Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Zaufanie do państwa szoruje po dnie. Czas na „obywatelskie 500+”!

Zaufanie do państwa szoruje po dnie. Czas na „obywatelskie 500+”! źródło: wikimedia commons; Public domain

Świadczenie 500+, choć nie osiągnęło deklarowanego celu poprawy demografii, wywarło pozytywny wpływ na relacje społeczne w Polsce. Przyczyniło się do zwiększenia podmiotowości obywateli, poprawy poziomu życia, zmniejszenia ubóstwa, wzrostu egalitaryzmu i mobilności społecznej. Dziś nawet jego dawni przeciwnicy nie myślą o wycofaniu tego programu. Potrzeba jednak kroku naprzód, by upodmiotowić inne grupy niż jedynie rodziny z dziećmi. Trzeba pokazać, że polskie państwo ma także wobec nich dobre intencje.

Długie korzenie nieufności

Od dekad jednym z głównych wyzwań cywilizacyjnych dla państwa polskiego jest brak społecznego zaufania do instytucji publicznych. Ciężko się temu dziwić, biorąc pod uwagę nasze doświadczenia historyczne: brak silnych instytucji w I RP, rządy zaborców, sanacyjną dyktaturę czy niemiecką i sowiecką okupację.

Także PRL, choć próbował rozbudować sektor publiczny, wciąż pozostawał skorumpowaną, moskiewską ekspozyturą. Pewne nadzieje na budowę społeczeństwa obywatelskiego wiązały się z powstaniem „Solidarności”, którą jednak najpierw przetrąciła Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego, a potem dobiła transformacja, stanowiąca w oczach wielu Polaków radykalne odejście od solidarnościowych obietnic i „sprzedanie” kwestii robotniczej.

Poczucie zdrady było tak silne, że znacznie nadwątliło i tak już niewielkie zaufanie do państwa. W efekcie, w III RP wychowało się całe pokolenie ludzi, których postawę można podsumować zdaniem: „Nic nie chcę od państwa, ale też nic mu nie dam”.

Są to osoby, które dystansują się od państwa jak tylko mogą. Pozostają zatem bardziej rezydentami niż obywatelami.

Wbrew temu, co sądzą elity, nie są to ludzie głupi, niemoralni, leniwi czy zaczadzeni ideologią. Choć mogą mieć zaburzone postrzeganie dobra wspólnego, podsycane uprzedzeniami i nieprzyjemnościami doznanymi w kontaktach z instytucjami, to trudno odmówić temu racjonalnych podstaw.

Jeśli ktoś bowiem miał do czynienia z urzędnikiem, który nie potrafił załatwić danej sprawy, bo dostał stanowisko „po znajomości”, lub studiował na uczelni, która dbała przede wszystkim o swoją kadrę profesorską, a studentów traktowała jako zło konieczne, to w jego głowie pojawia się uzasadnione pytanie: „Czemu mam dbać o takie państwo? Płacić na nie podatki i je bronić?”.

Oczywistym sposobem na odbudowę zaufania do państwa jest to, co proponuje od lat lewica – i nie tylko – czyli poprawa jakości usług publicznych. Jest to recepta równie prosta, co trudna do zrealizowania.

Choć bowiem wydajność instytucji publicznych jest lepsza niż jeszcze 30 lat temu, to wciąż wiele pozostało do zrobienia. Reforma tych skomplikowanych systemów może zająć dekady, a wyzwania dla spójności państwa polskiego dosięgają nas już teraz.

Sama naprawa usług publicznych bywa nieraz nawet trudniejsza niż ich stworzenie od zera, gdyż oprócz wyzwań związanych z opracowaniem efektywnego systemu, dodatkową przeszkodą są utrwalone struktury tychże instytucji i powiązane z nimi sieci interesów.

Całe rzesze ludzi, czerpiących korzyści z ich dysfunkcyjności, będą bronić status quo. Na przykład brak przejrzystości pewnych procedur biurokratycznych, które teoretycznie powinny irytować urzędników, może działać na ich korzyść, bo pozwala na defraudację publicznych środków.

Rewolucyjne 500+

Być może to właśnie urzędniczy „opór materii” był przyczyną, dla której zdecydowano się wprowadzić akurat taki program jak 500+, który stał się swoistą próbą obejścia tego problemu. Jeśli bowiem instytucje nie są w stanie wykonać pewnych usług na rzecz społeczeństwa, to można obywatelom po prostu dać gotówkę do ręki, aby sami załatali systemowe luki.

Owo świadczenie, choć nie osiągnęło deklarowanego celu poprawy demografii, wywarło pozytywny wpływ na relacje społeczne w Polsce. Przyczyniło się do zwiększenia podmiotowości obywateli, poprawy poziomu życia, zmniejszenia ubóstwa, wzrostu egalitaryzmu i mobilności społecznej. Dziś nawet jego dawni przeciwnicy nie myślą o wycofaniu tego programu.

Moment wprowadzenia 500+ okazał się tym, w którym spora część Polaków naprawdę poczuła, bardzo konkretnie, w swoich portfelach, że państwo polskie coś im daje i może nie jest takie złe, jak dotąd sądzili.

Początkowo nie docenialiśmy, jak głębokie zmiany społeczne uruchomił ten program. Z perspektywy historycznej będzie on uważany za największe osiągnięcie tamtych rządów.

Bowiem kolejne próby pozostałych reform ze strony Prawa i Sprawiedliwości natrafiły na wspomniany wyżej problem – potężną inercję państwowych instytucji, której nie udało się przełamać, co ostatecznie spowolniło lub całkowicie zatrzymało zmiany.

Pomimo sukcesu programu 500+, jego słabością było to, że skierowano go wyłącznie do par z dziećmi. Wykluczał więc ludzi młodych, którzy nie założyli jeszcze rodziny, bezdzietne małżeństwa oraz osoby samotne – czyli tych najbardziej rozczarowanych i wściekłych na państwo.

Możliwe więc, że kolejnym krokiem powinno być uruchomienie podobnych transferów pieniężnych właśnie dla tych grup. Po to, aby je upodmiotowić oraz przekonać, że państwo jest sprawcze i ma także wobec nich dobre intencje. To ostatnie jest szczególnie istotne, jeśli chcemy przełamać utrwalone stereotypy na temat instytucji publicznych.

Teoretycznie państwo polskie mogłoby po prostu wypłacać comiesięczne przelewy na konta obywateli, jednak w takiej sytuacji stałoby się to po prostu kolejnym świadczeniem, które z czasem traktuje się jak powietrze. Uważane za prawo podstawowe i nie wywołujące refleksji nad przyczynami jego wprowadzenia mogłoby zatracić swoją funkcję.

Co więcej, mogłoby ono dostać piętno pomocy socjalnej skierowanej do „biednych”, a retoryka kojarząca się z upokorzeniem i zależnością nie zachęcałaby ludzi do większej aktywności społecznej. Wpychałoby ich to w rolę roszczeniowej ofiary, a nie sprawczego obywatela.

Można tego uniknąć, łącząc powiązanie tego transferu z pewną aktywnością, która jest społecznie oczekiwana i pozytywnie się kojarzy (jak posiadanie dzieci w przypadku 500+).

Obywatel+

Ze względu na napiętą sytuację międzynarodową, proponowałbym szkolenia z przysposobienia obronnego, obrony cywilnej czy nawet podstawowe ćwiczenia wojskowe. Wówczas już sam fakt istnienia takiego programu – i idących za nim proobronnych działań – mógłby działać odstraszająco na potencjalnego wroga.

Armia zawodowa jest tylko końcowym elementem całego systemu obrony. Może skutecznie działać tylko wtedy, gdy stoi za nią państwo – świadome, zorganizowane i gotowe do walki. W obliczu nierówności społecznych i poczucia niesprawiedliwości ze strony państwa, chęć walki w jego obronie, może wyparować szybciej niż byśmy chcieli.

W tym miejscu przytoczę popularny mem, przedstawiający plan tak zwanej mikrokawalerki o powierzchni 9m2, z ironicznym podpisem „Gdy wybuchnie wojna, pamiętaj za co walczysz”. Wydaje się dość trafnie oddawać frustracje młodego pokolenia.

Część patriotycznej młodzieży żadnej motywacji do obrony kraju nie potrzebuje jednak, jeśli chodzi o szerokie masy „normalsów”, to muszą oni już mieć jakiś materialny powód do tego, aby stanąć w obronie tego, a nie innego systemu politycznego.

Dlatego też w tym programie, nie tyle chodziłoby o stworzenie gotowej do walki armii rezerwistów, lecz przede wszystkim o transfer środków pieniężnych, które upaństwowią i zarazem zdemokratyzują szerokie grupy społeczne.

Zniwelują nierówności majątkowe, które od środka rozwaliły już niejedno państwo. Finalnie przyczynią się też do podniesienia kapitału społecznego, na którym tak bardzo zależy nowoczesnym państwom.

Byłby to projekt nieobowiązkowy, skierowany w pierwszej kolejności do osób od 18-30 roku życia, czyli grupy dotkniętej obecnie największym poziomem zindywidualizowania, będącej jednak wciąż w okresie, w którym konkretyzują się dojrzałe postawy i poglądy człowieka.

Oczywiście, żeby nie skończyło się na tym, że program wzmocni wyłącznie młodych i sprawnych mężczyzn, musi być tak skrojony, aby przyciągnąć możliwie jak najszersze grono – także kobiety a w dalszej perspektywie mógłby być poszerzony na starsze roczniki.

Jego dobrowolność sprawiałaby, że dany obywatel nie miałby poczucia, że „państwo znowu coś od niego chce”, lecz wręcz przeciwnie – dobrowolnie deklaruje on swoją służbę, w zamian za konkretne uposażenie.

Uczestnictwo w programie miałoby charakter służby obywatelskiej. Środki wypłacane w ramach tego programu musiałyby być na tyle niskie, aby dana osoba wciąż musiała podejmować jakąś pracę zarobkową, a jednocześnie na tyle duże, by stały się odczuwalne jako istotne wspomaganie codziennego życia.

Analogicznie – wymagane od obywatela aktywności powinny być na tyle mało absorbujące czasowo, aby nie dezorganizowały jego osobistych planów, a jednocześnie na tyle angażujące, aby stanowiły istotną część jego życia.

W zależności od możliwości instytucjonalnych uczestnictwo w programie, wymagałoby okresowych aktywności (np. raz na kwartał), organizowanych przez rozmaite służby, urzędy, NGO-sy, WOT, ośrodki pomocy społecznej czy organizacje lokalne.

Instytucje z odpowiednim, państwowym certyfikatem mogłyby wydawać zaświadczenia o wypełnieniu zobowiązań i możliwości dalszego brania udziału w programie (czyli pobieraniu wypłat). Szeroki wachlarz instytucji sprawiłby, że każdy znalazłby coś dla siebie, co jednocześnie miałoby znamiona działalności na rzecz dobra wspólnego.

Kluczowe byłoby jednak, że dana osoba, będąc w programie, deklaruje swoją gotowość do stawiania się na awaryjne zbiórki, które mogłyby być zwoływane w przypadku klęsk żywiołowych, katastrof czy w ostateczności ataków o charakterze wojennym.

Państwo posiadałoby bazę ludzi objętych programem, znając ich możliwości oraz potencjał, i w razie potrzeby mogłoby wezwać kogoś z dronem do patrolowania obszaru lub z furgonetką do przewozu zapasów.

W pewnym sensie płacilibyśmy więc ludziom za samą gotowość do aktywności w razie potrzeby, podobnie jak płaci się zawodowym strażakom za sam fakt, że siedzą w remizie, nawet jeżeli żadnego pożaru w danym momencie nie ma.

Każdy zyska

Ponieważ zyski dla obywatela byłyby tu nieproporcjonalnie duże w stosunku do włożonego wysiłku, świadczenie to stanowiłoby rodzaj „płacenia za bycie dobrym obywatelem” – za przynależność do narodowej wspólnoty i aktywność na jej rzecz. Budowałoby też poczucie zobowiązania wobec państwa.

W zależności od atrakcyjności finansowej wynagrodzenia, program podnosiłby wartość obywatelstwa polskiego. Zachęcały zatem imigrantów do nauki języka polskiego, integracji i nabywania praw obywatelskich. Może to być również szansa na powrót dla części emigrantów, gdyż program wymagałby stałego zamieszkania na terenie Polski.

O ile aktywności na rzecz państwa miałyby charakter symboliczny, to transfery pieniężne byłyby sposobem na aktywizację całych rzesz młodych osób, także wykluczonych. Osoby pracujące na niskopłatnych etatach mogłyby kilka razy w roku wziąć urlop i skorzystać z programu.

Pracodawcy zapewne nie mieliby nic przeciwko, gdyż w ten sposób dzieliliby się z państwem kosztami utrzymania pracownika. Co więcej – nawet drobni przedsiębiorcy (jednoosobowe działalności gospodarcze) mogliby z takiego systemu skorzystać, biorąc udział w szkoleniach w tych okresach, gdy mają mniej klientów.

Większa stabilność finansowa dawałaby im poczucie bezpieczeństwa, zachęcając ich do podejmowania bardziej ryzykownych, ale też potencjalnie bardziej opłacalnych przedsięwzięć.

Studenci, uczestnicząc w kursach wakacyjnych, mogliby zdobywać dodatkowe środki na opłacenie czynszu albo codziennych potrzeb – co podniosłoby jakość ich edukacji i stanowiło mniejsze zobowiązanie, niż praca zarobkowa.

Także dla osób bezrobotnych byłaby to szansa, aby wyjść na prostą dzięki regularnym środkom finansowym, pozwalającym im „odbić się od dna” – być może również dzięki kontaktom zdobytym w trakcie szkoleń.

Z pewnością byłaby to lepsza alternatywa niż zasiłki, które nie dość, że w Polsce są minimalne, to są kontrproduktywne z psychologicznego punktu widzenia. Obłożone są one bowiem anatemą „osoby, która sobie nie radzi”. Beneficjenci zostają napiętnowani, zaczynają się utożsamiać ze swoim stanem i tracą wiarę, że mogą go kiedykolwiek zmienić.

Powszechność programu, przyczyniłaby się do łagodzenia napięć politycznych w państwie. Wysyłając równe środki zarówno do wielkich miast, jak i na prowincję, do bogatych i biednych, do kobiet i mężczyzn, do ludzi wykształconych i niewyedukowanych – niwelowałoby różnice majątkowe między nimi. A pewnego rodzaju równowaga w tym zakresie jest konieczna do funkcjonowania zdrowej demokracji.

Więź z państwem? To możliwe!

Oprócz korzyści ekonomicznych, byłby to program przede wszystkim nastawiony na aspekt społeczny – budowanie szerokiej świadomości, że warto być związanym z państwem polskim, bo przynosi to wymierne korzyści.

Wspólne działania i otrzymywane środki budowałyby spójność narodu. Zminimalizowalibyśmy ewentualność agresji z zewnątrz – wróg nie mógłby bowiem zakładać, że Polacy łatwo zdezerterują czy uciekną, jeśli będą mieli świadomość, że ich dobrobyt i godne życie zależą od państwa.

Wspólne działania społeczne mogłyby stać się przestrzenią spotkań ludzi z różnych środowisk. Budować wspólną tożsamość, przełamywać stereotypy, tworzyć poczucie ogólnonarodowej wspólnoty.

Nawet jeśli część tych środków trafiłaby do zamożniejszych, to byłaby to zdecydowana mniejszość. W skali masowej program służyłby wyrównywaniu różnic majątkowych i wspieraniu lokalnych gospodarek.

Ze względu na koszty, charakter i skalę takiego programu, zapewne pojawią się głosy, że pieniądze będą przepijane, wydawane na używki czy w inny sposób marnotrawione. Podobne zarzuty pojawiały się również wobec programu 500+, a jak wiemy – okazały się w dużej mierze przesadzone. Pieniądze z tego świadczenia często inwestowano w rozwój dzieci, edukację czy wypoczynek.

Zdaję sobie sprawę, że taki program spotkałby się z jeszcze większym oporem niż 500+. Pojawiłyby się ostrzeżenia przed „faszyzacją” kraju, rządowymi bojówkami czy próbami budowania lojalności wobec władzy.

Sam kiedyś podzielałem te obawy, dostrzegając w tego rodzaju rozwiązaniach potencjalne zagrożenie dla demokracji. Bałem się, że rządzący mogliby „kupić” obywateli i uczynić ich zależnymi od siebie.

Ale dziś, wobec rosnących nierówności i spadającego znaczenia pracy względem kapitału, większe zagrożenie dla demokracji widzę w dominacji wielkiego biznesu oraz pauperyzacji społecznej. Być może właśnie taki program – ogólnodostępny, powszechny i dobrowolny – mógłby ratować demokrację, wzmacniając masy względem elit, zwiększając ich sprawczość i niezależność.

Byłby to także sprawiedliwszy rodzaj redystrybucji niż ten dominujący obecnie na Zachodzie – czyli konkretne, celowe programy skierowane do wybranych grup, zawodów czy środowisk.

Tworzą one bowiem zależności klientelistyczne, i to nie względem państwa, ale w stosunku do określonych polityków, którzy uruchamiają lub zamykają dany program dotacyjny. Uzależniają się od nich nie tylko poszczególne grupy obywateli, ale także całe firmy, branże czy ośrodki medialne.

Uczciwiej byłoby więc przenieść te środki do prostego i otwartego systemu, do którego każdy może się zgłosić. Nie tylko byłoby to sprawiedliwsze, ale wręcz odpowiadałoby liberalnemu zwrotowi w polskim społeczeństwie. Zamiast bowiem prosić instytucje o pomoc i być na łasce urzędników, państwo po prostu daje obywatelowi gotówkę do ręki, a co z nią zrobi, to już jego sprawa.

Jeśli chodzi o koszty tego typu przedsięwzięcia, to oczywiście będą one sporym obciążeniem dla państwa. Jednak pytanie, czy faktycznie nas na to nie stać. W debacie pojawiają się na przykład propozycje takie jak zwiększenie kwoty wolnej od podatku, co mogłoby kosztować budżet państwa ponad 50 miliardów złotych rocznie.

Efektem takiego rozwiązania byłaby jednak jedynie realizacja antypaństwowego odruchu: „żeby państwo zostawiło mnie w spokoju”. Zamiast budować zaufanie do instytucji państwowych, jeszcze bardziej byśmy je erodowali, a dystans między obywatelem a państwem polskim by się poszerzał.

Tymczasem, gdybyśmy zamiast tego chcieli objąć wszystkich młodych Polaków w wieku 18-30 lat „obywatelskim 500+” (a zapewne nie będą to wszyscy), to byłby to roczny koszt dla budżetu w wysokości zbliżonej do wspomnianego zwiększenia kwoty wolnej.

Różnicą byłaby jednak odwrotny efekt – przełamanie antypaństwowego stereotypu i indywidualistycznych postaw. Nieosłabienie państwa, a jego wzmocnienie.

Nie jestem ekonomistą – ani nie wiem, czy Polskę stać na taki program, ani jak konkretnie miałby być finansowany. Nie jestem też politykiem, więc nie wiem, która partia mogłaby go wprowadzić ani czy znalazłoby się dla niego poparcie.

Ale jako publicysta i obywatel-państwowiec czuję się zobowiązany do przedstawiania takich propozycji. Bo nawet jeśli nigdy nie zostaną zrealizowane, mogą dawać do myślenia, pobudzać wyobraźnię i stać się inspiracją dla innych inicjatyw w przyszłości.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.