, którzy dekonstruowali poszczególne opowieści i zestawiali je z innymi sposobami postrzegania świata, wiemy, że oświeceniowa narracja o świecie jest jedynie interpretacją rzeczywistości, a nie nią samą. Oświeceniowy mit postępu, jest, no właśnie – jedynie mitem, jednym spośród wielu mitów. Jego przyjęcie jest tak naprawdę kwestią wiary, a nie obiektywną koniecznością dziejową.

Jest to spojrzenie świeże i wyzwalające. Do dziś pamiętam moment, gdy pierwszy raz sobie z tego zdałem sprawę. Gdy byłem na studiach, gościnnie prowadził u nas wykłady pewien antropolog. W pewnym momencie zaczął opowiadać, że w oświeceniu zaczęto patrzeć na człowieka jak na maszynę. Przyrównywano płuca do miechów, serce do pompy, a jelita do plątaniny rurek.

Brzmiało to wówczas dla mnie jednocześnie znajomo, jak i absurdalnie. Byłem wychowany w świecie sterylnych, plastikowych schematów ludzkiego ciała i reklam leków, które, wpadając do półprzezroczystych rurek przewodu pokarmowego, w kilka sekund usuwają z niego stan zapalny. Traktowałem więc ten sposób myślenia jak coś normalnego.

Dopiero podczas tamtego wykładu zdałem sobie sprawę, że jest to coś wymyślonego kilkaset lat temu. Zrozumiałem, że ów mit jest w gruncie rzeczy czymś naiwnym i upraszczającym świat, bo człowiek nie jest po prostu „biologicznym robotem”, którego można sobie dowolnie modelować i programować.

Choć traktowanie człowieka jako maszyny pomaga medycynie, to człowiek nie ogranicza się do samego ciała. Jest istotą znacznie bardziej złożoną, o skomplikowanej psychice i wewnętrznej duchowości. Jego działaniami nie rządzą jedynie biologiczne popędy, ale wpływa na nie cały szereg doświadczeń, idei, wierzeń i wartości.

Nauka, która wcześniej rościła sobie prawa do wyjaśniania wszystkiego, w postmodernizmie zaczęła zajmować właściwe miejsce: ograniczać się do zjawisk fizycznych. W ten sposób sfera duchowości i niematerialnych idei mogła otworzyć się dla nas na nowo.

W postmodernizmie chrześcijaństwo wraca do gry

Nie ma co płakać po nowoczesności. Choć zawdzięczamy jej samoloty, energię atomową i aspirynę, to w kwestiach niezwiązanych z materialną sferą życia okazała się tragiczny w skutkach. Doprowadziła bowiem do zredukowania człowieka do prostych odruchów i potrzeb fizjologicznych, odebrania mu duchowości (a momentami także godności), podważenia jego tożsamości i miejsca w świecie.

Nowoczesność, która próbowała zawłaszczać wszystkie sfery życia, momentami stawała się przyczyną realizacji najgorszych koszmarów. Nie byłoby nazistowskich eksperymentów z obozów koncentracyjnych, gdyby nie przekonanie, że człowiek to tylko przedmiot, którym można się bawić, podpinając do niego rozmaite kable i wstrzykując w niego co popadnie.

Komunistyczne zbrodnie opierały się na założeniu, że ludzie nie mają duszy i są po prostu masą, którą można sterować, wykorzystywać do pracy lub do prowadzenia wojny.

Choć na liberalnym Zachodzie było nieco lepiej, to także tam nowoczesność dawała o sobie znać pod postacią „naukowego rasizmu”, eugeniki, kapitalistycznego utowarowienia ludzi i ich relacji czy kolonializmu, który był niewiele mniej zbrodniczy od wymienionych wcześniej systemów totalitarnych.

Ponowoczesność, rozprawiając się z grzechami nowoczesności, zdemaskowała jej mechanizmy i sprowadziła ją do parteru. Postmodernizm nie tylko obnażył fakt, że nowoczesność jest po prostu opowieścią o świecie, ale zrównał ją z innymi. Bo skoro wszystko jest jedynie opowieścią, to dlaczego jedna miałaby być prawdziwsza od drugiej?

W tym sensie postmodernizm, choć nie przyznał religii racji, to dał jej oddech i przywrócił szanse w konkurowaniu z innymi teoriami. Zabrał prym oświeceniowemu ateizmowi, tworząc miejsce dla tłumionej wcześniej duchowości, w tym chrześcijańskiej.

Podczas gdy ponowoczesność nie proponuje żadnej wielkiej narracji poza tą, że wszystko jest narracją, to nowoczesność była pod tym względem o wiele bardziej zaborcza. Wszystkie nowoczesne opowieści – od oświeceniowego liberalizmu, ateistycznego materializmu czy socjalizmu utopijnego – były potężnymi, wszechogarniającymi, całościowymi narracjami o świecie i ludziach, w których nie było miejsca dla Boga (dlatego był on programowo zwalczany).

Choć pierwsi postmoderniści byli ludźmi, dla których chrześcijaństwo było takim samym wrogiem jak nowoczesność (a może nawet większym), to dziś owi „pionierzy” już nie żyją, a świat, pod który położyli podwaliny, dopiero zaczyna się materializować.

Jak pisał Hegel: „Sowa Minerwy wylatuje o zmierzchu”. Właśnie dziś widzimy, jakie są długofalowe skutki przyjęcia postawy, że „wszystko jest jedynie narracją”.

Erozja oświeceniowego mitu postępu w pierwszej kolejności zaczęła sprzyjać ruchom zupełnie obcym chrześcijaństwu – takim jak New Age, religie wschodu, ezoteryka czy neopogaństwo. Wszystkie one finalnie burzyły jednak kawałek po kawałku ramy starego świata, który był chrześcijaństwu wrogi.

Skoro bowiem swoje miejsce w postmodernistycznym świecie mają ruchy wierzących w starożytnych bogów, to w zasadzie czemu katolicy mieliby wstydzić się swojej religii, która jest znacznie racjonalniejsza od politeizmu?

Jeśli spojrzy się na zarzuty, jakie stawia chrześcijaństwu współczesny świat, to widać, że są one coraz słabsze. Jeszcze 100 lat temu katolik musiał się mierzyć z oskarżeniami, że jest wrogiem społecznym, bo ogłupia „ciemne masy”, promuje „opium dla ludu”, jest wsteczny, „blokuje postęp”, wierzy w bajki itd.

Tego typu zarzuty, choć wciąż pojawiają się ze strony współczesnych ateistów, to są dziś przestarzałe i nieaktualne, gdyż pochodzą z poprzedniej epoki. Są powtarzane co najwyżej przez ostatnich epigonów krucjaty „nowego ateizmu”, z której niewiele już dziś pozostało.

Faktyczne, aktualne, „ponowoczesne” zarzuty wobec chrześcijaństwa są znacznie mniejszego kalibru. Sprowadzają się do oskarżania go o brak tolerancji dla odmienności i tendencje do narzucania swojej narracji innym.

Podczas gdy modernizm mówił chrześcijanom: „Jesteście kłamcami, nienawidzę was i chcę, żebyście zniknęli”, to ponowoczesność mówi im: „Nie obchodzi mnie, co robicie, tylko bądźcie mili i nie krzyczcie zbyt głośno”. Nie jest to stan idealny, ale według mnie jest to zdecydowanie lepszy punkt wyjścia do ewangelizacji niż miało to miejsce wcześniej.

Dogorywanie nowoczesności

Żeby rozwiać wszelkie wątpliwości: postmodernizm nie jest przyjacielem chrześcijaństwa. Nigdy nim nie był. Jednak świat, który stworzył, jest miejscem, gdzie chrześcijaństwo ma większe szanse na przebicie się. W pewnym sensie wracamy do punktu wyjścia. Do punktu zero.

Boisko jest wyrównane, a wszystkie ideologie, religie i światopoglądy mają, teoretycznie, równe szanse. W pewien sposób powróciliśmy do starożytności. Do świata konkurujących ze sobą pogańskich bogów.

Różnica jest jednak taka, że wtedy każdy z nich był równie „prawdziwy” – dziś zaś jest równie „nieprawdziwy”. Jednak jeżeli chrześcijaństwo poradziło sobie w starożytnym Rzymie, to czemu nie miałoby poradzić sobie i teraz?

Chrześcijaństwo ma więc szansę wrócić i to na własnych warunkach. Nie musi się racjonalizować, podporządkowywać oświeceniowej logice, tłumaczyć z wszystkiego, co robi, zastanawiać się, czy „wolno mu” wypowiedzieć się w danej kwestii czy też nie. Może spokojnie iść w stronę mistyki, rytualności, wspólnotowości, duchowości i symboliki, z których oświeceniowy dyskurs nieco je wyprał.

Pewnym znakiem tego nowego nurtu chrześcijaństwa jest działalność Jordana Petersona. Choć sam Peterson, jak prawie każdy konserwatywny prawicowiec, ostro krytykuje postmodernizm, to np. Slavoj Žižek uważa, że w rzeczywistości jest on postmodernistą – choć sam o tym nie wie.

Z tym, że jest to postmodernizm „nowego typu”, który wyciąga z tych samych przesłanek  wnioski inne niż jego twórcy. Przekonanie, że wszystko jest narracją, nie musi bowiem oznaczać, iż powinniśmy nie wierzyć w nic, lecz daje możliwość wyboru, w co wierzymy.

Kanadyjski psycholog stawia doznania duchowe i psychiczne ponad rzekomo obiektywny scjentyzm. Bez żenady głosi wiedzę duchową zawartą w dawnych mitach – w tym chrześcijańskich – uznając je za coś, co opisuje rzeczywistość równie prawdziwą, jak ta materialna.

Głosi jednocześnie, że nie wszystkie narracje są tak samo dobre. Są opowieści, które lepiej niż inne oddają prawdę o świecie i człowieku niż inne. Sukces i popularność Petersona pokazują, że jest to coś, czego zsekularyzowanemu, postoświeceniowemu światu brakowało.

W przeoranym przez postmodernizm świecie pojawia się miejsce na coś nowego. Być może jest to szansa dla chrześcijaństwa integralnego – obejmującego całość ludzkiej egzystencji, a nie tylko „wykrawającego” dla siebie malutki kawałek w zdominowanym przez nowoczesność świecie.

Taka wizja ma przyszłość, zwłaszcza jeśli nie będziemy postrzegać postmodernizmu jako nowej epoki, lecz jako ostatni etap nowoczesności, jej stopniowe „wypalanie się”. Z tego punktu widzenia epoka nowożytna, trwająca od końca XV wieku do końca wieku XVIII, stanowiła „wstęp” do właściwej nowoczesności, trwającej przez wiek XIX i pierwszą połowę XX wieku, aż po nowoczesność „schyłkową”, czyli właśnie postmodernizm.

W tym sensie ponowoczesność jest wycieńczoną nowoczesnością, która nie wierzy już nawet w samą siebie. Leży zniechęcona, pozbawiona sił i ochoty nie tylko do budowania czegoś nowego, ale nawet do walki z ruchami ideowymi, które krążą wokół niej, korzystając z tego, że gigant powalił sam siebie.

Kto skorzysta na tej słabości? Czas pokaże.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.