Jeśli Ruch Obrony Granic to patrioci, to niech wstąpią do WOT-u
Zdarza się czasem, że ktoś wpada na świetną ideę. Następnie tak bardzo się nią zachwyci, że chce ją aplikować wszędzie. W efekcie, szkodząc pierwotnemu pomysłowi, sprowadza go do parodii. Tak, moim zdaniem, było z materiałem YT Piotra Trudnowskiego na temat jego wizji współpracy państwa z tzw. Ruchem Obrony Granic (ROG).

Po co?
Wszystko zaczęło się od wpisu na platformie X, w którym Piotr Trudnowski brawurowo zrównał ruch kontroli granic z akcją pomocy ukraińskim uchodźcom w 2022 roku. Następnie, niezrażony krytyką, nagrał ww. materiał na YT. Odniósł się w nim do podnoszonego m.in. przeze mnie problemu z naruszaniem państwowego monopolu na przemoc.
Państwo 🇵🇱 powinno umieć blyskawicznie profesjonalizować i lekko wspierać obywatelskie zrywy takie jak pomoc uchodźcom z Ukrainy w 2022 czy ruch kontroli granicy w 2025.
W epoce czarnych łabędzi to wielki potencjał.
W narodzie staropolskich konfederatów – realna subsydiarność.
— Piotr Trudnowski (@pio_tru) July 8, 2025
Stwierdził, że w jego wizji zaangażowanie aktywu granicznego nie wiązałoby się z działaniem w tym obszarze. To z kolei powoduje powstanie innego pytania. Co ci ludzie mieliby w takim razie robić? Jeżeli nie będą mogli zatrzymywać, legitymować ani blokować nikomu przejścia (tym m.in. jest przemoc państwowa), to jaką wartość dodaną wniosą?
A trzeba pamiętać, że nie są oni siłą bezkosztową. Samo zaangażowanie ich w działania powoduje konieczność rejestracji, szkolenia, a następnie nadzoru, zadaniowania, kontroli i ewaluacji działań. To wszystko stanowi organizacyjne obciążenie. Jeżeli cała sprawa miałaby się sprowadzać do tego, że oni będą chodzić i robić zdjęcia, to jest to jakiś ponury żart.
To nie da służbom praktycznie nic, a wygeneruje całkowicie niepotrzebny wysiłek. W efekcie, zamiast monitorować granicę, część funkcjonariuszy zostanie oddelegowana do niańczenia domorosłych szeryfów i przeglądania masy zdjęć. Z półgodzinnego materiału Trudnowskiego nie dowiemy, co oni mieliby w zasadzie robić.
WOT?
W walce z napierającymi argumentami adwersarzy Piotr postanowił retorycznie strzelić sobie w kolano, porównując swój „sprytny” plan do WOT-u. „Ćwiczenie dla wszystkich oburzonych: przypomnijcie sobie, co mówiliście / pisaliście / myśleliście, gdy Macierewicz tworzył WOT, a co wiecie i myślicie (mam nadzieję) o nich dziś. I gdzie byśmy byli bez WOT w pandemii, na obu granicach, [podczas] powodzi, [kryzysu na] Odrze etc.”.
Cały problem w tym, że Wojska Obrony Terytorialnej stanowią realny sposób na włączenie zaangażowanych ludzi w system obrony państwa. W jego ramach członkowie organizacji pro-obronnych oraz inni chcący służyć państwu obywatele byli weryfikowani i poddawani selekcji. Następnie stopniowo szkoleni i włączani w aparat państwa.
Po wstępnym przysposobieniu składają przysięgę wojskową, stając się żołnierzami; funkcjonują w ramach struktur państwa w jednostkach, będąc podporządkowani zwierzchnikom. W ciągłym procesie doskonalą i rozszerzają również swoje umiejętności. Nie stanowią bezkształtnej masy, tylko zasób z prawdziwego zdarzenia.
Natomiast Piotr od samego początku postuluje fikcję. Bo jak inaczej nazwać to, co określa mianem szkolenia? W jednym miejscu mowa o 1,5-godzinnym instruktażu prawnym z zakresu obowiązków, a w drugim o kursie trwającym dzień lub jego połowę.
Co można zrealizować w takim czasie? Ledwo wystarczy na BHP i szkolenie stanowiskowe (zdarzenia losowe chodzą po ludziach i nikt nie zaryzykuje odpowiedzialności prawnej za wysłanie tych ludzi do wykonywania zadań bez uświadomienia im zakresu zagrożeń).
To, co Piotr szumnie nazywa szkoleniem, będzie niczym innym jak państwową pieczątką pod tą samą grupą amatorów. W ciągu dnia nie jesteśmy w stanie zweryfikować żadnych kompetencji ani nadać żadnych kwalifikacji.
Nawet tydzień to za mało. Ludzie, których zapał dalece wykracza poza kompetencje, nie mogą doprowadzić do niczego dobrego. W tym kontekście można jednak pochwalić to, że Trudnowski nie zakłada używania tych ludzi do realizowania państwowego przymusu. Ponieważ wtedy, poza niedorzecznością i szkodliwością, pomysł ten stałby się po prostu niebezpieczny.
Betonowe koło ratunkowe
To jednak nie jest wszystko, należy spojrzeć na szerszy kontekst. Piotr sam w swoim materiale powołuje się na artykuł z portalu Defence24 pt. „Wojsko na granicy to oznaka słabości państwa. «Przespano cztery lata»”w celu wykazania, że używanie WOT-u i regularnych oddziałów Wojska Polskiego na granicach upośledza ich zdolności. Problem w tym, że w dalszej części tekstu autor daje recepty idące w dokładnie przeciwnym kierunku niż Trudnowski.
Autor tekstu zakłada potrzebę „realnego wzmocnienia zdolności ochrony granicy przez służby do tego powołane. To nie tylko zwiększenie zasobów kadrowych MSWiA, ale i zmiana filozofii działania.
Pierwszą sprawą jest wyposażenie, ukompletowanie formacji MSWiA (a także Komponentu Obrony Pogranicza WOT, który powinien wspierać Straż Graniczną, jeśli jest taka potrzeba, zamiast jednostek zmechanizowanych czy pancernych) adekwatnie do przewidzianych do wykonania zadań wraz z nadaniem odpowiedniego zakresu uprawnień” oraz: „Należy dążyć do maksymalnego zwiększenia możliwości monitorowania i ochrony granic przy minimalnym zaangażowaniu potencjału ludzkiego” [pogrubienia pochodzą z oryginalnego tekstu].
Czyli większa profesjonalizacja oraz wsparcie technologiczne zamiast łatania coraz gorszymi erzacami; ostatnie czego potrzebują służby, to aktyw amatorów z aparatami.
Inną częścią zagadnienia jest trwający od lat kryzys służb porządkowych w Polsce. Temat wraca jak bumerang wraz z obiegającymi sieć filmikami z kolejnej „policyjnej strzelaniny pod Biedronką”.
Byli i obecni funkcjonariusze powtarzają te same zarzuty. Złe warunki służby, brak szkoleń, niewydolne dowodzenie i ogólna bylejakość w podejściu przełożonych.
W efekcie aktywni funkcjonariusze zainteresowani poszerzaniem swoich kompetencji i szczerze zaangażowani albo zostają wypchnięci ze struktury, albo zaciskają zęby powoli umierając w środku. Skutkiem są wakaty, obniżanie kryteriów naboru, a za tym spadek jakości i zaufania społecznego. W tym kontekście krytykowany przeze mnie pomysł jest podwójnie szkodliwy.
Po pierwsze, może przekonać decydentów, że nie trzeba inwestować zasobów finansowych i organizacyjnych w poprawę uposażeń, wyposażenia, szkoleń, warunków służby czy innych działań dążących do ustanawiania standardów. Przecież można to wszystko opędzić grupą darmowych wolontariuszy.
Po drugie, takie pomysły stanowią dalsze uderzenie w zaufanie do państwa i jego służb. Generuje to przekaz pt.: „Po co płacić podatki na tę Policję i Straż Graniczą, jak my ze świagrem to ogarniemy?”
Gdzie w tym wszystkim dobro wspólne?
Materiał Trudnowskiego uderza mnie w jeszcze jednym punkcie. Jako zadeklarowanego republikanina i zwolennika włączania obywateli do wspólnej aktywności na rzecz dobra wspólnego. Materiał Piotra de facto ośmiesza tę ideę.
A rzeczywiście w społeczeństwie tkwią ogromne pokłady niezagospodarowanego potencjału. Członkowie wielu inicjatyw, od ruchów miejskich, przez kluby sportowe, fankluby, koła gospodyń wiejskich po stowarzyszenia wszelkiej maści, stanowią rezerwuar lokalnie zaangażowanych obywateli.
Jak najbardziej państwo powinno dążyć do bycia w stałym kontakcie z tego typu inicjatywami i wykorzystywać je do wsparcia obrony cywilnej. Należy zadbać o stały kontakt z samorządem, sztabami kryzysowymi, komendami straży i policji.
O przekazywanie odpowiedzialności za schrony, lokalne magazyny czy włączanie w planowanie ewakuacji. To nie wszystko, lokalnie zaangażowani ludzie mają lepsze rozeznanie, jeżeli chodzi o istniejące miejscowo zasoby ludzkie i materiałowe.
Ten potencjał można wykorzystać na wiele różnych sposobów. Nawet wymyślanych doraźnie, jak chociażby oddolne szycie przez stowarzyszenia maseczek podczas covidu.
Jednak opieka nad tymi ludźmi nie powinna się ograniczać tylko do tego. Należałoby im zapewnić stałe i ustawiczne szkolenia z umiejętności miękkich, jak i twardych kwalifikacji do zarządzania i koordynowania ludźmi w sytuacjach kryzysowych.
Jednak środki należy dobierać do zadań. Efekt synergii i oszczędności zasobów państwo mogłoby wykorzystać tam, gdzie nie da się go zastąpić, czyli np. do obrony granic.
Katolicka nauka społeczna, uznając potrzebę jedności, rozumie, iż nie oznacza ona jednakowości. Ludzie różnią się miedzy sobą i te różnice należy wykorzystywać dla efektu synergii poprzez podział zadań. „Gdyby całe ciało było wzrokiem, gdzież byłby słuch? Lub gdyby całe było słuchem, gdzież byłoby powonienie?” (1 Kor 12, 17).
Tak samo zasada subsydiarności nie oznacza sprowadzania wszystkiego na sam dół. To nie jest anarchosyndykalizm.
Pomocniczość oznacza przekazywanie odpowiedzialności na najniższy z poziomów, na którym da się jej podołać dobrze. Nikt przecież nie postuluje budowania autostrad przez gminy. Trzeba umieć roztropnie rozeznawać, gdzie i jak można wykorzystać różniące nas kompetencje.
***
Nie dajmy się wpuścić w n-tą wojenkę tożsamościową. Obecna władza będzie szczuć na tzw. ROG, bo ma interes w odwracaniu uwagi od swojej nieudolności. Prawica z kolei będzie go bronić w ramach plemiennych korzyści. Tylko dla Polski nic dobrego z tego nie wynika.
Nie widzę potrzeby, dla której państwo miałoby się pochylić akurat nad tą grupą. Jeżeli są to zatroskani losem ojczyzny obywatele, to niech się zaangażują w obronę cywilną, lokalne organizacje, OSP czy wstąpią do WOT-u. To będzie realna weryfikacja ich intencji.
Na granicy nie są potrzebni, a dawanie im kamizelek czy pamiątkowych długopisów, w zamian za dobre chęci, naszego bezpieczeństwa nie zwiększy. Czasem powstrzymanie się od działania jest lepsze niż robienie czegokolwiek.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.