Nadchodzi era familiaryzmu. Czy powstanie polski Fidesz?
Familiaryzm nie kończy się na deklaracjach, ale objawia się w codziennych strategiach przetrwania. W jego centrum znajduje się przekonanie, że jako jednostka muszę ochronić siebie i „swoich”, bo nikt inny tego za mnie nie zrobi. Instytucje wspólnoty, mechanizmy solidarności, wszystkie te struktury są w odwrocie, bo nie oferują natychmiastowego rozwiązania problemu, nie dają poczucia kontroli i nie mieszczą się w skali mikro. Nie mylmy jednak tego z dobrze pojętą rodzinnością, która zawiera się w promowanym przez Klub Jagielloński chadeckim populizmie.
Spotkałem się ostatnio z kolegą, z którym nie widziałem się od bardzo dawna. Gdy rozmowa zeszła na temat dzieci (ma kilkuletniego syna), dowiedziałem się, że korzysta z eksperymentalnego niepublicznego przedszkola.
Zdziwiło mnie to, bo wcześniej pracował jako pedagog w jednej z publicznych szkół. Ostatecznie z tej pracy zrezygnował i wybrał ścieżkę kariery w sektorze prywatnym. Doszedł do wniosku, że państwowy system edukacji to nie jest miejsce ani dla niego, ani dla jego syna.
Rozmowa momentami stawała się napięta. Próbowałem go przekonać, że właśnie przez to, iż sektor publiczny traci takich pedagogów, nakręca się spirala negatywnych procesów – odpływ kadr, odpływ zaangażowanych rodziców, a w konsekwencji także zdolnych dzieci. Zgodził się ze mną, po czym powiedział: „Stary, ale to jest przyszłość mojego dziecka. Dla niego zrobię wszystko”.
Wszyscy Polacy to jedna rodzina
Według badania CBOS z 2019 roku Polacy ze wszystkich wartości najwyżej cenią szczęście rodzinne. Wskazuje je aż 4 na 5 respondentów, wyraźnie dystansując takie kategorie jak zdrowie, uczciwość, praca zawodowa, religijność czy uczestnictwo w życiu publicznym.
Dobrobyt, sława i sukces, mimo silnej obecności w mediach społecznościowych, nie mają odzwierciedlenia w deklaracjach wartości; wskazuje je odpowiednio 9 i 3 proc. respondentów.
Nowsze dane z ubiegłego roku ten obraz potwierdzają: według raportu CBOS o więziach społecznych najchętniej spędzamy czas z rodziną; aż 60 proc. Polaków deklaruje zadowolenie z życia rodzinnego.
To tłumaczy postawę mojego kolegi. Jego wybory edukacyjne i wychowawcze są logiczne w świetle dominującej orientacji, w myśl której rodzina jest najwyższą wartością.
Jednak to nie tylko deklaratywność, ale również konkretne decyzje. Ponad 38 proc. dzieci uczęszcza do przedszkoli niepublicznych, a w miastach odsetek ten przekracza 50 proc. Z kolei według raportu z 2023 roku aż 64 proc. uczniów szkół średnich korzysta z prywatnych korepetycji co najmniej raz w tygodniu, co stanowi dwukrotny wzrost w porównaniu do 2010 roku.
Ta logika z pewnością utrudnia długoterminową naprawę polityk publicznych. Jeśli droga jest dziurawa, nie będę walczyć o jej remont, tylko kupię SUV-a. Jeśli osiedle wydaje się niebezpieczne, nie wezwę radnych, tylko kupię mieszkanie na strzeżonym terenie, najlepiej z ochroniarzem w budce.
Familiaryzm w praktyce nie kończy się więc na wartościach, ale objawia się w codziennych strategiach przetrwania. W jego centrum znajduje się przekonanie, które każe sądzić, że jako jednostka muszę ochronić siebie i „swoich”, bo nikt inny tego za mnie nie zrobi.
Instytucje , wspólnoty, mechanizmy solidarności, wszystkie te struktury są w odwrocie, bo nie oferują natychmiastowego rozwiązania problemu, nie dają poczucia kontroli i nie mieszczą się w skali mikro.
Również relacja z państwem staje się coraz bardziej transakcyjna. Nie ma sensu niczego od niego oczekiwać, trzeba samemu sobie to zorganizować.
Dlatego popularność zyskują hasła o państwie minimum, ale nie wywodzące się z doktryny liberalnej, tylko jako rezultat doświadczenia niedziałających instytucji. Nie jesteśmy społeczeństwem o silnym kapitale obywatelskim, ale też nie kopiujemy radykalnego indywidualizmu znanego z USA.
Polskie wartości jednostkowe są osadzone w kontekście mikrowspólnoty, czyli rodziny. Psycholog społeczny Geert Hofstede określa to jako „individualistic orientation with strong family loyalty”, czyli granie na siebie, ale zawsze razem z najbliższymi.
W grupie osób w wieku 16–25 lat aż 60 proc. wskazuje małżeństwo z dziećmi jako najwłaściwszy model życia, a tylko 13 proc. preferuje życie singla. Wśród kobiet w wieku 18–45 lat 58 proc. bezdzietnych planuje pierwsze dziecko w ciągu najbliższych lat, a 33 proc. matek z jednym dzieckiem planuje kolejne.
Również w badaniach młodzieży wartości rodzinne znajdują się na szczycie hierarchii, wyprzedzając sukces zawodowy i niezależność materialną. Te dane pokazują, że młode kobiety nie odrzucają rodziny, lecz redefiniują jej rolę, godząc samorealizację z lojalnością wobec najbliższych.
Styl wypowiedzi i forma ekspresji nie muszą oznaczać zerwania z rodziną jako wartością. To nadal życie rodzinne, tylko na nowych warunkach.
Dlatego obraz młodych kobiet jako radykalnych indywidualistek, który próbuje się budować w mediach społecznościowych wśród środowiska inceli, to często chochoł albo świadome działania dywersyjne naszych wschodnich sąsiadów, o czym pisałem już w 2022 roku na łamach „Rzeczpospolitej”.
Dom i zwolnienie z podatku – jak na Węgrzech!
Ten stan rzeczy rodzi bardzo poważne konsekwencje polityczne. Otwiera bowiem możliwość zmiany paradygmatu sporu w Polsce, który dzisiaj jest zbudowany wokół osi: góra (elita, zwycięzcy transformacji, mieszkańcy metropolii) vs. dół (klasa post-robotnicza, przegrani transformacji, mieszkańcy mniejszych ośrodków i wsi).
Nowy spór może wyglądać zupełnie inaczej. Po jednej stronie rodzina jako nowy podmiot polityki: podatkowej, tożsamościowej, infrastrukturalnej, a po drugiej stronie oponent bardziej wyobrażony niż realny: przeciwnicy rodziny.
Wyobrażony, bo przecież jak pokazują dane, rodzina jest jedną z nielicznych wartości, które łączą, a nie dzielą. Nie szkodzi! W końcu dobry spin PR-owy może być kłamstwem zawierającym ziarno prawdy, co tylko go uwiarygadnia.
W każdej kampanii słowo „rodzina” jest odmieniania przez wszystkie przypadki. Mimo tego, że w ostatnich wyborach odbyło się wiele debat, trudno było wyborcom wskazać wyraziste postulaty.
Komentatorzy niemal zupełnie pominęli program Karola Nawrockiego, który przypomina program… węgierskiego Fideszu. To liberalizm gospodarczy, ale tylko dla rodzin. To program, w którym nie mówi się już o klasie średniej czy narodzie, tylko o rodzinie jako beneficjencie i fundamencie państwa.
W programie kandydata Prawa i Sprawiedliwości czytamy: „Niższe i prorodzinne podatki. 0% PIT dla rodzin z dwójką i więcej dzieci, II próg podatkowy 140 tysięcy złotych, likwidacja podatku Belki”. To podejście wyraźnie koresponduje z polityką Viktora Orbána.
Węgry bowiem od lat prowadzą jedną z najbardziej rozbudowanych polityk prorodzinnych w Europie Środkowej, stanowiąc punkt odniesienia dla podobnych rozwiązań w innych krajach. Od października 2024 roku matki wychowujące co najmniej troje dzieci są dożywotnio zwolnione z podatku dochodowego.
Rząd zapowiedział rozszerzenie tego przywileju – od obecnego roku ma on objąć matki z dwójką dzieci, a od 2026 także z jednym dzieckiem poniżej 30. roku życia. Dzięki temu dochód rodzin wielodzietnych wzrośnie nawet o 18,9 proc. rocznie.
To rozwiązanie, wdrożone wcześniej przez rząd Orbána, stało się inspiracją dla polskiej propozycji – 0% PIT dla rodzin z dwójką i więcej dzieci, promowanej przez Karola Nawrockiego.
Na Węgrzech od 2024 roku funkcjonuje nowa odsłona programu wsparcia rodzin w zakupie mieszkań – CSOK Plusz. W ramach tego programu rodziny mogą ubiegać się o preferencyjne kredyty mieszkaniowe, których wysokość zależy od liczby dzieci:
- 15 milionów forintów (ok. 162 000 zł) dla rodzin z jednym dzieckiem,
- 30 milionów forintów (ok. 324 000 zł) dla rodzin z dwójką dzieci,
- aż 50 milionów forintów (ok. 540 000 zł) dla rodzin z trójką i więcej dzieci.
Dodatkowo, w zależności od liczby dzieci i rodzaju nieruchomości (pierwotny czy wtórny rynek), rodziny mogą otrzymać bezzwrotne wsparcie finansowe:
- dla rodzin z trójką dzieci: 10–15 milionów forintów (ok. 108 000–162 000 zł),
- dla rodzin z dwójką dzieci: 2,6–4 miliony forintów (ok. 28 000–43 000 zł),
- dla rodzin z jednym dzieckiem: 600 000–1 milion forintów (ok. 6 500–10 800 zł).
Rodziny budujące dom mogą również skorzystać ze zwrotu VAT (do 5 milionów forintów, czyli ok. 54 000 zł) oraz obniżonej, 5-procentowej stawki VAT na materiały budowlane. Na obszarach wiejskich obowiązuje dodatkowy program – tzw. „Falusi CSOK” – z jeszcze wyższymi dopłatami dla rodzin mieszkających w miejscowościach poniżej 5 tys. mieszkańców.
System uzupełniają ulgi podatkowe, które rosną wraz z liczbą dzieci – w przypadku trójki dzieci rodzina może liczyć na miesięczne ulgi w wysokości nawet 220 000 forintów (ok. 2 400 zł), a także całkowite zwolnienie z podatku PIT dla matek, o których pisałem wcześniej.
Przysługuje im również prawo do pełnych świadczeń macierzyńskich już po 3 miesiącach zatrudnienia, elastyczne warunki powrotu do pracy oraz dodatkowe dni urlopu w przypadku rodzin wielodzietnych.
Choć część tych rozwiązań wydaje się oderwana od klasycznego rozumienia polityki rodzinnej, np. dotacje remontowe dla wiejskich emerytów, wszystkie wpisują się w szerszą strategię wzmacniania lokalnych, tradycyjnych wspólnot, w których rodzina pełni funkcję nie tylko społeczną, ale i strukturalną.
W obu przypadkach mamy do czynienia z konserwatywnym zwrotem: rodzina ma być nie tylko fundamentem moralnym, ale i centralnym podmiotem polityki gospodarczej. Tak jak Fidesz przekształcił węgierski system w hybrydę etatystycznego kapitalizmu i selektywnego liberalizmu, tak program prezydenta-elekta odchodzi od uniwersalnych zasad wolnego rynku na rzecz redystrybucji uzależnionej od modelu życia.
Zresztą to nie nowość w polityce. 800+, a wcześniej 500+, było zdecydowanie największym sukcesem w budowaniu poczucia namacalności istnienia państwa w naszej codzienności. Nie określając kryterium dochodowego, sprytnie udało się tylko wówczas uniknąć przeświadczenia, że jest to program dla biednych.
Dzisiaj idziemy krok dalej. Skoro wolnorynkowa Konfederacja uzyskuje po kilkanaście procent, a Polacy nie są w stanie po pandemii (pewnie racjonalnie) uwierzyć w prawdziwą politykę publiczną, to postawmy na redystrybucję – myślą politycy niemal wszystkich opcji.
To nie tyle klasyczna polityka prorodzinna, ile próba stworzenia nowej lojalności społecznej, gdzie dostęp do ulg i benefitów ma nagradzać określony styl życia.
Rodzina pod ostrzałem
Grunt pod ten zwrot jest już przygotowany zarówno na poziomie społecznym, jak i politycznym. Społecznie rodzina nie tylko pozostaje najwyżej cenioną wartością, ale coraz częściej staje się osią symbolicznego konfliktu, wokół której budowane są przeciwstawne narracje.
Zarówno prawica, jak i liberałowie wykorzystują tę samą figurę, tylko ustawiają ją w odwrócony względem siebie sposób. Po jednej stronie znajduje się „rodzina”. Zakorzeniona, lojalna i na poziomie deklaratywnym samowystarczalna, odpowiadająca wyobrażeniu suflowanemu przez Mentzena: dom, grill, trawa, dwa samochody i wakacje.
Po drugiej stoi zaś „zagrożenie”. Dla prawicy są nim migranci, postulaty środowisk LGBT+ i liberalna emancypacja. Dla części kręgów liberalno-lewicowych przeciwnikiem staje się konserwatyzm, religijność i stereotypowa matka wielodzietna, kojarzona z państwową pomocą i „ciemnogrodem”.
Rodzina staje się więc nie tylko tematem, lecz także narzędziem politycznego wykluczenia; czymś, co René Girard nazwałby kozłem ofiarnym. Obie strony sporu projektują na nią własne lęki i fantazje o opresji. Jedni mówią, że są wypychani przez zachodni libertynizm i permisywizm, drudzy – że duszą ich konserwatywne normy i przeszkadzają polskie „madki”.
W optyce czysto partyjnej widać dość czytelny scenariusz. Podejście do rodziny może w nadchodzących latach stać się fundamentem nowej koalicji, najprawdopodobniej pomiędzy Konfederacją a Prawem i Sprawiedliwością po wyborach w 2027 roku. To właśnie stosunek do rodziny jest czynnikiem, który te środowiska łączy najmocniej – zarówno ideowo, jak i biograficznie.
Karol Nawrocki i Sławomir Mentzen to ojcowie wielodzietnych rodzin, choć ich modele życia są zupełnie różne. Prezydent-elekt funkcjonuje w układzie patchworkowym, lider Nowej Nadziei w klasycznym, konserwatywnym.
Mimo to posługują się tym samym językiem i wpisują się w tę samą logikę polityczną. To pokazuje potencjał familiaryzmu jako nowego uniwersum politycznego, ideowo elastycznego, ale jasno ukierunkowanego na jeden cel: uczynić z rodziny podmiot redystrybucji, lojalności i tożsamości.
Dlaczego to nie ma sensu
Z perspektywy polityki publicznej ten trend wydaje się jednak całkowicie pozbawiony sensu. Dane pokazują, że wzrosty dzietności wynikające z pompowania ogromnych pieniędzy w politykę rodzinną – zarówno w Polsce, jak i na Węgrzech – mają charakter krótkotrwały i nie przełamują długoterminowej tendencji spadkowej.
W Polsce współczynnik dzietności (TFR) spadł do 1,16 w 2023 roku, a rok później do 1,10, co jest najniższym wynikiem w Unii Europejskiej. Na Węgrzech mimo szeroko zakrojonych programów wsparcia wciąż nie udało się zrealizować założonego celu, czyli uzyskania współczynnika zastępowalności pokoleń.
Wygląda na to, że nie da się zmienić demograficznych trendów, które wynikają z głębokich zmian kulturowych i związanych z rynkiem pracy. Ostatnie wydarzenia wokół migracji pokazują, że nie stanie się ona rozwiązaniem naszej luki w systemie emerytalnym czy w ochronie zdrowia.
Dziś model rodziny wielodzietnej jest dostępny głównie dla bardzo zamożnych, a społeczna stygmatyzacja rodzin z trójką i większą liczbą dzieci wciąż ma się dobrze. Utrwala ją bowiem utajona kultura zapierdolu; przekonanie, że najwyższym spełnieniem człowieka jest praca.
Tak, deklaracje Polaków w badaniach są inne, ale trzeba odróżnić je od praktyki społecznej. Skoro życie rodzinne jest dla nas najważniejsze, to dlaczego dzietność wygląda tak dramatycznie słabo?
Możliwe, że poczucie moralnego zobowiązania, by tak deklarować, zostanie wykorzystane do budowania nowej narracji politycznej, opartej nie na realnej zmianie warunków życia, lecz jedynie na emocjonalnym i tożsamościowym odwołaniu do rodziny jako wartości.
Familiaryzm to nie rodzinność
Nie oznacza to jednak, że ignoruję znaczenie rodzinności w polskim życiu publicznym, wręcz przeciwnie. W centrum chadeckiego populizmu, o którym pisali zarówno Konstanty Pilawa, jak i Piotr Trudnowski, stoi przecież idea rodziny jako podstawowej komórki wspólnoty i wyznacznika ładu społecznego.
Trudnowski postuluje, by populizm stał się narzędziem oddolnego nacisku na elity, który przywróci głos klasom niższym i średnim. Jednak w modelu zwijania usług publicznych na rzecz redystrybucji głos tych grup może być co najwyżej słyszalny, ale coraz mniej sprawczy. Z kolei Pilawa słusznie wskazuje, że populista powinien reprezentować warstwy niższe wobec elit biznesowo-politycznych, domagając się większej redystrybucji.
Ale czy węgierski wariant polityki rodzinnej, oparty raczej na prostej zasadzie niższych podatków dla rodzin, zamiast budowie sprawnego państwa gotowego wspierać rodzinę instytucjonalnie, nie stoi w sprzeczności z tą zasadą?
Problem nie leży więc w samej wartości rodzinności, lecz w tym, że w praktyce politycznej staje się ona symbolicznym punktem odniesienia, a nie rzeczywistym celem projektowania polityki publicznej.
W takiej sytuacji hasło „rodzina” pełni funkcję dekoracyjną, przysłaniając brak spójnych i skutecznych rozwiązań systemowych, które mogłyby realnie wpłynąć na wzrost dzietności. Alternatywnie, uniemożliwia ono przynajmniej uznanie, że obecnie nie dysponujemy narzędziami politycznymi zdolnymi odwrócić negatywne trendy demograficzne.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.

